Niemiecka kanclerz jest dziś pupilkiem tych, którzy preferują twarde stanowisko wobec Rosji. Angela Merkel bowiem od początku konsekwentnie naciska na wprowadzanie sankcji za rosyjską aneksję Krymu. Sytuacja może się jednak zmienić po jesiennych wyborach w Niemczech. Wówczas ministrem spraw zagranicznych może zostać ktoś, kto opowiada się za bardziej pragmatycznym stanowiskiem wobec Rosji, zaś duża część niemieckiego społeczeństwa popiera taką postawę.

Chodzi o Christiana Lindnera, charyzmatycznego przywódcę liberalnej FDP. Lindner zderzył się z falą krytyki po tym, jak 5 sierpnia w wywiadzie zaproponował, aby aneksję Krymu traktować jako „trwałe prowizorium”, które nie powinno blokować relacji z Moskwą.

Christian Lindner, który jest także zwolennikiem bliskich relacji z USA, wezwał do zamrożenia problemu aneksji Krymu po to, aby współpracować tam gdzie to możliwe i aby Rosja miała szansę na zmianę swojej agresywnej polityki, a Władimir Putin mógł wyjść z twarzą.

Jeśli ugrupowanie Lindnera dostanie się do parlamentu, tak jak przewidują to sondaże, to FDP stanie się potencjalnym partnerem koalicyjnym dla partii Angeli Merkel CDU/CSU, tak jak bywało to już w przeszłości. Zazwyczaj w takich sytuacjach mniejszemu koalicjantowi przypadało ministerstwo spraw zagranicznych (Legendarny minister spraw zagranicznych Hans-Dietrich Genscher, który pracował w gabinecie kanclerza Helmuta Kohla, wywodził się właśnie z FDP).

Christian Lindner przyznaje, że akceptacja rosyjskiej aneksji Krymu to temat tabu, dlatego jest ostrożny i nie wzywa do niczego tak drastycznego, jak np. zniesienie sankcji ze strony UE. Zamiast tego polityk swoją propozycję ujął w ramy historycznej analogii:

Reklama

“Nigdy nie uznaliśmy aneksji państw bałtyckich przez ZSRR, ale tacy mężowie stanu, jak Willy Brandt oraz Walter Scheel byli w stanie rozwinąć politykę wschodnią, dzięki której Helmut Kohl i Hans-Dietrich Genscher doprowadzili do jednoczenia Niemiec”.

Konserwatywni oraz centrowi komentatorzy oskarżyli Lindnera o wygodną dla Kremla ciepłą politykę wobec Rosji. Biorąc pod uwagę przyszłą pozycję Christiana Lindnera w niemieckim rządzie, obecny gabinet Angeli Merkel wydał specjalne oświadczenie, w którym stwierdza, że stanowisko Berlina wobec Krymu nie uległo zmianie: aneksja była naruszeniem praw człowieka i zagrożeniem dla pokoju w Europie. Po oświadczeniu Lindner znalazł się w niekomfortowej pozycji. W tabloidzie „Bild” wyjaśniał:

„Rosja powinna otrzymać sygnał, że w Europie jest dla niej miejsce, ale pod warunkiem, że będzie znów przestrzegać zasad. Tak długo, jak to się nie stanie, nie może być współpracy. Nie wiem, czy w Moskwie jest gotowość, aby zmienić kurs. Ale wiem, że to się nie rozpocznie wielkimi kwestiami, tylko tymi drobniejszymi”.

To wszystko może brzmieć nieco zagadkowo i mało przejrzyście, ale wydaje się, że taką opinię podzielają ci wyborcy, o których walczy Lindner. Chodzi o biznes oraz o zwolenników prawicowej Alternatywy dla Niemiec (AfD), których FDP chce przyciągnąć twardą retoryką w obszarze imigracji. Z opublikowanego w środę sondażu wynika, że opowiadając się za większą otwartością wobec Rosji, Lindner zapunktował w obu tych grupach. 44 proc. Niemców zgadza się z jego stanowiskiem, zaś 43,2 proc. jest przeciwnych.

Duża część Niemców, a także większość skrajnie lewicowych oraz prawicowych wyborców nie chce mieć Rosji za wroga. Lindner próbuje to wykorzystać, ale bez bezpośredniego wspierania polityki Putina. W końcu lider ugrupowania, które w nazwie ma „wolni” i „demokratyczni” z trudem mógłby na takie wsparcie się zdobyć, tak jak zrobili to liderka francuskiego Frontu Narodowego Marine Le Pen czy Francois Fillon.

Ale co konkretnie oznaczają określenia, których używał Lindner: „małe kwestie”, bezpośrednie kroki” czy „propozycje, które pozwolą Putinowi zachować twarz”? Lider FDP nigdy tego nie wyjaśnił, ale Niemcy, oraz prawdopodobnie niemiecka kanclerz Angela Merkel, rozumieją, co miał na myśli.

W zeszłym tygodniu Unia Europejska dodała kilku rosyjskich oficjeli do czarnej listy w ramach sankcji po doniesieniach, że turbiny gazowe zbudowane przez niemieckiego Siemensa zostały przeniesione na Krym. Ale niemiecki rząd nie ukarał Siemensa ani nie zmusił tej firmy do wycofania się z Rosji. Zamiast tego niemiecki gigant wycofuje się z rosyjskiej spółki joint venture oraz pozywa nabywcę turbin przed rosyjskim sądem.

Tak samo Niemcy prawdopodobnie nie zrobią nic z popularnym zespołem techno z Hamburga – Scooter – który dał koncert na Krymie.

Niemcy także nie wycofały się z silnego poparcia dla gazociągu Nord Stream 2, który chcą zablokować państwa bałtyckie oraz kraje Europy Środkowo-Wschodniej, a najmocniej Polska. USA także sprzeciwiają się temu projektowi, licząc, że uda im się eksportować więcej skroplonego gazu do Europy Wschodniej.

Aby zapewnić dalszą realizację projektu, Rosja sygnalizuje gotowość do rozluźnienia monopolu eksportowego Gazpromu – największej przeszkody dla dostarczania większej ilości gazu do Europy. Jeśli Moskwa faktycznie dokona liberalizacji eksportu gazu, a Niemcy doprowadzą do ukończenia gazociągu Nord Stream 2, wówczas będzie można to interpretować jako „bezpośrednie kroki”, o których mówił Christian Lindner.

Całkiem możliwe, że Lindner w otwarty sposób mówi o czymś, co Angela Merkel wolałaby utrzymać w tajemnicy. Chodzi o ostrożne kształtowanie polityki wschodniej, która będzie ignorować nierozwiązany problem Ukrainy i skupi się na dotarciu do Rosji bez zmian w zakresie nałożonych sankcji, ale również bez nadmiernego ich egzekwowania. Bez względu na to, czy Lindner zostanie niemieckim ministrem spraw zagranicznych, Niemcy będą podążały w tym właśnie kierunku, gdyż sprawdziło się to w przypadku Związku Radzieckiego, a także dlatego, że niemieccy wyborcy nie żądają twardszego stanowiska wobec Moskwy.

Ciche, częściowe zbliżenie Niemiec do Rosji zdziała niewiele jeśli chodzi o rachunek Putina – tak samo, jak otwarta wrogość USA. Ale przynajmniej zostaną zaspokojone niemieckie interesy.

>>> Czytaj też: Niemcy chcą jeszcze więcej rosyjskiego gazu. Trwają rozmowy ws. odnogi Nord Stream 2