Piotr Wróblewski: Sytuacja na rynku pracy w naszym kraju jest dość dobra. Ale od pewnego czasu obserwujemy zmianę, bo np. bezrobocie we wrześniu w porównaniu do sierpnia 2022 r. wzrosło o 0,8 p.p. Czy czeka nas zatem dalszy wzrost liczby osób bezrobotnych, a co za tym idzie duża zmiana na rynku pracy?

Łukasz Kozłowski: Najnowsze dane, które opublikował GUS dotyczące bezrobocia rejestrowanego, mówią o tym, że stopa bezrobocia wyniosła 5,2 proc., gdy wcześniejsze dane wskazywały, że bezrobocie wynosiło 4,8 proc. Ma to związek ze zmianami szacunków dotyczących osób aktywnych zawodowo, bowiem z tej grupy wyłączono około 700 tys. osób prowadzących działalność rolną, ponieważ zmieniono klasyfikację gospodarstw rolnych uwzględniając wyniki ostatniego spisu rolnego. Stąd też stopa bezrobocia rejestrowanego faktycznie zwiększyła się w stosunku do tego, co wcześniej podawał GUS. Nie miało to natomiast związku ze wzrostem liczby osób zarejestrowanych jako bezrobotne, która pozostaje stabilna na poziomie 800 tys.

Warto przypomnieć, że mamy dwa wskaźniki bezrobocie w Polsce – bezrobocie rejestrowane oraz bezrobocie tzw. BAEL, wynikające z badań aktywności ekonomicznej ludności. I tu klasyfikuje się osoby jako bezrobotne nie ze względu na to, że się rejestrowane jako bezrobotne, mimo że np. pracują w szarej strefie lub są bierne zawodowo, tylko dlatego, że zależy im na uzyskaniu ubezpieczenia zdrowotnego. Według najnowszej projekcji inflacji przedstawionej przez Narodowego Banku Polskiego w stopa bezrobocia naturalnego wynosi więc nieco powyżej 4 proc.

Oczywiście na tle historycznym i stopa bezrobocia rejestrowanego, i stopa bezrobocia BAEL, które widzimy, z jednej strony są wciąż na rekordowo niskim poziomie, a z drugiej strony dynamika sytuacji jest jednak już raczej niekorzystna, co w szczególności ujawnia się w danych dotyczących liczby nowych ofert pracy. Według Ministerstwa Rodziny i Polityki Społecznej w październiku 2022 r. pracodawcy zgłosili tylko 86 tys. nowych ofert pracy i to jest najniższy poziom od lat 2013–2014. Z twardych danych makroekonomicznych nie wynika jednak, aby pracodawcy zwalniali dużo intensywniej niż miało to miejsce do tej pory, oni tylko ograniczają nowe rekrutacje. Czyli obecne problemy na rynku pracy, dotyczą zatem aktywności rekrutacyjnej pracodawców. Dla przykładu, jeśli jakiś pracownik odchodzi z pracy w związku z przejściem na emeryturę, poszukiwaniem innej pracy czy np. chęcią podnoszenia swoich kwalifikacji zawodowych – studia, szkolenia – to pracodawca nie szuka zastępstwa na jego miejsce. Zwolnienia wciąż nie przybrały więc charakteru masowego, niż to miało miejsce do tej pory.

Reklama

Czy firmy zaczynają zaciskać pasa i przygotowują się na trudny rok kosztem pracowników? Czy będą zwolnienia grupowe?

Rzeczywiście, dane anegdotyczne sugerują, że ta tendencja przybiera na sile. Szczególnie opierając się na danych podawanych przez urzędy pracy z poszczególnych województw, można wnioskować, że w stosunku do 2021 r. liczba sygnalizowanych zwolnień grupowych zwiększyła się mniej więcej o 5 proc. Nie jest to zmiana jeszcze bardzo istotna, ale faktycznie wyższa niż w 2021 r., kiedy to niektóre branże przeżywały wtedy trudności gospodarcze związane z ograniczeniami wynikającymi z pandemii. Obecnie wiele branż boryka się z rosnącymi kosztami prowadzenia działalności, w związku z drożejącą energią i brakiem możliwości przenoszenia tych kosztów. W pierwszej połowie 2022 r. rosnące koszty można było bowiem rekompensować wyższymi cenami. Teraz jednak firmy muszą poszukiwać oszczędności w innych miejscach, czyli poprzez ograniczenie kosztów.

Warto zaznaczyć, że są pewne koszty, które trudno zminimalizować. Po pierwsze, są to koszty związane z ceną energii. Oczywiście firmy stają się oszczędzać energię, stosować takie metody zarządzania czy produkcji, które wiążą się z mniejszym poziomem jej zużycia, ale to jest koszt, który w dużej mierze jest narzucony zewnętrznie. Po drugie, rosną też koszty związane z wynagrodzeniami pracowników. Oczywiście nie rosną one tak szybko jak inflacja, ale trudno wyobrazić sobie zatrzymanie podwyżek wynagrodzeń w sytuacji tak wysokiej inflacji i tak dużych oczekiwań płacowych ze strony pracowników. Firmy wiedząc, że muszą podnosić wynagrodzenia dużej części załogi czy wręcz całej załodze, planują zatem redukcję etatów, choć robią to w sposób ostrożny. W pierwszej kolejności redukują bowiem poziom zatrudnienia nie poprzez zwolnienia, ale poprzez brak zastępowania pracowników odchodzących z pracy.

Czyli nie należy się w najbliższym czasie spodziewać drastycznej zmiany liczby osób bezrobotnych?

Sądzę, że kolejne miesiące mogą przynieść faktyczny wzrost liczby osób bezrobotnych i wzrost również stopy bezrobocia w Polsce, jakkolwiek nawet w warunkach możliwej recesji na początku 2023 r., skala tego wzrostu nie będzie tak duża, jak miało to miejsce w okresie poprzednich spowolnień gospodarczych czy wręcz recesji, jakie występowały w Polsce, np. podczas kryzysu strefy euro czy też kryzysu finansowego w latach 2008 i 2009. Na naszym rynku pracy nastąpiły jednak poważne zmiany strukturalne, związane także z przemianami demograficznymi oraz z większym popytem na pracę. Pamiętamy o tym, że na początku 2022 r. w Polsce pojawiło się około 600 tys. uchodźców z Ukrainy, którzy szybko znaleźli pracę, a to oznacza, że zdolność naszego rynku pracy do absorpcji nowych pracowników jest bardzo duża. Niedobór pracowników jest bowiem silnym zjawiskiem i trudno przejście tak szybko do masowego bezrobocia, więc takie przejście nie nastąpi. Wzrost natomiast bezrobocia rejestrowanego do poziomu 6 proc. czy 7 proc. jest jak najbardziej możliwy z uwagi na skalę napięć, jaka obecnie występuje w gospodarce i presji, której poddawani są przedsiębiorcy. Oni widzą, że popyt słabnie, koszty rosną i muszą na to reagować. I oczywiście to może powodować, że bezrobocie będzie rosło, ale nie będzie to dramatyczny wzrost. Nie sądzę, abyśmy mieli np. dwucyfrowe bezrobocie rejestrowane, co jeszcze 10 lat temu było w Polsce normą, bo z uwagi na zmiany strukturalne jest to abstrakcja.

Wiele korporacji, głównie amerykańskich, które działają w Polsce, traktuje nasz rynek pracy dość łagodnie, jeśli chodzi o ewentualne cięcia czy redukcje etatów ze względu na relację złotówki do dolara. Czy zatem ten słaby złoty w stosunku do dolara może pomagać polskiemu rynkowi pracy?

To zależy od indywidualnych przedsiębiorstw. Bo jeśli przedsiębiorstwa generują w naszym kraju większość swojej wartości dodanej, czyli są mało zależne od importu poszczególnych istotnych komponentów niezbędnych do produkcji czy też nie importują określonych usług, które są niezbędne do prowadzenia tej działalności, to faktycznie te relacje kursowe są korzystne. Natomiast w skali całej gospodarki niestety, ale terms of trade, czyli relacja pomiędzy cenami eksportowymi a importowymi się pogorszyła. Skala przeceny polskiego złotego na rynkach finansowych w ujęciu netto odbija się niekorzystnie na polskiej gospodarce. Widzimy to choćby w saldzie handlowym Polski czy też saldzie na rachunku obrotów bieżących. Importujemy coraz droższą energię, co wynika po pierwsze z faktu, że ropa naftowa wyrażona w dolarach jest droższa, a po drugie z tego, że złoty jest słabszy.

Dodatkowo ceny, po których eksportujemy nasze dobra czy usługi nie rosną w tak szybkim tempie jak ceny importowe. I biorąc pod uwagę duży stopień importochłonności polskiej gospodarki, dużą zależność sektorów od importu surowców i komponentów, to niestety, ale w ujęciu całej gospodarki słabość polskiego złotego raczej nam szkodzi niż pomaga. Jest to również element niepewności w kalkulacji ekonomicznej przedsiębiorców, bo mamy do czynienia z dużymi wahaniami kursów walutowych. I to powoduje, że kalkulowanie przychodów, jakie przedsiębiorca zagraniczny osiągnie z tytułu działalności w Polsce, staje się trudniejsze i mniej przewidywalne. A to nie zachęca do prowadzenia działalności w Polsce. Tym, co może przynieść poprawę i zmianę nastawienia inwestorów zagranicznych, jest przede wszystkim większa stabilność polskiej waluty. I to jest coś, o co powinniśmy zabiegać.

A jakie są perspektywy na przyszłość, bo widzimy pewne zmiana na rynku pracy. Czy ta zmiana będzie trwała miesiącami, latami? Kiedy będziemy mogli mówić, że nastąpił moment uspokojenia?

Rynek pracy ma to do siebie, i musimy mieć tego świadomość, że jest dosyć inercyjny. Czyli najpierw pogarszają się wskaźniki wyprzedzające koniunktury, wskaźniki nastrojów, a później to przekłada się na dane makro w postaci produkcji przemysłowej, detalicznej, a na końcu na zmiany na rynku pracy. Do tej pory rynek pracy przez wiele miesięcy był odporny na te negatywne sygnały, które płynęły z gospodarki. Teraz zaczyna się to zmieniać. Kolejne kwartały mogą przynosić negatywną dynamikę sytuacji. Sądzę, że cały 2023 r. to będzie okres, kiedy tendencje na rynku pracy będą negatywne – bezrobocie będzie rosło, zatrudnienie raczej będzie maleć albo będzie w stagnacji. Dopiero 2024 r. może przynieść zmianę tych tendencji, bo rynek pracy z opóźnieniem reaguje na poprawę i ożywienie gospodarki.

Podobnie było po kryzysie strefy euro, kiedy rynek pracy zaczął się odbudowywać dopiero w latach 2014–2015, a na większą skalę stało się to odczuwalne znacznie później. I tak samo może być teraz. Pocieszające jest to, że pogorszenie sytuacji na rynku pracy nie będzie tak dramatycznie istotne. A wzrost bezrobocia do poziomu 6 czy 7 proc., nie jest szczególnie złą wartością.

Łukasz Kozłowski, główny ekonomista Federacji Przedsiębiorców Polskich

Rozmowa została przeprowadzona w grudniu 2022 r.

ikona lupy />
Obserwator Finansowy - otwarta licencja / obserwatorfinansowy.pl