W 2018 r. liczba samozatrudnionych poszybowała w górę o 8,3 proc. W identycznym tempie wzrosła też grupa pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych (zlecenia i o dzieło). W pierwszym przypadku to już trwała tendencja – samozatrudnionych przybywa od 2016 r., przy czym wzrost w 2018 r. był prawie dwukrotnie wyższy niż w latach poprzednich.

– Wszystko wskazuje, że ten trend wynika z decyzji samych zarobkujących. W obecnej sytuacji na rynku trudno jest pozyskać dobrego pracownika, więc rośnie presja nie tylko na płace, lecz także na formę zatrudnienia – wskazuje Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich.

Podkreśla, że w takich okolicznościach pracownicy mogą łatwiej uzyskać umowę o pracę, w tym na czas nieokreślony. – Ale zatrudnienie nieetatowe daje większą elastyczność i oszczędności na daninach publicznych. Z tego punktu widzenia jest bardziej atrakcyjne – dodaje.

źródło: DGP

>>> Czytaj też: Czeka nas sto lat samotności. 500+ nie odwróciło trendu, Polaków ciągle ubywa

Bo się opłaca

W poprzednich dekadach zatrudnienie na własny rachunek lub na podstawie umów cywilnoprawnych było traktowane jako gorsza forma zarobkowania. Stąd nazwa „umowy śmieciowe”. Wynikało to m.in. z faktu, że zatrudnieni w ten sposób nie są objęci kodeksem pracy, czyli m.in. nie mają zagwarantowanego prawa do urlopu, odpowiedniego okresu wypowiedzenia, odpraw, dodatkowo płatnych nadgodzin, chorobowego i zasiłku macierzyńskiego (jeśli nie opłacają składki chorobowej). To wygodne rozwiązanie dla pracodawców i część z nich – zwłaszcza w sytuacji wyższego bezrobocia – wymuszała zawieranie takich kontraktów zamiast tych o pracę (równie istotne znaczenie miały dla nich niższe koszty pracy).

Z danych GUS za 2017 r. wynikało, że 12,7 proc. zarobkujących na własny rachunek chciałoby mieć umowę o pracę. Wskaźnik ten był jednak znacznie wyższy w grupie osób, które są związane tylko z jednym klientem (26 proc.) albo wykonują prace biurowe (30,8 proc.) lub proste (21,4 proc.; w tych grupach najczęstsze jest wymuszanie samozatrudnienia).

Sytuacja na rynku pracy wyraźnie się jednak zmieniła. Obecnie bezrobocie utrzymuje się na rekordowo niskim poziomie (5,2 proc. w grudniu 2019 r.), a firmy coraz częściej mają problemy ze znalezieniem pracowników. Jednocześnie zmniejszyły się też oszczędności na kosztach pracy (m.in. dzięki uszczelnieniu oskładkowania zleceń i wprowadzeniu minimalnej stawki godzinowej). W takich warunkach trudno uznać, że wzrost niepracowniczego zatrudnienia wynika z dyktatu pracodawców.

– Dodatkowo trzeba jeszcze przypomnieć zachęty do prowadzenia własnej działalności, czyli preferencje składkowe, w tym mały ZUS i mały ZUS plus, oraz możliwość opodatkowania w formie podatku liniowego – wskazuje Łukasz Kozłowski.

W sytuacji gdy zaufanie do systemu ubezpieczeń nie jest duże, część zatrudnionych woli dostać więcej pieniędzy do ręki niż odkładać więcej w formie składek. Chcą pracować w innej formie niż etat.

>>> Czytaj też: Bershidsky: Ageizm nie ma ekonomicznego sensu. Starsi pracownicy wcale nie są mniej produktywni niż młodsi

– Trzeba też pamiętać, że często chodzi w tym przypadku o specjalistów lub fachowców, którym opłaca się nawiązywać współpracę z wieloma podmiotami. Dla nich samozatrudnienie jest atrakcyjne. Również osoby młodsze, pokolenie „Z”, przywiązują większą uwagę do elastycznych warunków pracy – wskazuje prof. Jacek Męcina, doradca zarządu Konfederacji Lewiatan.

Na inny element zwracają jednak uwagę związkowcy.

– W kwestii podstaw zatrudnienia ważna jest rola nie tylko pracodawców, lecz także państwa. Nie wszyscy są beneficjentami transferów społecznych uruchomionych przez rząd. Ci, którzy nie korzystają z programów z plusem w nazwie, płacą podatki, a jednocześnie dostrzegają, że na tym nie zyskują, bo nie poprawia się jakość usług publicznych, w tym opieki zdrowotnej, a system ubezpieczenia społecznego nie budzi zaufania – zauważa Grzegorz Sikora, dyrektor ds. komunikacji Forum Związków Zawodowych.

Podkreśla, że takie osoby nie ufają prowadzonej przez państwo polityce socjalnej i uważają ją za niesprawiedliwą, więc same starają się zadbać o swoje bezpieczeństwo finansowe. – Ta ucieczka w niestandardowe formy to znak protestu wobec selektywnej polityki społecznej, która dzieli obywateli na dwie grupy: na tych, którzy korzystają z transferów w całości, i tych, którzy w ogóle nie są ich odbiorcami – dodaje.

Co dalej?

Ograniczenie śmieciowego zatrudnienia było jednym z najważniejszych postulatów większości ugrupowań politycznych, w tym partii rządzącej. Obecnie nie jest ona jednak już tak jednoznaczna. Z jednej strony omijane jest w ten sposób zatrudnienie pracownicze, gwarantujące podwładnym uprawnienia, ale z drugiej znaczna część osób chce zarobkować w ten sposób. W tym drugim przypadku trzeba jednak brać pod uwagę także wpływy do ZUS i kondycję systemu ubezpieczeń społecznych, który traci finansowo na upowszechnieniu elastycznych form zatrudnienia.

Jednym z rozwiązań postulowanych od lat jest wprowadzenie domniemania stosunku pracy. Chodzi o uznanie, że jeśli zatrudnienie spełnia warunki określone w art. 22 k.p. (czyli praca jest świadczona osobiście, pod kierownictwem zatrudniającego, w miejscu i czasie przez niego wskazanym), to zatrudnionego łączy z firmą etat, a nie np. zlecenie (de facto zawarcie umowy o pracę wymuszałaby Państwowa Inspekcja Pracy). W tym miesiącu do Rady Dialogu Społecznego wpłynęło pismo Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej z wnioskiem o przeprowadzenie dyskusji w tej sprawie (zaapelowała o to Rada Ochrony Pracy przy Sejmie RP).

– Mam wrażenie, że byłoby to „uszczęśliwianie zatrudnionych na siłę”. Takie rozwiązanie byłoby sprzeczne z cywilnoprawną zasadą swobody umów – podsumowuje prof. Męcina.

>>> Czytaj te: Depresja klimatyczna wpływa na dzietność. Mamy nowe wzorce kulturowe dotyczące rodzicielstwa [WYWIAD]