Relacje polsko-żydowskie pełne są paradoksów sprawiających, że bez względu na teraźniejsze interesy to przeszłość jest w nich najważniejsza. Współczesny Izrael jest jednym z najbardziej osamotnionych państw świata. Skazanym na toczenie wiecznej wojny z Palestyńczykami oraz każdym regionalnym mocarstwem, które chce odgrywać dominującą rolę na Bliskim Wschodzie. Niegdyś były to Egipt, Syria oraz Arabia Saudyjska. Teraz jest to Iran, a szykuje się też coraz ostrzejszy konflikt z Turcją.

Jak stare kraje UE podchodzą do kwestii przetrwania Izraela, najlepiej było widać jesienią 1973 r. podczas wojny Jom Kippur. Gdy Żydzi powstrzymywali egipskie i syryjskie wojska pancerne przed przebiciem się na równiny Galilei (co oznaczałoby definitywną klęskę), europejskie kraje NATO solidarnie odmówiły zgody na lądowanie amerykańskich samolotów wiozących broń, amunicję i części zamienne dla izraelskiej armii. Bez tych dostaw wojna zostałaby przegrana, a los żydowskich mieszkańców regionu – przesądzony. Jednak zachodnie rządy i opinia publiczna nie widziały niczego sprzecznego w potępieniu Holocaustu i okazywaniu współczucia dla jego ofiar, a jednocześnie biernemu przyglądaniu się, czy wydarzy się nowy. Udzielenie realnego wsparcia państwu żydowskiemu oznaczało wejście w konflikt z krajami arabskimi, szczególnie tymi zrzeszonymi w OPEC. Koszt takiego sporu byłby zaś wyższy niż późniejszego demonstracyjnego uderzenia się w piersi. Na tym polega właśnie łączenie politycznej pragmatyki z polityką wizerunkową dojrzałych państw – choć jej elementem jest również zaprzeczenie, by takie kalkulacje były w ogóle prowadzone. Jesienią 1973 r. Izrael ocalał dzięki Portugalii. Lizbona zgodziła się, żeby amerykańskie samoloty transportowe mogły uzupełniać paliwo w bazie lotniczej na Azorach. W zamian Stany Zjednoczone zniosły restrykcje handlowe narzucone wcześniej na miejscowy reżim oraz obiecały dostawę nowoczesnego sprzętu dla portugalskiej armii.

Wygranie wojny Jom Kippur, skuteczne tłumienie palestyńskich buntów czy nawet zawarcie trwałego pokoju z Egiptem jedynie odrobinę poprawiły strategiczne położenie Izraela. Najwięksi wrogowie w regionie posiadają olbrzymią przewagę demograficzną i nawet bez broni atomowej są śmiertelnym zagrożeniem. Malutkie państwo, choć dysponuje potężną armią i rakietami z głowicami jądrowymi, nie może sobie pozwolić na żadną klęskę militarną, bo stawką jest przetrwanie. Stuprocentowych gwarancji bezpieczeństwa nie daje mu nawet wsparcie Stanów Zjednoczonych – prezydentura Baracka Obamy dowiodła, że w Waszyngtonie jest też możliwa administracja „izraelosceptyczna”. Warszawa powinna zatem zadać sobie pytanie, jak w tej układance szukać strategicznego interesu Polski.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.