Lipski jest fascynujący z wielu powodów. Jedni odnajdą w nim symbol mitu o solidarnościowej opozycji sprzed dramatu wielkiego podziału. Postać, którą jako swego mistrza przywołują od lat zarówno Adam Michnik, jak i Jarosław Kaczyński. Ten status autorytetu niekwestionowanego przez żadną ze stron to oczywiście wynik przedwczesnej śmierci Lipskiego. Zmarł we wrześniu 1991 r., w momencie gdy fronty słynnej wojny na górze (Mazowiecki kontra Wałęsa) nie zdołały jeszcze ostatecznie zakrzepnąć. Chwilę potem jedna część dawnej Solidarności zrobiła drugiej chaotyczną lustrację. A ta druga odpowiedziała tej pierwszej niesławną „nocną zmianą”. A potem – jak u Hitchcocka – napięcie rosło.

Mnie w Lipskim pociąga jednak coś innego. Dużo bardziej od aureoli autorytetu kręci mnie jego ideowe credo szczerego i praktykującego socjalisty. Z socjalizmem w łonie opozycji bywało różnie. Jedni z niego wyrastali, by potem się od lewicowego światopoglądu zdystansować. Otwarcie i bez żalu – jak Adam Michnik, albo faktycznie, choć z moralnymi oporami – jak Jacek Kuroń w czasie balcerowiczowskiej transformacji. Byli też tacy opozycjoniści, którzy socjalną szatę pierwszej Solidarności przywdziali – jak się wydaje – czysto taktycznie, bo tylko poprzez sojusz z masowym ruchem związkowym mieli nadzieję na realizację wyższego ich zdaniem celu, czyli wyrwania Polski z radzieckiej strefy wpływów. Do takich opozycjonistów lubi się zaliczać Jarosław Kaczyński.

>>> Treść całego artykułu w weekendowym wydaniu DGP