„To drakońskie prawo niszczy podstawy istniejącej w Hongkongu praworządności” - ocenił z kolei w rozmowie z PAP jeden z kluczowych działaczy opozycyjnej Ligi Socjaldemokratów (LSD) Avery Ng.

„To prawo celuje nie tylko w aktywistów, przywódców politycznych czy demonstrantów. Celuje w całe 7 mln mieszkańców Hongkongu. Od teraz będziemy musieli żyć w ciągłym strachu, obawiając się, że to, co powiemy czy zrobimy, może potencjalnie naruszyć prawo o bezpieczeństwie państwowym. To oznacza koniec Hongkongu” - zaznaczył Ng.

Adwokat Eric Cheung napisał na Facebooku, że prawo to jest „gorsze niż najgorszy scenariusz”, jaki przewidywał. Jego zdaniem nowe przepisy wypływają z socjalistycznego systemu prawnego Chin, a nie systemu hongkońskiego, opartego na prawie brytyjskim – przekazał portal Hong Kong Free Press.

Eksperci podkreślają, że nowe przepisy obejmują też cudzoziemców i dotyczą nawet przestępstw popełnianych poza Hongkongiem i poza Chinami. „Jeśli kiedykolwiek powiedziałeś coś, co mogło urazić władze (Chin) lub Hongkongu, trzymaj się z dala od Hongkongu” - podsumował specjalizujący się w prawie chińskim profesor Donald Clarke z Uniwersytetu Jerzego Waszyngtona w USA.

Władze Chin i lojalna wobec nich administracja Hongkongu utrzymują, że nowe prawo jest konieczne, by przywrócić w regionie stabilność po wielomiesięcznych antyrządowych protestach. Twierdzą również, że dotyczy ono tylko wąskiego grona osób zagrażających bezpieczeństwu państwowemu.

Reklama

Opozycja nie daje temu wiary. Według Lee władze w Pekinie przygotowały nowe prawo nie z myślą o ochronie bezpieczeństwa państwowego, lecz raczej po to, by ukarać Hongkończyków za zeszłoroczne prodemokratyczne demonstracje.

Działacz zwrócił uwagę na rozszerzenie uprawnień hongkońskiej policji do przeszukań, konfiskaty mienia czy podsłuchiwania komunikacji. Podkreślił, że tego rodzaju działania nie były dotąd możliwe w Hongkongu bez nadzoru sądowego. „Praworządność zmieniła się w rządy terroru. To będzie koniec wolności w Hongkongu” - ocenił.

Nowe przepisy uznają za działalność terrorystyczną, separatystyczną lub wywrotową wiele spośród działań podejmowanych często przez antyrządowych demonstrantów, w tym wznoszenie haseł nawołujących do „wyzwolenia Hongkongu”, blokowanie i dewastowanie budynków rządowych czy komunikacji publicznej.

Lee podkreślił, że nawet „szerzenie nienawiści” do centralnego rządu ludowego ChRL zostało uznane za zmowę z zagranicznymi siłami w celu podważenia bezpieczeństwa państwa. „Ale jak zdefiniować nienawiść?” - zapytał działacz, wskazując na niekonkretność zapisów nowego prawa.

Po zatwierdzeniu nowych przepisów działalność w Hongkongu zakończyła prodemokratyczna grupa Demosisto, która nawoływała do samostanowienia regionu, a także co najmniej dwie grupy proniepodległościowe.

Lee zadeklarował w rozmowie z PAP, że nie zaprzestanie swojej działalności. Kierowany przez niego Hongkoński Sojusz Wsparcia Patriotycznych Ruchów Demokratycznych w Chinach organizuje m.in. czuwania przy świecach w rocznice masakry na placu Tiananmen w Pekinie i demonstracje prodemokratyczne oraz nawołuje do przemian politycznych w kraju.

„Jeśli zaczniemy się wycofywać i autocenzurować, porzucimy nasze zasady i demokratyczne ideały. Nie sądzę, że powinniśmy się ich wyrzekać, choć nie wiemy, kiedy przekroczy to czerwoną linię partii komunistycznej i kiedy postanowi ona nas odstraszyć lub stłumić naszą działalność" - powiedział Lee.