Piszę to z perspektywy człowieka, który ma czoło łagodnie przechodzące w plecy, w związku z czym nie potrzebuje makijażystki, tylko ekipy remontowo-budowlanej. Przed każdymi zdjęciami najpierw na moją twarz i głowę nakładane jest coś w rodzaju szpachli, potem następuje szlifowanie, a następnie robione są zaprawki. Potem drugie szlifowanie, wygładzanie, polerowanie, posypywanie, a na końcu już tylko malowanie i matowienie. Po czymś takim wyglądam w najlepszym razie jak członek rodziny Adamsów. To jednak dopiero początek problemów…
Oglądaliście „Jokera”? No więc po paru godzinach opowiadania o autach przed kamerą wyglądam dokładnie tak samo jak Joaquin Phoenix po wymordowaniu połowy miasta. Gdy pada deszcz, wszystko ścieka mi po kostkach. Ale i tak wolę to, niż jak jest gorąco. Bo wtedy wycieram pot rękawem koszuli, wracam do domu, a tam dostaję w pysk od żony, która pyta o imię lafiryndy, która się o mnie ocierała. Resztki gipsu i farby usunąć mogę tylko na jeden z dwóch sposobów – pocierając twarz i czoło pumeksem albo używając kärchera.
Reklama

Treść całej recenzji można przeczytać w piątkowym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej i w jej internetowym wydaniu.