Chiny miały być ziemią obiecaną dla amerykańskich firm – lukratywny i niezbędny rynek przyszłości. Ale wraz z eskalacją napięć i nawoływaniami, aby rozdzielić obie gospodarki, dyrektorzy amerykańskich firm muszą skonfrontować się z czymś, co jeszcze kilka lat temu było nie do pomyślenia - że Chiny mogą już nie być wiarygodnym źródłem zysków i produkcji.

Oczywiście, liczący 1,4 bln mieszkańców kraj, z coraz większą rzeszą bogatych klientów i ustabilizowanymi łańcuchami dostaw, trudno jest zastąpić. Firmy z trudem pozyskają wykwalifikowanych pracowników i zastąpią sieci dostawców, na które mogą liczyć w Chinach. Wiele z nich będzie się trzymać swoich fabryk w Państwie Środka, aby produkować na lokalny rynek – niezależnie od globalnych napięć.

Niemniej rozdzielenie obu systemów na większą skalę wydaje się bardzo prawdopodobne, a nawet nieuniknione. Znalezienie alternatyw dla Chin będzie wymagało pracy, ale także same Chiny zaczęły działać pod tym względem.

Politycy po obu stronach Pacyfiku już teraz podejmują kroki, aby rozdzielić dwie największe gospodarki świata, a przynajmniej do pewnego stopnia. Na przykład administracja Trumpa ograniczyła amerykański eksport niektórych technologii do Chin, podczas gdy Kongres USA chce ograniczyć Chinom dostęp do rynków kapitałowych w Ameryce.

Reklama

Pekin jest jeszcze bardziej zdeterminowany. Otóż kluczowe elementy chińskich polityk gospodarczych oraz zagranicznych, począwszy od infrastrukturalnej Inicjatywy Pasa i Szlaku, po subsydiowanie państwowych programów przemysłowych – są obliczone po części na to, aby zmniejszyć zachodnie wpływy nad chińską gospodarką. Nie ma zatem wielu powodów, aby sądzić, że ten trend ulegnie zakończeniu.

Nie istnieje na świecie żaden rynek, który mógłby się równać Chinom. Homi Kharas z Brookings Institution jeszcze przed pandemią przewidywał, że do 2030 roku Chiny będą odpowiadały za niezwykłe 22 proc światowej konsumpcji klasy średniej (licząc według parytetu siły nabywczej). Ale firmy mogą odrobić te straty. Na przykład jeśli połączymy rynki Indii oraz Indonezji, oba do 2030 roku powinny odpowiadać za 21 proc. konsumpcji klasy średniej. I to nie wliczając w to innych państw rozwijających się. Kharas wskazuje, że Afryka, Ameryka Łacińska i Bliski Wschód będą odpowiadały za kolejne 13 proc. konsumpcji.

Pomimo, że rynki te obecnie mogą być mniejsze niż Chiny, to jednak mają wielki potencjał. W 2019 roku do Chin dostarczono ponad dwa razy więcej smartfonów niż do Indii. Ale za to chiński rynek smartfonów skurczył się o 7 proc. w tym roku, zaś indyjski powiększył się o 8 proc.

Badania firmy konsultingowej Bain&Company i Światowego Forum Gospodarczego (WEF) wskazują, że konsumpcja 10 państw należących do ASEAN w ciągu najbliższej dekady ulegnie podwojeniu do wartości 4 bln dol. W tym sensie młodsza populacja Azji Południowo-Wschodniej zastąpi konsumentów chińskich, którzy będą się starzeli w konsekwencji polityki jednego dziecka. Do 2030 roku z państw ASEAN dojdzie 40 mln osób w wieku produkcyjnym, podczas gdy starzejące się Chiny utracą 30 mln – wynika z prognoz WEF.

Sytuacja wygląda podobnie jeśli chodzi o łańcuchy dostaw. Niektórym firmom udało się już znaleźć alternatywy dla Chin. Podczas gdy Apple jest wciąż w dużym stopniu uzależniony od chińskich fabryk produkujących iPhone’y, to już na przykład Samsung ponad połowę smartfonów produkuje w Wietnamie.

Podobnie wytwarzająca odzież sportową firma Adidas w znaczący sposób zmniejszyła produkcję w Chinach do poziomu 16 proc. w 2019 roku (w 2010 roku aż 39 proc. produkcji firmy było zlokalizowane w Chinach). W tym czasie proporcja produkcji w Wietnamie i Indonezji podskoczyła do 71 proc. w ubiegłym roku z poziomu 53 proc. w 2010 r. Większość produktów Adidasa, które są produkowane w Chinach, trafia na chiński rynek.

Wietnam zaczął przyciągać firmy, które chciały dywersyfikować produkcję na długo zanim wybuchła pandemia koronawirusa. Z kolei Indie ogłosiły niedawno system specjalnych zachęt dla 1000 amerykańskich firm, które miałyby wyprowadzić się z Chin. Inne państwa z pewnością będą postępować podobnie, ponieważ potrzeba tworzenia miejsc w postpandemicznym świecie będzie coraz większa.

Dla wielu firm rozpoczęcie od nowa w innych krajach poza Chinami nie będzie łatwe. Niedoświadczeni kierownicy fabryk oraz pracownicy mogą wymagać dodatkowych szkoleń, aby poziom produkcji odpowiadał amerykańskim standardom. Sieci logistyczne będą musiałby być zbudowane, lokalna dystrybucja ulepszona, zaś świadomość marki zwiększona. Wszystko to zwiększy koszt firm, przynajmniej w krótkim okresie.

Ale amerykańskie firmy musiały już mierzyć się z takim wyzwaniem wcześniej – w Chinach. Zapomnieliśmy, że Chiny, jakie znamy dziś, w dużej mierze są efektem ciężkiej pracy międzynarodowych dyrektorów. 30 lat temu wiarygodna infrastruktura, utalentowana siła robocza, dobrze zarządzane łańcuchy dostaw i grube portfele konsumentów nie istniały. Przemysłowiec z Hongkongu, który otwierał fabrykę w południowych Chinach w 1982 roku, był otoczony przez pola ryżu i nie miał dostępu do sieci telefonicznej. Musiał podłączyć się pod sieć elektryczną z sąsiedniego Hongkongu.

Gdy w 1998 roku otwarto pierwszą fabrykę samochodów General Motors w Chinach, analitycy z branży wątpliwi, że będzie tam rynek na ekskluzywne Buicki. Oczywiście rynek istniał – lub mógł zostać stworzony. I w tym cała rzecz. Tak jak w przypadku Chin, zyski związane z przeniesieniem się do Bangladeszu, Wietnamu czy Etiopii prawdopodobnie będą warte podjęcia ryzyka. Prezesi powinni przygotować się na to wyzwanie.