Wyobraźmy sobie pracownika (lub pracowniczkę) bez wyższego wykształcenia, którzy pojawiają się na amerykańskim rynku pracy lat 60. Przez pierwszą dekadę (mniej więcej do 1972 r.) ich zarobki rosną, a dystans wobec absolwentów uniwersytetu jest najniższy w historii. Na dodatek ich praca nie ogranicza się już do ciężkiej, fizycznej, alienującej harówki znanej z XIX w., lecz obejmuje cały szereg posad administracyjnych, urzędniczych czy nawet zarządczych.

"Od początku kapitalizmu było tak, że to miasta przyciągały robotników, oferując im większe pieniądze oraz lepszą egzystencję niż przeludnione wsie. Wyższe zarobki rekompensowały wyższe koszty życia. W czasie neoliberalnego czterdziestolecia ten trend uległ jednak odwróceniu"

"SPOWOLNIENIE GOSPODARCZE W EUROPIE JEST JUZ FAKTEM"

Po 1972 r. następuje stopniowa stagnacja zarobków, a dystans między lepiej i gorzej wyedukowanymi przestaje się zmniejszać. Od 1980 r. realne zarobki pracowników nieposiadających wyższego wykształcenia zaczynają spadać. Tylko od czasu do czasu – niczym Krecik w czechosłowackiej kreskówce – nieśmiało wychylając głowę ponad poziom zero (tak jest w USA od 2016 r.). Tymczasem u tych z dyplomami szkół wyższych jest wprost przeciwnie. Ich płaca rośnie. I to bardzo szybko. W efekcie dziś mamy znów bardzo znaczące różnice. Nieco mniej widoczne wśród kobiet niż wśród mężczyzn. Ale jednak duże.

Normalna sprawa – powie obrońca neoliberalnej logiki – globalizacja i automatyzacja to naturalne procesy, których nie powstrzymamy. Zamiast nad nimi biadolić, potraktujmy to jako szansę. W końcu każdy słabiej wykształcony może się dokształcić i wykupić swój bilet do grona zwycięzców minionych 30 lat w globalnej gospodarce.

>>> Czytaj też: Ile zarabiają pracownicy fizyczni? 

Tyle że w praktyce nie do końca tak to wygląda – odpowiada im David Autor. Zdaniem ekonomisty musimy pamiętać już choćby o tym, że tych bez wyższego wykształcenia jest zdecydowana większość. Razem około 80 proc. zatrudnionych. Z kolei grupa osób na stanowiskach wymagających wyższych kwalifikacji (a co za tym idzie zgarniających największe profity) jest niewielka. W 2017 r. stanowiła ona ok. 17 proc. ogółu pracowników. A jak to było z tym biletem do lepszego świata? Jeśli popatrzeć na przesunięcia pomiędzy grupami zatrudnionych, to widać, że wejść do elitarnego grona zwycięzców wcale nie jest tak łatwo. Od 1980 r. odsetek zatrudnionych na stanowiskach wymagających wyższych kwalifikacji wzrósł zaledwie o 2 pkt proc.: z 15 do wspomnianych 17 proc. Coś się jednak zmieniło. W minionych czterech dekadach znacząco skurczyła się liczba średnio płatnych posad dla osób bez wyższego wykształcenia. Ta grupa stopniała z 43 do 29 proc. Co oznacza, że dla większości słabiej wykształconych Amerykanów i Amerykanek minione cztery dekady były czasem równania w dół. A nie pięcia się do góry. W pewnym sensie to powrót do sytuacji sprzed 1960 r. Mniej sensownych stanowisk administracyjnych czy średniego szczebla zarządczego. Klasa robotnicza wróciła tam, skąd przyszła. Do ciężkiej i niepewnej pracy fizycznej.

Konsekwencje tego zjawiska widać szczególnie dobrze w miastach. Od początku kapitalizmu było tak, że to one przyciągały robotników, oferując im nieporównywalnie większe pieniądze oraz lepszy standard życia niż na przeludnionych wsiach. Wyższe zarobki rekompensowały wyższe koszty życia w mieście. W czasie neoliberalnego czterdziestolecia ten trend uległ jednak odwróceniu. Płace ogromnej części miejskich pracowników albo spadały, albo (w najlepszym razie) stały w miejscu. Koszt życia w mieście (głównie z powodu wzrostu cen nieruchomości) zaczął jednak rosnąć. Co sprawiło, że słabiej wykształceni Amerykanie znaleźli się między młotem a kowadłem. Frustracja polityczna to oczywista konsekwencja opisanych tu procesów.

>>> Czytaj też: Ile zarabia się w twoim regionie? Oto ogólnopolski ranking wynagrodzeń w powiatach