Wynik głosowania nie jest zaskoczeniem, bo rząd Borisa Johnsona wsparła w tej sprawie opozycyjna Partia Pracy, więc rebelia grupy posłów konserwatywnych nie miała realnego znaczenia. Niemniej pokazuje ona rosnące niezadowolenie części z nich z rządów Johnsona. Przeciwko rządowi zagłosowało 34 posłów konserwatywnych, w tym były lider partii Iain Duncan Smith, a 21 kolejnych, m.in. poprzedniczka Johnsona na stanowisku premiera Theresa May, nie wzięło udziału w głosowaniu.

Podczas trzygodzinnej debaty w Izbie Gmin argumentowali oni, że lockdown będzie ciosem dla wielu przedsiębiorstw i w konsekwencji przyniesie więcej szkód dla zdrowia oraz że jeszcze nie sprawdzono nawet, czy wprowadzona w październiku w Anglii trzystopniowa skala restrykcji powoduje poprawę sytuacji.

Johnson powiedział, że wprowadzenie drugiego lockdownu nie jest "czymś, co ktokolwiek z nas chciałby robić", ale podkreślił: "Nie jestem gotowy ryzykować życiem Brytyjczyków". Wyjaśnił, że liczba osób przyjmowanych do szpitali stale rośnie i dane w tej kwestii są jednoznaczne.

"Choć boli mnie wzywanie do takich ograniczeń życia, wolności i biznesu, nie mam wątpliwości, że te ograniczenia stanowią najlepszą i najbezpieczniejszą drogę dla naszego kraju" - mówił Johnson.

Wyjaśniając decyzję o poparciu rządu, przywódca Partii Pracy Keir Starmer powiedział: "Nikt nie głosuje dzisiaj za tymi regulacjami inaczej, jak tylko z ciężkim sercem". Wezwał premiera, by wykorzystał czterotygodniowy lockdown do wymyślenia "czegoś lepszego" niż dotychczasowy trzystopniowy system ograniczeń, bo ten, jak przekonywał, nie działa.

Reklama

Wcześniej, podczas cotygodniowej sesji poselskich pytań do premiera, Starmer zarzucił Johnsonowi, że ignorował rady doradców naukowych rządu, którzy już we wrześniu wzywali do krótkiego lockdownu w celu zatrzymania epidemii. "Czy premier rozumie ludzkie koszty jego spóźnienia w działaniu?" - zapytał.

Johnson przekonywał, że stosowanie najpierw działań na szczeblu lokalnym i regionalnym, zamiast ogólnokrajowym było słuszne, i dodał, że wykazywały one oznaki działania. Podkreślił też, że lockdown automatycznie wygaśnie 2 grudnia i ma nadzieję, że "w okresie poprzedzającym święta Bożego Narodzenia kraj ponownie ruszy do przodu".

Od północy do 2 grudnia mieszkańcy Anglii będą mogli wychodzić z domów tylko w ściśle określonych przypadkach, takich jak nauka, praca - o ile ktoś nie może pracować z domu, ćwiczenia na świeżym powietrzu, wizyty lekarskie, zakup żywności i artykułów pierwszej potrzeby, udzielanie pomocy osobom tego wymagającym. Osoby z różnych gospodarstw domowych nie będą się mogły spotykać w zamkniętych pomieszczeniach (z wyjątkiem kilku wyszczególnionych przypadków, jak opieka nad dzieckiem czy "bańki wsparcia", tworzone przez osoby mieszkające samotnie). Na otwartych przestrzeniach możliwe będzie spotykanie się tylko z jedną osobą spoza gospodarstwa domowego.

Zamknięte będą wszystkie sklepy, z wyjątkiem tych sprzedających towary pierwszej potrzeby, a także punkty usługowe oraz puby, bary i restauracje, choć nadal mogą one działać w systemie na wynos i z dostawą. W odróżnieniu od restrykcji, wprowadzonych pod koniec marca w odpowiedzi na pierwszą falę epidemii, nauka w szkołach i na uniwersytetach nadal będzie się odbywać w systemie stacjonarnym, a nie zdalnym, działać będą mogły zakłady przemysłowe i place budowy i nie zostaną zawieszone profesjonalne rozgrywki sportowe. Nie będzie też zalecenia dla osób, które z powodu schorzeń są szczególnie narażone na zachorowanie, by stale pozostawały w domach.

Lockdown będzie obejmował tylko Anglię, bo kwestie ochrony zdrowia w Szkocji, Walii i Irlandii Północnej są w kompetencjach tamtejszych rządów. W Walii i Irlandii Północnej ograniczone w czasie lockdowny już obowiązują.