O ile w 2000 r. tylko 2,6 proc. osób poszukujących pracy miało dyplom, to po 18 latach systematycznego wzrostu ich odsetek zwiększył się do 14,1 proc. To oczywiście efekt boomu edukacyjnego z ostatnich dwóch dekad, gdy studiowanie stało się bardzo popularne wśród młodzieży. W najlepszych pod tym względem okresach ponad 40 proc. młodych ludzi wybierało wyższe uczelnie.

Absolwentów szkół wyższych jest więc na rynku bardzo dużo. Część nie ma jednak zajęcia, ponieważ gospodarka nasycona jest specjalistami po ich kierunkach studiów. Dotyczy to m.in. psychologów, pedagogów, socjologów czy absolwentów stosunków międzynarodowych. Nominalna liczba bezrobotnych z dyplomami wyższej uczelni spadła w ubiegłym roku o 7–9 proc. Choć na pierwszy rzut oka wynik wydaje się imponujący, to jest znacznie gorszy niż w przypadku grupy bezrobotnych z wykształceniem zawodowym, gimnazjalnym i podstawowym.

– Obecnie brakuje przede wszystkim osób wykonujących prace fizyczne – z pewnymi wyjątkami, jak na przykład w przypadku specjalistów z branży IT. Wskazuje na to ranking zawodów deficytowych przygotowany przez resort pracy – twierdzi prof. Zenon Wiśniewski z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

>>> Czytaj też: Polacy pracujący w Austrii otrzymają mniejsze zasiłki, jeśli ich dzieci mieszkają w Polsce