O tym, że Chiny lubią odgradzać się od świata, wiadomo od ponad dwóch tysięcy lat. Wielki Mur Cyfrowy (Great Firewall), który stworzyli w XXI wieku jest wprawdzie mniej spektakularny, lecz równie skuteczny, jak ten, który zaczęli wznosić w III wieku p.n.e. Ściśle filtruje treści, które mogą przeglądać i współtworzyć chińscy internauci. Chiny blokują nie tylko konkretne strony internetowe, ale także używają technik skanowania adresów URL i zawartości stron pod kątem słów kluczowych umieszczonych na czarnej liście. Spośród 1000 najpopularniejszych na świecie stron internetowych 150 jest niedostępnych w Chinach, w tym Facebook, Google, Twitter i YouTube. Ma to tę (jedyną chyba) dobrą stronę, że stymuluje rozwój rodzimych serwisów internetowych.

Przez ostatnią dekadę Partia Komunistyczna hołubiła high-techy (wśród których poczesne miejsce zajmują platformy internetowe) kojarzone z forpocztą innowacji i nadzieją na dogonienie, a z czasem prześcignięcie amerykańskich pierwowzorów. Ich rozwój zaczął jednak także niepokoić, tak potężną władzę zyskały dzięki wykładniczo rosnącym wolumenom danych przez nie generowanych, przetwarzanych i przechowywanych. Dlatego na szczytach władzy zapadła decyzja o utemperowaniu „wolnej amerykanki” w trzech newralgicznych obszarach:

  • przeciwdziałanie zapędom monopolistycznym;
  • wzmocnienie ochrony danych i prywatności konsumentów;
  • recykling i transgraniczny przepływ danych.

Nowelizacja prawa antymonopolowego

Ewolucja polityki Chińskiej Agencji Ochrony Konkurencji (SAMR) wyraźnie wskazuje na ambicję dołączenia do światowej czołówki organów antymonopolowych. W ciągu ostatnich kilku lat uważnie śledziła działania podejmowane przez UE, zwłaszcza w sektorze internetu i danych. Na początku swego istnienia (powstała na mocy ustawy antymonopolowej z 2008 r.) miała zapobiegać nadużywaniu władzy administracyjnej w gospodarce rynkowej, skutkującym eliminowaniem lub ograniczeniem konkurencji. Chodziło o stopniowe znoszenie barier administracyjnych, utrudniających budowę jednolitego rynku krajowego i uczciwej konkurencji. W kolejnych latach priorytet przesunął się w kierunku kontroli w sektorze prywatnym. Skupiono się na przeciwdziałaniu monopolistycznej ekspansji kapitału na rynku krajowym oraz nadużywaniu przez zagraniczne podmioty siły rynkowej wobec chińskich przedsiębiorców.

Po kilkumiesięcznych konsultacjach w lutym 2021 r. SAMR opublikowała wytyczne antymonopolowe dla gospodarki platformowej jako preludium do nowelizacji ustawy z 2008 r. Na pierwszy rzut oka zawierają one standardowe unormowania. Po pierwsze, kontrola koncentracji kapitału powyżej określonych progów oraz wymóg uzyskania zgody przez zagraniczne firmy na transakcje fuzji i przejęć, mogące wpływać na bezpieczeństwo narodowe. Po drugie, zakaz nadużywania dominującej pozycji rynkowej poprzez sztuczne zawyżanie cen, sprzedaż poniżej kosztów, odmowę handlu z partnerami lub uzasadnionych warunków handlowych. I po trzecie, zakaz zawierania antykonkurencyjnych umów między równorzędnymi przedsiębiorcami (umowy horyzontalne) oraz między kontrahentami z tego samego łańcucha wartości (umowy wertykalne).

Tu jednak przewidziano szereg wyłączeń, które otwierają drogę do arbitralnych rozstrzygnięć, podkopujących pewność prawa. Mowa o przypadkach, gdy w grę wchodzi doskonalenie technologii, jakości i wydajności produkcji, konkurencyjności małych i średnich przedsiębiorstw, ochrona przed pogorszeniem koniunktury gospodarczej czy „uzasadnionych interesów” w zakresie handlu zagranicznego i współpracy gospodarczej.

Nowe przepisy dotkną przede wszystkim dwóch gigantów gospodarki platformowej: Alibaba i Tencent, aczkolwiek jest mało prawdopodobne, aby ich udziały w rynku drastycznie spadły. Mniejsi konkurenci z chęcią się do nich zastosują, ponieważ zyskają dzięki temu przestrzeń życiową.

Dostosowanie prawa ochrony konkurencji do standardów międzynarodowych pozwoli chińskim firmom przygotować się do realiów, jakie napotkają w toku ekspansji zagranicznej. Zresztą ustawodawca nie kryje, że ostatecznie przyświeca mu cel, jakim jest zwiększenie międzynarodowej konkurencyjności rodzimych przedsiębiorców.

Ochrona prywatności internautów

Tu znowu szlaki przetarła Unia Europejska. W 2018 r. weszło w życie unijne Rozporządzenie o ochronie danych osobowych (RODO). Podczas gdy w USA nadal toczy się debata nad kształtem podobnego aktu prawnego, w Chinach już 1 listopada 2021 r. zacznie obowiązywać stosowna ustawa. Paradoksalnie autorytarne państwo uzbroiło chińskich konsumentów w instrumenty do egzekwowania prywatności w sieci, o jakich Amerykanie, obywatele najpotężniejszej demokracji świata, wciąż mogą tylko pomarzyć.

W chińskiej ustawie o ochronie danych osobowych znalazły się standardowe przepisy, że podmioty zbierające dane muszą uzyskać zgodę użytkownika na zbieranie informacji, a użytkownicy oraz – tu novum na światową skalę – ich prawni spadkobiercy mają prawo do wycofania tej zgody lub modyfikacji danych. Tak samo jak beneficjenci europejskiego RODO, Chińczycy będą odtąd mogli blokować pliki cookies, które są źródłem informacji dobranych algorytmicznie i spersonalizowanych reklam. Jednak pojawiły się również surowe obostrzenia dotyczące przekazywania danych obywateli chińskich za granicę oraz kary sięgające 5 proc. rocznego obrotu lub nawet cofnięcia pozwolenia na prowadzenie biznesu.

Dobiega końca era gromadzenia i wykorzystywania danych przez firmy technologiczne bez ponoszenia odpowiedzialności i kosztów.

Platformy cyfrowe, m.in. WeChat, Douyin i Taobao, będą musiały powołać zewnętrzne (rekrutujące się spoza grona pracowników) komitety nadzoru nad przetwarzaniem danych konsumentów, a także publikować okresowe raporty na temat ochrony informacji. Tym samym dobiega końca era gromadzenia i wykorzystywania danych przez firmy technologiczne bez ponoszenia odpowiedzialności i kosztów.

Teoretycznie aparat państwa powinien przestrzegać podobnych zasad dotyczących gromadzenia danych, co przedsiębiorstwa. Toteż chińska ustawa o ochronie danych osobowych obejmuje agencje rządowe, które są zresztą największymi „procesorami” danych w kraju, lecz jednocześnie przewiduje liczne wyłączenia. Na przykład rząd nie musi informować osób fizycznych o gromadzeniu danych, gdy stoi to w sprzeczności z celem, w jakim odbywa się owo gromadzenie informacji – co otwiera szerokie pole do interpretacji. Jeśli dodać do tego autorytarny ustrój polityczny, to można się spodziewać, że egzekwowanie chińskiego RODO ograniczy się w praktyce do sektora prywatnego.

Ograniczenia w obrocie danymi

Drugą – obok ochrony prywatności w sieci – kwestią związaną z generowaniem Big Data są standardy monitorowania i kontrolowania handlu danymi. Ustawa o bezpieczeństwie danych, która weszła w życie 1 września, wprowadziła formalne wymogi w tym zakresie, tworząc ramy organizacyjne pod formowanie się regulowanego rynku. O zapotrzebowaniu na ten „towar” świadczy wielość platform handlu danymi, takich jak Tianyancha, Qichacha, Tianyuan Data, Jingdong Cloud, Guiyang Big Data Exchange, Shanghai Data Exchange Center, by wymienić tylko te największe. Funkcjonują one podobnie jak platformy zakupowe i tylko tym różnią się od Amazona czy jego chińskiego konkurenta – Alibaby, że pośredniczą w transakcjach zakupu i sprzedaży elektronicznie zapisanych informacji, a nie dóbr materialnych.

Z punktu widzenia autorytarnej władzy problem leży gdzie indziej, mianowicie w lokalizacji danych. Obecnie Chiny odpowiadają za 23 proc. transgranicznych przepływów danych, tj. prawie dwukrotnie więcej niż Stany Zjednoczone. Dość powiedzieć, że z platformy płatnościowej Alipay, której operatorem jest Ant Group (część koncernu Alibaba), korzysta 1,3 mld ludzi w 55 krajach świata. Obawy budzi jednak nie przypływ danych, ale ich wypływ, co tłumaczy surowe przepisy w tym zakresie. Co do zasady dane generowane w Chinach muszą być przechowywane na terytorium Chin. Transfer za granicę wymaga każdorazowo decyzji administracyjnej i oceny ryzyka, przedstawionej uprzednio przez depozytariusza danych. Wszystko to pod sztandarem bezpieczeństwa narodowego.

Tym orężem szermują zresztą także Stany Zjednoczone. Zarzut o manipulowanie kursem walutowym, wysunięty przeciwko Chinom przez Donalda Trumpa, był listkiem figowym, nieudolnie kryjącym sedno konfliktu – rywalizację technologiczną, której paliwem są dane. Dostęp do zagranicznych zasobów Big Data ma nieocenioną wartość z punktu widzenia konkurencyjności gospodarczej. W krucjacie przeciwko światowemu przywództwu Huawei we wdrażaniu internetu 5G padał argument, że chińskie urządzenia będą przechwytywały dane zagrażające bezpieczeństwu narodowemu USA. Jak pamiętamy, Trump podjął decyzję o uniemożliwieniu Chinom dostępu do swojej infrastruktury sieciowej i zablokowaniu chińskich aplikacji, takich jak WeChat i TikTok (to drugie cofnął Joe Biden).

Pod koniec 2020 r. Ameryce przybyła nowa broń. Otóż weszło w życie prawo umożliwiające Radzie Nadzoru nad Rachunkowością Spółek Publicznych kontrolowanie dokumentów z audytu chińskich spółek notowanych na Wall Street – w rodzaju Alibaby czy Baidu. Władze w Pekinie mają świadomość, że grozi to wyciekiem danych, tym razem na ich szkodę. Stąd jesienią ubiegłego roku prezydent Xi Jinping osobiście zablokował nowojorski debiut giełdowy Ant Group, która stanowi finansowe ramię koncernu Alibaba – ku wściekłości jego twórcy i głównego akcjonariusza, Jacka Ma. W wyniku postępowania antymonopolowego spółka została ukarana grzywną 2,8 mld dol. (ponad 8 proc. wartości anulowanej pierwszej oferty publicznej). Podobny los może czekać Tencent – giganta gamingowego i właściciela aplikacji społecznościowej WeChat. W tę samą logikę wpisuje się decyzja o wszczęciu kontroli pod kątem cyberbezpieczeństwa w spółce Didi Chuxing, która jest chińskim odpowiednikiem Ubera, i to dosłownie dzień po jej pierwszym notowaniu na Nasdaq.

W przeszłości chińskie organy regulacyjne okazywały daleko posuniętą tolerancję wobec nadużywania pozycji rynkowej przez spółki z branży ICT, gromadzące wokół swoich usług rzesze użytkowników internetu. Priorytet miało bowiem promowanie wzrostu w sektorze cyfrowym. Nadszedł jednak moment, w którym władze uznały, że tzw. gospodarka platformowa zaczęła się wymykać spod kontroli i pora ściągnąć lejce. Zdały sobie sprawę, że tylko ściślejsza kontrola nad firmami technologicznymi zapobiegnie sytuacji, w której staną się one niesterowalne, jak wydarzyło się to w Ameryce. Stosują typową prewencję. Z drugiej strony, poza poskromieniem emancypujących się spod partyjnego nadzoru rodzimych gigantów technologicznych Alibaba i Tencent, jest też chęć obnażenia słabości rządu USA wobec Doliny Krzemowej. A w tle – rosnący apetyt Chin na objęcie przywództwa w zakresie wyznaczania standardów technologicznych.