Po upadku pocisku w Przewodowie Mateusz Morawiecki na konferencji prasowej mówił o siedmiu bazowych scenariuszach, które są rozpatrywane przez władze w kontekście eskalacji wojny na Ukrainie i rozlania się jej na inne kraje. Dotyczą one polskiego terytorium i mają przede wszystkim charakter konwencjonalny. Na podstawie rozmów z informatorami w rządzie, służbach specjalnych, wojsku i ekspertami DGP analizuje brane pod uwagę czarne warianty. Żaden z naszych rozmówców nie podjął się oceny prawdopodobieństwa wystąpienia któregoś z nich lub kilku w połączeniu. Jak przekonują źródła DGP, chodzi raczej o świadomość istnienia palety wydarzeń, przed którymi może stanąć państwo. Upadek obcego pocisku na naszym terytorium był jednym z takich wariantów.
Reklama

Scenariusz „zabłąkanych ludzików”

Jak pisaliśmy w DGP przed kilkoma tygodniami, Rosja wraz z kolejnymi porażkami na południu i wschodzie Ukrainy próbuje wciągnąć do wojny Białoruś. Alaksandr Łukaszenka miał być naciskany w tej sprawie, łącznie z groźbami fizycznej eliminacji pod jego adresem. Dziś Mińsk może realnie wystawić 9 tys. żołnierzy zdolnych do walki. To niewiele i najprawdopodobniej taki kontyngent nie zmieniłby losów wojny na Ukrainie. W kalkulacjach Kremla chodzi jednak nie o obiektywne sukcesy militarne, a o przeniesienie uwagi Kijowa na północ i rozproszenie sił zaangażowanych w odbijanie terenów na Zaporożu i Donbasie - przekonują nasi rozmówcy. W tym wariancie w grę wchodzi również przekroczenie granicy przez białoruskie grupy dywersyjne z Polską lub Litwą. - Chodzi o zastraszenie Zachodu. Spowodowanie projekcji wybuchu wojny na znacznie większą skalę niż obecna, w której uruchamiany jest art. 5 Paktu Północnoatlantyckiego. Z perspektywy Władimira Putina to wariant umiarkowany, bo przecież Białoruś nie dysponuje bronią atomową. Zatem wciąż mówimy „tylko” o konflikcie konwencjonalnym - ocenia nasze źródło. - Chodzi o wymuszenie w ten sposób na Zachodzie, by ten zasiadł do stołu rokowań. Albo zmusił do rozmów Wołodymyra Zełenskiego. To swoisty szantaż: więcej wojny albo rozmowy i zamrożenie konfliktu - dodaje. Jak pisaliśmy w DGP jesienią ub.r., powołując się na źródła w kwaterze głównej NATO, scenariusz „zabłąkanych oddziałów” był już brany pod uwagę podczas ćwiczeń Zapad 21. Podczas kryzysu migracyjnego na polskiej granicy wschodniej jesienią i zimą 2021 r. - jak mówią informatorzy DGP - co najmniej dwukrotnie doszło do wtargnięcia uzbrojonych i nieoznakowanych żołnierzy ze strony białoruskiej na polską część pasa granicznego. Przed kilkoma dniami do podobnego incydentu doszło na granicy ukraińsko-białoruskiej, co uchwyciły kamery CCTV. Nasi rozmówcy przekonują, że wydarzenie to odbyło się specjalnie „pod zapis” i było manifestacją ze strony koalicji Moskwa-Mińsk, która jest w trakcie tworzenia wspólnego zgrupowania wojsk, a na samej Białorusi trwa potajemna mobilizacja.

Operacja Śluza 2.0

Polska od kilku tygodni fortyfikuje granicę z obwodem kaliningradzkim. Według informacji służb wywiadowczych do tego regionu uruchomiono połączenia czarterowe i regularne loty z państw Bliskiego Wschodu i Afryki. Brany jest pod uwagę wariant wydłużenia granicy z UE, na której Rosja sztucznie wywołuje presję migracyjną.
W rejonie, w którym spodziewany jest kryzys jest również zlokalizowana instalacja wywiadu USA. Tuż przy granicy z Rosją, w Świadkach Iławeckich, mieści się stacja nasłuchowa NSA - amerykańskiego SIGINT, czyli Agencji Bezpieczeństwa Narodowego, która jest w stanie kontrolować łączność na terenie całego obwodu kaliningradzkiego, ale też np. transfery plików komputerowych po stronie rosyjskiej. Pełni ona ważną rolę w ochronie przesmyku suwalskiego.
Szczegóły działalności Amerykanów w Świadkach Iławeckich zdekonspirował były współpracownik NSA i analityk CIA Edward Snowden. Obecnie przebywa on w Rosji, w której uzyskał azyl. Niewykluczone, że same instalacje mogły zostać przeniesione do innych zabudowań.
Sam przesmyk suwalski zalany masą migrantów staje się terenem, nad którym kontrola NATO byłaby utrudniona. Plany ewentualnościowe obrony tego terenu do tej pory nie zakładały obecności w lasach mas cywilów.
Maksymalizacja kryzysu migracyjnego zakłada również odmrożenie go na odcinku białoruskim i połączenie go z falą uchodźców z Ukrainy, która spodziewana jest zimą tego roku w związku z niszczeniem przez Rosję infrastruktury energetycznej.

Powtórka z Miikse

W kontekście kryzysu granicznego analizowany jest też przypadek estoński z 5 września 2014 r. Dzień po wizycie Baracka Obamy w Tallinie FSB porwało z terenu Estonii w miejscowości Miikse oficera tamtejszej agencji bezpieczeństwa wewnętrznego - Kaitsepolitseiamet (KaPo) - Estona Kohvera. Na punkcie granicznym miał spotkać się z informatorem. Wpadł jednak w pułapkę FSB. Rosyjski sąd skazał go na 15 lat łagru za rzekome przekroczenie granicy z bronią i próbę zbierania na terenie Federacji informacji wywiadowczych. Rok później wymieniono go na Aleksieja Dressena - również pracownika estońskich służb i zdrajcę skazanego w 2012 r. na 20 lat więzienia za szpiegowanie na rzecz Rosji. Kohver nie był osobą przypadkową. To oficer, który swoją karierę rozpoczynał w 1991 r. Był jednym z pięciu funkcjonariuszy zakładających KaPo na początku lat 90. W 2011 r. brał udział w uwolnieniu estońskich turystów porwanych w Libanie. Porwanie było prestiżową porażką Estonii. Przy obecnym nasyceniu funkcjonariuszami służb i żołnierzami polskiej granicy wschodniej wariant podjęcia próby porwania i sądzenia Polaka pod fałszywym pozorem jest brany pod uwagę.

Jod dla straży pożarnej

Kolejnym wariantem jest użycie przez Rosję taktycznej broni jądrowej. I to jest wariant „niekonwencjonalny”, ale z zerowym ryzykiem, że dotyczyłby obszaru NATO. - Na początku Kreml może ją wykorzystać w celach demonstracyjnych, wtedy pewnie wybuch nastąpiłby w pobliżu frontu, lecz daleko od ludzi, np. na Morzu Czarnym - wyjaśniał przy okazji Warsaw Security Forum amerykański gen. Philip Mark Breedlove, który dowodził wojskami Sojuszu Północnoatlantyckiego w Europie w latach 2013-2016. Jeśli to nie zmieniłoby nastawienia Zachodu do Rosji i nie zmusiło Ukrainy do poddania się, możliwe są kolejne kroki. - Drugi to detonacja wysoko w powietrzu, wtedy zniszczenia materialne na ziemi nie są istotne, ale impuls elektromagnetyczny powoduje duże straty w sprzęcie elektronicznym. I trzeci: użycie broni już na polu walki - tłumaczył wojskowy. Taki wariant analitycy bliscy Kremla opisywali już w 2008 r. w opracowaniu „Mechaniczna pomarańcza”. Dlatego już na początku października urzędnicy poinformowali, że „na wypadek wystąpienia zdarzenia radiacyjnego rząd zdecydował o utworzeniu rezerwy preparatów stabilnego jodu”. We wszystkich województwach tego rodzaju tabletki powinny być przetrzymywane w magazynach gminnych i w razie potrzeby stamtąd będą przekazywane mieszkańcom.

Strącanie pocisków już nad Ukrainą

Polski rząd nie wyklucza, że może również dojść do powtórki z upadku pocisku ukraińskiej obrony powietrznej lub po prostu pocisku rosyjskiego. Jeszcze przed incydentem w Przewodowie - o czym pisaliśmy w DGP w ubiegłym tygodniu - prowadzono analizy, na ile realne jest zestrzeliwanie ich w przestrzeni powietrznej Ukrainy, aby wyeliminować dyskusję o art. 4 i art. 5 Pak tu Północnoatlantyckiego i w ten sposób powstrzymać rozlanie się konfliktu. Aby tak się stało, na granicy musiałyby pojawić się natowskie zestawy przeciwlotnicze. O gotowości wysłania do Polski niemieckich patriotów mówiła na początku tygodnia niemiecka minister obrony Christine Lambrecht. - Zaoferowaliśmy Polsce wsparcie w zabezpieczeniu jej przestrzeni powietrznej - naszymi eurofighterami i systemami obrony powietrznej Patriot - powiedziała Lambrecht na łamach dzienników „Rheinische Post” i „General-Anzeiger”. Polska do tej propozycji odnosi się pozytywnie. „Z satysfakcją przyjąłem propozycję niemieckiej minister obrony dot. rozmieszczenia w naszym kraju dodatkowych wyrzutni rakiet Patriot. Podczas dzisiejszej rozmowy telefonicznej ze stroną niemiecką, zaproponuję by system stacjonował przy granicy z Ukrainą” - napisał na Twitterze szef MON Mariusz Błaszczak, potwierdzając publikowane przez DGP informacje.

Bezpański dron

Za prawdopodobny uznawany jest atak na infrastrukturę krytyczną. O tym, że Rosjanie mają takie zdolności, przekonaliśmy się m.in. przy wysadzaniu gazociągów Nord Stream 1 i 2 na Morzu Bałtyckim. Można sobie również wyobrazić użycie nieoznakowanych bezzałogowców do ataku na gazoport w Świnoujściu - mówi jeden z naszych rozmówców. Jest to atak tani i stosunkowo łatwy do przeprowadzenia. W taki sposób w ubiegłym roku Jemeńczycy zaatakowali jedną z rafinerii Saudi Aramco w Arabii Saudyjskiej, doprowadzając do pożaru instalacji. O tym, że naruszenie polskiej przestrzeni powietrznej się zdarza, świadczy choćby znalezienie bezzałogowca przemytników, który kilka dni temu spadł niedaleko granicy z Białorusią. W przypadku potencjalnego ataku w Świnoujściu sytuacja może być tym bardziej skomplikowana, że blisko znajduje się granica Niemiec, a atak Rosjan pod obcą flagą z terytorium RFN miałby kolosalne skutki polityczne.

Cyberwojna i propaganda

Obserwując rosyjskie ataki na sieć energetyczną Ukrainy, trzeba też sobie zadać pytania o stan polskiej infrastruktury w tym obszarze, szczególnie jeśli chodzi o zabezpieczenie cybernetyczne. O tym, jak niebezpieczne są tego typu ataki, przekonał się ostatnio choćby Instytut Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, który został zaatakowany przez hakerów na początku listopada i z tego powodu nie mógł normalnie funkcjonować - np. recepty musiały być wystawione na papierze, a część badań musiała zostać przełożona. Takie działania na szerszą skalę mogłyby doprowadzić do paraliżu służby zdrowia. W niedawno opublikowanym rankingu Cyber Defence Index Polska zajęła dobre szóste miejsce, a pozytywne opinie zebrały m.in. Wojska Obrony Cyberprzestrzeni. Jednak liczba ataków hakerskich w ostatnim czasie rośnie. Jak informował wiceminister aktywów państwowych Maciej Małecki, „obecnie konsorcjum Exatel i Gaz-System wraz z Politechniką Rzeszowską pracuje nad autorskim systemem, który ma zabezpieczyć polską infrastrukturę krytyczną”. ©℗

Najgorzej jest pod Bachmutem

Okolice Awdijiwki i Bachmutu w obwodzie donieckim to jedyny odcinek frontu, na którym Rosjanie prowadzą jeszcze działania ofensywne. Od wielu miesięcy, kosztem ogromnych strat, Ukraińcom udaje się odpierać ataki, a zdobycze terytorialne Rosji są relatywnie niewielkie. Na tym odcinku frontu walczą wagnerowcy Jewgienija Prigożyna oraz oddziały złożone z dowodzonych przez Rosjan mieszkańców terenów zajętych przez Kreml w 2014 r. Celem Moskwy w tym regionie jest wyjście na administracyjną granicę obwodów donieckiego i ługańskiego, co pozwoliłoby ogłosić sukces w postaci „wyzwolenia Donbasu”. Według źródeł ukraińskich Rosjanie przerzucają na Donieckie Zagłębie oddziały wycofane z prawobrzeżnej Chersońszczyzny.

Na pozostałych odcinkach frontu Rosjanie przeszli do defensywy. Na lewym brzegu Dniepru w obwodzie chersońskim starają się okopać i ustabilizować front. Z Kijowa płyną sugestie o możliwej aktywności ukraińskich oddziałów specjalnych na lewobrzeżu, ale brakuje niezależnych potwierdzeń podobnych doniesień. Ukraińcy ze zmiennym szczęściem kontratakują też w północnej części obwodu ługańskiego. Według amerykańskiego Institute for the Study of War 20 listopada pojawiły się informacje pośrednio świadczące o odzyskaniu kontroli nad Jahidnem. To kolejna wieś na drodze do Swatowego, ważnego węzła komunikacyjnego na północno-zachodnich rubieżach Ługańszczyzny. Swatowe wydaje się być celem działań kontrofensywnych na tym odcinku. Wczoraj tymczasem Rosjanie przeprowadzili kolejny atak rakietowy na ukraińską infrastrukturę cywilną. W Kijowie zniszczeniu uległ dwupiętrowy budynek, w którym - według wstępnych danych - zginęły trzy osoby. W stolicy wstrzymano dostawy wody, a w całym kraju - prądu. Służby komunalne pracują nad ich przywróceniem. ©℗