Te - jak pisze agencja AFP - zjadliwe uwagi pojawiły się nazajutrz po tym, gdy prezydent Francji Emmanuel Macron oskarżył Turcję o "historyczną i karną odpowiedzialność" w tym konflikcie.

"Francja, którą kieruje Macron, czy raczej którą nie jest w stanie w tym momencie kierować, jest obecna (w Libii) wyłącznie po to, żeby realizować swoje interesy z destrukcyjnym podejściem" - ocenił szef tureckiego MSZ na konferencji prasowej w Ankarze.

"Z jednej strony NATO uważa Rosję za zagrożenie. Z drugiej strony Francja, członek NATO, próbuje wzmocnić obecność Rosji" w Libii – powiedział Cavusoglu.

Do polemiki między politykami doszło w trakcie narastających napięć między Ankarą i Paryżem, dwoma sojusznikami w NATO, którzy mają przeciwne stanowiska w konflikcie zbrojnym w Libii.

Turcja wspiera wojskowo uznawany przez ONZ rząd jedności narodowej (GNA) z siedzibą w Trypolisie, którego siły walczą z samozwańczą Libijską Armią Narodową (ANL) pod wodzą generała Chalify Haftara. Ten watażka, który stworzył na wschodzie kraju równoległą administrację z siedzibą w Bengazi, jest wspierany z kolei przez Zjednoczone Emiraty Arabskie, Egipt i Rosję. Według wielu ekspertów Francja, choć temu oficjalnie zaprzecza, również popiera Haftara.

Reklama

Cavusoglu powiedział, że pomimo rozbieżnych interesów Turcji i Rosji w Libii oba kraje "pracują nad zawieszeniem broni".

Od upadku reżimu Muammara Kadafiego w 2011 r., w następstwie powszechnego buntu na fali arabskiej wiosny w krajach Afryki Północnej, Libia pogrążyła się w chaosie konfliktów i walk o władzę. Podczas gdy siły Haftara, które w kwietniu przypuściły ofensywę w celu zdobycia stołecznego Trypolisu, jeszcze kilka tygodni zdawały się mieć sprzyjające warunki, sytuacja uległa odwróceniu pod wpływem pomocy udzielonej przez Turcję libijskim siłom rządowym - pisze AFP.

Wspierane tureckimi dronami siły GNA grożą teraz przejęciem z rąk ANL Syrty, strategicznej bramy na wschód. Przejęcie tego miasta, położonego na środkowym odcinku libijskiego wybrzeża, między Trypolisem a Bengazi, jest "czerwoną linią" dla Egiptu, który grozi interwencją wojskową – pisze AFP. I dodaje, że w obliczu coraz ostrzejszej krytyki ze strony Paryża Ankara w ostatnich dniach wyraziła swój gniew.

"To, co należy kwestionować i krytykować, to polityka Francji, a ściślej polityka Macrona (...). Macron powinien zdawać sobie sprawę, że atakowanie Turcji w ten sposób niczego mu nie przyniesie na niwie polityki wewnętrznej. Mam nadzieję, że wyciągnie z tego naukę" - powiedział Cavusoglu.

Na początku maja br. ONZ przedstawiła raport, z którego wynika, że po stronie Haftara walczy od 800 do 1200 najemników zatrudnionych przez rosyjskie firmy wojskowe, w tym tzw. grupę Wagnera. Władze Rosji zaprzeczają, że mają jakikolwiek związek z obecnością rosyjskich najemników w Libii.

Prezydent Macron zamierza wkrótce pojechać do Rosji i spotkać się z prezydentem tego kraju Władimirem Putinem. Podczas piątkowej wideokonferencji przywódcy poruszyli przede wszystkim temat sytuacji w Libii. Pałac Elizejski oświadczył, że poglądy obu przywódców na sytuację są bliskie, bo "Francja i Rosja mają wspólny interes, jakim jest stabilizacja Libii i zjednoczenie jej instytucji". (PAP)