Wojna w Ukrainie skończyłaby się, gdyby zechciała tego Rosja. Jednak działania Kremla wskazują na to, iż dla Władimira Putina liczy się zwycięstwo za wszelką cenę. A skoro rosyjskiej armii nie udaje się przełamać frontu, droga do wygranej może wieść jedynie przez całkowite wyniszczenie przeciwnika, bez oglądania się na ponoszone koszty. To oznacza, że długa wojna została przesądzona.

Iluzja zwycięstwa błyskawicznego

Reklama
„Clausewitz, nieżyjący Prusak, i żyjący, choć fałszywie rozumiany prof. Norman Angell, zjednoczyli się, aby wszczepić w umysły europejskie koncepcję wojny krótkotrwałej” – pisze w książce „Sierpniowe salwy” Barbara W. Tuchman.
Stratedzy skupiali się więc na planowaniu miażdżącego uderzenia, bo zgadzali się z twierdzeniami, że zapewnienie wyżywienia, umundurowania, uzbrojenia dla wielomilionowych armii w dłuższym okresie przerośnie możliwości i zasoby każdego państwa.
Francuski sztab generalny opracował plan offensive foudroyante (ofensywy piorunującej) – zakładał on uderzenie dwoma grupami armii na północ od Metzu i na południe od Nancy w głąb terytorium Niemiec, by rozgromić główne siły wroga w ciągu najdalej dwóch miesięcy. Z kolei Berlin liczył na to, że rzucenie Francji na kolana zajmie sześć tygodni. Według planu opracowanego przez feldmarszałka Alfreda von Schlieffena niemieckie armie miały przebić się przez terytorium neutralnej Belgii oraz Holandii i dzięki oskrzydlającemu manewrowi szybko znaleźć się pod Paryżem, a jednocześnie na tyłach armii francuskiej. Tak rozstrzygając wynik wojny, nim na wschodzie sprzymierzona z Francją Rosja rozpoczęłaby ofensywę. Nota bene identycznym optymizmem wykazywali się poddani cara. „Rosyjscy oficerowie spodziewali się być mniej więcej w tym samym czasie w Berlinie, najczęściej liczono się z okresem sześciu tygodni” – podkreśla Tuchman.
Pewnik krótkiej wojny sprawił, iż pomimo trwającego od końca XIX w. wyścigu zbrojeń żadne z mocarstw nie zadbało o gromadzenie zasobów, by prowadzić działania zbrojne choćby przez rok. Nawet szykujące się do walki na dwóch frontach Niemcy„nie planowały na potrzeby wojny długotrwałej i w chwili jej rozpoczęcia posiadały zasoby azotanów dla produkcji prochu wystarczające na najwyżej sześć miesięcy” – zauważa Tuchman. Rzecz dotyczyła państwa okrążonego przez Francję, Wielką Brytanię i Rosję, które posiadało wprawdzie potężną flotę, ale i tak słabszą od brytyjskiej. To zaś oznaczało niemal pewne odcięcie od surowców. Trudno się więc dziwić, że szczególnie Niemcom tak bardzo zależało na krótkiej wojnie.

Krwawy rachunek

„«Będziecie w domu zanim liście opadną z drzew» – powiedział kajzer do odjeżdżających wojsk w pierwszym tygodniu sierpnia” – pisze Tuchman. Jego obietnica, rzecz jasna, się nie ziściła. Bo jeszcze przed latem 1914 r. następca zmarłego von Schlieffena, gen. Helmuth von Moltke, postanowił udoskonalić plan poprzednika: zdecydował, że uderzenie na Francję zostanie poprowadzone jedynie przez terytorium Belgii. Kolejny błąd von Moltke popełnił, gdy Rosja rozpoczęła w Prusach Wschodnich ofensywę – rozkazał przerzucić z frontu zachodniego na wschód części sił, zanim zdobyto Paryż. Tak dając Francuzom okazję do zatrzymania niemieckiej ofensywy w bitwie nad Marną.
Gdy 12 września 1914 r. starcie dobiegło końca, nikt jeszcze nie dostrzegł, iż przekonanie, że wojna potrwa krótko, to fantasmagoria. Niemcy przez kolejne dwa miesiące desperacko próbowali przełamać front pod Ypres, rzucając do walki odznaczające się wysokim morale oddziały ochotników. Służyli w nich głównie studenci, który w romantycznym uniesieniu sami zgłosili się do wojska. Większość z nich rozstrzelali z karabinów maszynowych Brytyjczycy. Zagładę ochotników nazwano „rzezią niewiniątek”.
Ta i następne rzezie wzmagały determinację dowództw po obu stronach frontu, żeby wreszcie skutecznie go przełamać oraz w walce manewrowej rozstrzygnąć wojnę. Dlatego wciąż rozpoczynano ofensywy i ponawiano kontrataki, kończące się za każdym razem masakrami. Nim nadszedł 1915 r., Niemcy i Francuzi stracili po ok. 300 tys. żołnierzy, ponad dwa razy tyle odniosło rany. Spośród 160 tys. żołnierzy Brytyjskiego Korpusu Ekspedycyjnego zginęła połowa.
Jak się przekonywano – za sprawą karabinów maszynowych, artylerii, okopów i zasieków wojna błyskawiczna była niemożliwa. Za sprawą nowoczesnej techniki armiom dużo łatwiej jest się bronić, zaś każde natarcie przynosi gigantyczne straty w ludziach i niewiele więcej.

Przełom za wszelką cenę

Z olbrzymich strat i nikłych sukcesów pierwsi wnioski zaczęli wyciągać Niemcy. Cesarz Wilhelm II zdymisjonował von Moltkego, zastępując go na stanowisku szefa sztabu generalnego gen. Erichem von Falkenhaynem. Armia niemiecka od tej pory ograniczała się na froncie zachodnim do obrony, czekając, aż wojska francusko-angielskie przejdą do ofensywy, by zadać im jak największe straty. Ta jednak nie następowała. Na lądzie sytuacja stała się więc patowa.
Zupełnie inaczej rzecz się miała z wojną na morzu. Royal Navy odcięła Niemcy i Austro-Węgry od światowego handlu, czym początkowo niespecjalnie się w Berlinie przejęto z racji wiary w rychłe zwycięstwo. Jednak z każdym miesiącem skutki blokady morskiej stawały się coraz bardziej odczuwalne w państwach centralnych. Najbardziej znaczące okazywało się odcięcie od kapitału, ropy, surowców i wyrobów przemysłowych sprowadzanych wcześniej z USA. „Obroty handlowe z mocarstwami centralnymi zmniejszyły się ze 169 mln dol. w roku 1914 do 1 mln w 1916 r. Jednocześnie wartość handlu z aliantami wzrosła z 824 mln dol. do trzech miliardów” – opisujeTuchman.
Dostęp do morskich szlaków komunikacyjnych, kiedy wojna się przedłużała, okazał się mieć olbrzymie znaczenie. „Dla sprostania rosnącemu popytowi przemysł amerykański wyprodukował, a handel dostarczył te towary, których potrzebowali alianci. (…) Koniec końców Stany Zjednoczone stały się spiżarnią, arsenałem i bankiem aliantów” – podkreśla Tuchman. Problem sfinansowania wymiany rozwiązano w bardzo prosty sposób. Amerykański rząd i banki udzielały kredytów Wielkiej Brytanii i Francji, a te jako zabezpieczenie zobowiązań słały za ocean rezerwy złota. W zaledwie cztery lata zadłużenie dwóch europejskich mocarstw wzrosło kilkukrotnie, do prawie 2 mld ówczesnych dolarów. Jednak tą drogą utrzymywały stały dostęp do dysponującego wręcz nieograniczonymi zasobami zaplecza przemysłowo-rolniczego, jakim stała się Ameryka Północna.
Dzięki temu alianccy żołnierze mieli pod dostatkiem wszelkiego rodzaju broni, amunicji, mundurów, butów, żywności, medykamentów. Wbrew prognozom długa i wyczerpująca wojna okazywała się jednak możliwa. Wystarczyło jeszcze tylko przestawić aliancki przemysł na produkcję zbrojeniową, a idących na front mężczyzn zastąpić w fabrykach, usługach i urzędach kobietami. Tak Francja i Wielka Brytania wypracowywały przewagę w starciu, które z powodu niemożności przełamania frontu zamieniło się w wojnę na wyczerpanie. Ale choć Niemcy znalazły się w dużo gorszym położeniu, w Berlinie zupełnie nie brano pod uwagę możliwości kapitulacji.