Spory z reguły toczą się o duże pieniądze. Średnia wartość sporu wyniosła w 2008 r. 4,7 mln zł, w 2009 r. już 5 mln zł, a w br. 3,2 mln zł. W ub. roku ogólna wartość przedmiotu sporu w sprawach budowlanych sięgała 394 mln zł, a w I kwartale br. już ponad 103 mln zł.

Skąd taki pęd do sięgania po arbitraż? Na rynku budowlanym panuje ogromna konkurencja, w efekcie wzrosła niepomiernie rola zamawiającego roboty. Ponadto sądy arbitrażowe mają zalety, które dobrze sprawdzają się w warunkach polskich, gdy sądy powszechne są niewydolne, a sprawy ciągną się latami. - Silna pozycja zamawiającego jest zarzewiem wielu konfliktów. Przykładem jest tu wykreślenie przez wielu inwestorów pewnych klauzul FIDIC, które w ostatnich latach upowszechniły się w Polsce - mówi Maciej Jamka, arbiter w kancelarii prawnej K&L Gates.

Warunki FIDIC (Międzynarodowej Federacji Inżynierów-Konsultantów) są wykorzystywane przy zawieraniu umów na specjalistyczne usługi inżynierskie lub kontraktów budowlanych. To procedury określające sposób realizacji kontraktu, zabezpieczające interesy inwestora oraz wzajemne relacje stron, a także przewidujące ostateczne rozstrzygniecie sporu przed arbitrażem międzynarodowym.

- Zaletą FIDIC jest, że stara się wyważyć interesy obu stron, aby żadna nie odnosiła nadzwyczajnych korzyści z umowy. Dotyczy to m.in. klauzul w umowach o budowę autostrad, uwzględniających np. gwałtowny wzrost cen materiałów budowlanych, co miało miejsce dwa lata temu przy stali zbrojeniowej – tłumaczy Bogdan Kordasiewicz. Zaletą sądów arbitrażowych jest przyjazność w rozstrzyganiu spraw, czego nie da się powiedzieć o sądach powszechnych. - Zmorą polskich sądów jest nastawienie sędziów na wyłapywanie pomyłek formalnych. Powoduje to odrzucanie pozwów lub apelacji z błahych niekiedy powodów - wskazuje Maciej Jamka.

Wini system szkolenia sędziów, którzy potrafią znaleźć kruczki prawne, byle nie zajmować się meritum sprawy i jak najszybciej „ukręcić jej łeb”. W sądach powszechnych nie ma dyskusji i otwartości na różne wątpliwości „w sprawie”. Sędziowie wolą zdjąć z siebie część odpowiedzialności i oprzeć się na opiniach biegłych, których niejednokrotnie powołano przypadkowo.

Reklama

Arbitraż nie jest tani. Sprawa o wartości do 40 tys. zł i udziale jednego arbitra to wydatek ok. 4 tys. zł: opłata arbitrażowa w wysokości 1830 zł plus 2440 zł opłata rejestracyjna. W sprawie powyżej 1 mln zł i udziale trzech arbitrów to zdecydowanie więcej: 75884 zł plus 2440 zł czyli łącznie już 78324 zł. - Arbitraż musi być drogi jeżeli sprawy mają orzekać eksperci wysokiej klasy - uważa Marek Furtek. Jego zdankiem cena arbitrażu w Polsce „w porównaniu z Zachodem nie jest wygórowana” jeśli weźmie się pod uwagę wartość kontraktów budowlanych czy okres rozpatrywania sporów w sądach powszechnych, które „potrafią ciągnąć się nawet 5 lat”.

Powiedzenie „czas to pieniądz” w sprawach budowlanych ma dosłowne znaczenie. Spory z kontrahentami wydłużają czas realizacji inwestycji. Naraża to firmy na dodatkowe koszty, może spowodować, że inwestycja przestanie się opłacać. Tymczasem szybie rozstrzygnięcie przez sąd arbitrażowy oszczędza czas, pieniądze bo znajduje rozwiązanie satysfakcjonujące obie strony.

W I kwartale br. w Sądzie Arbitrażowym przy KIG jeden wniosek dotyczył wartości do10 tys. zł,11 spraw o wartości od 10 tys. do 100 tys. zł, kolejne 11 od 100 tys. do 1 mln zł, a sześć od 1 mln do 10 mln zł, a trzy ponad 10 mln zł. – Co dowodzi, że pochylamy się nad wszystkimi sprawami i traktujemy naszą pracę jako misję - podsumował prezes Furtek.