Z Bogdanem Góralczykiem rozmawia Maciej Miłosz
Napaść Rosji na Ukrainę trwa ósmy tydzień, od początku konfliktu Zachód mocno wspiera Kijów. A jaka jest postawa Chin?
Reklama
Ta wojna postawiła Pekin w stan strategicznej ambiwalencji. Z jednej strony popiera Moskwę i należy zakładać, że będzie to robić dalej: dyplomatycznie, politycznie oraz medialnie. Jednak wszystko wskazuje na to, że Chiny zakładały, iż Putin dokona blitzkriegu, po którym osadzi namiestnika w Kijowie - i w ten sposób upokorzy NATO oraz Amerykanów. Taki rozwój sytuacji byłby dla Chin plusem dodatnim, cytując klasyka. Ale okazało się, że nie ma ani blitzkriegu, ani zajęcia Ukrainy, za to jest wojna na pełną skalę. Chiny są więc zaskoczone, że Putin nie osiągnął swoich celów. A co ważniejsze - zaczynają się obawiać, że prawdziwym wygranym tego konfliktu mogą być Stany Zjednoczone oraz Sojusz Zachodni, w tym NATO. A to nie jest w ich interesie.
Jak Chiny oceniają postawę Zachodu, który ruszył na pomoc Ukrainie?
Są tym zaskoczone. Tego nie przewidywały, bo przecież miała obowiązywać zasada, iż centrum świata przenosi się z zachodu na wschód. Po kryzysie 2008 r. zwrot ogłosiła administracja Obamy, przenosząc swoją uwagę z Atlantyku na Pacyfik. Wszystko też zapowiadało, że podobnie będzie działać Biden - podczas jego pierwszej wizyty w Europie w czerwcu ubiegłego roku głównym tematem były właśnie Chiny. A teraz proszę sobie przypomnieć nieco przykryty przez wojnę wspólny komunikat chińsko-rosyjski z 4 lutego, kiedy Putin pojechał do Pekinu na otwarcie igrzysk. To ważny dokument, bo w zasadzie szkicował nowy ład światowy, polegający - w uproszczeniu - na zderzeniu liberalnego Zachodu z nieliberalnymi autokracjami na Wschodzie. Z takim podtekstem, że rozlazły Zachód przegra ze sprawnym Wschodem. Wybuch wojny 24 lutego zweryfikował te tezy. Chińczycy są zdumieni nieskutecznością rosyjskiej armii, więc teraz zaczęli zmieniać swoją narrację.
Na czym polega ta zmiana?
Obserwuję chińskie media i te anglo-, i te chińskojęzyczne. Zmiana zaczęła się w tych pierwszych. Już po niespełna trzech tygodniach konfliktu wysłały korespondentów, zresztą Anglosasów, do Lwowa i na granicę polsko-ukraińską. I zaczęły relacjonować sytuację prawie tak jak media zachodnie, bez naleciałości ideologicznych. Po prostu opowiadają fakty. To ważne, bo relacje w pierwszych dniach były prokremlowskie, a w chińskich barach grane były rosyjskie przeboje. Pekin był przekonany, że Moskwa tak przyłoży Zachodowi, że ten się nie pozbiera. Przy czym do dzisiaj w chińskich mediach najczęściej nie wspomina się jednak o wojnie, tylko o specjalnej operacji wojskowej, a więc powiela narrację Kremla. Ale tak naprawdę Chińczycy mają teraz inne problemy - znów wybuchł u nich COVID-19, Szanghaj jest w lockdownie i istnieje zagrożenie, że restrykcje pandemiczne obejmą całe południe kraju. Z tego powodu mają bardzo poważne problemy wewnętrzne, bo przewodniczący Xi Jinping właśnie wstrzymał realizację czegoś, co uznawał za swój kluczowy cel w najbliższym czasie: strategię dojścia w 2035 r. do „społeczeństwa powszechnego dobrobytu”. 1 lipca ubiegłego roku Xi ogłosił, że kraj osiągnął już status „państwa umiarkowanego dobrobytu”, a teraz miał być dobrobyt powszechny - i ten program zawieszono. Dlatego chińska prasa zajmuje się sprawami wewnętrznymi, a wojna w Ukrainie pozostaje na drugim planie. Natomiast w telewizji pojawiają się eksperci, którzy analizują konflikt od strony wojskowej, lecz nie mówi się o masakrze w Buczy czy ofiarach cywilnych. W głównym nurcie mediów chińskojęzycznych narracja jest wciąż raczej prorosyjska, ale te kierowane na Zachód są już w miarę obiektywne.
Dlaczego?
Bo Pekin nie jest pewien, kto zwycięży. Dla niego byłoby lepiej, by Putin nie osiągnął głównego celu, jakim jest odbudowa imperium w stylu ZSRR. Bo po co Chińczykom mocarstwo przy granicy? Zresztą oni już mają świadomość, że Moskwa wyjdzie z tego konfliktu osłabiona. I to dla Pekinu dobra sytuacja, bo Rosja będzie dla nich jeszcze słabszym partnerem. A więc będzie mogła być prowadzona na smyczy.
Czyli Pekin chce, by Kreml przegrał?
Nie, Rosja położona na deski przez braci Kliczko oraz prezydenta Zełenskiego nie jest w interesie Chin: bo one patrzą na Ukrainę, a widzą Tajwan. Dla Pekinu najważniejsza jest już rozpoczęta nowa zimna wojna ze Stanami. Przecież od marca 2018 r. mamy wojnę handlową i celną, której nie odwieszono. Do tego w czasie pandemii doszła narastająca wojna ideologiczna, aksjologiczna i medialna. A wszystko rozstrzygnie się na trzecim froncie, czyli w starciu o wysokie technologie, m.in. o sztuczną inteligencję oraz podbój kosmosu. Wobec tego powodzenie Rosji jest ważne w kontekście najważniejszego dla Chin boju, jakim jest walka ze Stanami Zjednoczonymi. Bo gdyby Rosjanie upadli i trzeba byłoby im pomóc, to dla Pekinu stałoby się to obciążeniem i problemem. Gdy Chiny dojdą do wniosku, że Kreml naprawdę może być położony na deski, wejdą do gry dosyć brutalnie i zaproponują negocjacje znacznie silniej, niż robi to turecki prezydent. Chiny są zresztą jedynym państwem, które może Rosję zmusić do rozmów pokojowych.
Rok temu tygodnik „The Economist” pisał, że Tajwan to najbardziej niebezpieczne miejsce na ziemi, że to tam można się spodziewać kolejnej dużej wojny. Czy to, że Rosjanie nie wygrywają i że Zachód tak silnie wspiera Ukrainę, zmienia kalkulacje Chińczyków w stosunku do Tajwanu?
Na pewno mają potężny ból głowy. Widzą, że świat się zjednoczył, i to nie tylko ten zachodni, więc nie sądzę, by chcieli doprowadzić do konfrontacji. Poza tym chińska tradycja mówi, że sztuką nie jest pokonanie rywala w walce, sztuką jest pokonanie przeciwnika bez walki. To jest ich styl działania, a nie walenie przeciwnika siekierą w łeb, jak to robią bojarzy z Kremla. To zupełnie inna kultura polityczna. Chińczyk raczej oszuka czy omami, nie użyje siekiery, chyba że zostanie sprowokowany. W ubiegłym tygodniu na Tajwanie miała być Nancy Pelosi, trzecia osoba w Ameryce. To byłby dla Chińczyków prawie casus belli; mogliby też zareagować prowokacją czy podstępem. Ale jest jeszcze inna chińska maksyma - szczęk oręża to klęska stratega. W sprawie Tajwanu, przynajmniej w najbliższym czasie, spodziewam się wykorzystania narzędzi ekonomicznych, nacisków handlowych i innych, a nie bezpośredniej wojny. Szczególnie że jest jeszcze jeden istotny element w chińskich uwarunkowaniach: jesienią odbędzie się XX Zjazd KPCh, na którym Xi Jinping zostanie ogłoszony cesarzem - otrzyma trzecią kadencję jako szef partii, być może będzie pełnił tę funkcję nawet dożywotnio. A to w chińskiej kulturze musi być otoczone rytuałem i celebrą. W takim okresie nikt żadnej wojny nie będzie prowadził.
Rosjanie zaskoczyli na Ukrainie nieporadnością militarną. W jakiej kondycji jest armia chińska?
Według Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) pod koniec XX stulecia tamtejsza armia była na pozycji ósmej, teraz jest na pozycji drugiej na świecie, daleko przed Rosją. Dwadzieścia lat temu Pekin wydawał na zbrojenia 10-12 proc. tego, co Amerykanie, a dziś ponad 35 proc. według danych oficjalnych, a jeszcze dochodzą środki ukryte. Armia chińska dogania amerykańską, szczególnie jeśli chodzi o siły morskie, a już po rozpoczęciu agresji na Ukrainę podjęto decyzję o zwiększeniu arsenału jądrowego. Chiny już są największym wyzwaniem w całej historii Stanów Zjednoczonych, większym niż były hitlerowskie Niemcy czy Związek Sowiecki. Chińsko-amerykańska rywalizacja to walka o prymat nad światem, mamy tu już do czynienia z pułapką Tukidydesa - chodzi o nieuchronny konflikt między wschodzącym a dominującym mocarstwem. I teraz Amerykanie dążą do tego, by osłabić pretendenta na wszystkie możliwe sposoby: militarnie, gospodarczo, handlowo, medialnie. Chiny niewątpliwie przegrały wizerunkowo pandemię. Teraz robią wszystko, żeby nie przyklejono im gęby przyjaciół Putina, a taką mają. Próbują ją zdejmować: u siebie i wśród krajów zaprzyjaźnionych im się to udaje, lecz na Zachodzie absolutnie nie. Zobaczymy, co będzie dalej, ale ostatecznym rezultatem zderzenia Chin i USA może być nie tyle wojna kinetyczna, co decoupling, czyli rozwód. Będzie jak w ruchu ulicznym: jedni jadą lewą stroną, drudzy prawą, byle nie po tym samym pasie. Przecież Pekin już ma alternatywny internet czy swój GPS, a w ostatnich latach niesamowicie przyspieszył program kosmiczny.
Wydaje się, że w ciągu dwóch lat eksport gazu i innych surowców z Rosji do Europy zostanie znacząco zredukowany. Pekin zajmie miejsce Unii jako głównego klienta surowców Moskwy?
Chiny już są bardzo ważnym odbiorcą surowców energetycznych z Rosji - i to jest ta jedna z ważnych dźwigni nacisku na Putina. Natomiast pisanie scenariuszy jest teraz niewykonalne, bo rozmawiamy w czasie wojny. Kto 10 dni temu mógł przewidzieć, że „Moskwa” zatonie? Kto da gwarancję, że przyparty do ściany Putin nie sięgnie po broń niekonwencjonalną? Trudno zakładać, co będzie z surowcami, choć oczywiste jest, że ich import do UE powinien być wstrzymany. To jest wojna z zaangażowaniem mocarstwa jądrowego i największego sojuszu wojskowego świata. A to powoduje, że nie ma biernych obserwatorów - co oznacza, że mamy wojnę światową. Z której, jak po każdym dużym konflikcie, wyłoni się nowy ład światowy. Nie wiem, czy będzie następny kongres wiedeński czy traktat wersalski, ale na coś takiego trzeba się przygotować. Zwiastun nowego ładu już mieliśmy w tym komunikacie chińsko-rosyjskim. Ale jeszcze ważniejsza decyzja zapadła jesienią ubiegłego roku, kiedy Szanghajska Organizacja Współpracy, która jest definiowana przez amerykańskich strategów jako anty-NATO, przyjęła w swoje szeregi Iran. Jeżeli współpraca w tej organizacji będzie się układać, wtedy ziści się czarna wizja waszyngtońskich strategów. Bo wtedy Pekinowi wystarczy zneutralizować Indie i Zachód straci wpływ na prawie całą Azję, poza Japonią i Koreą Południową.
BP i Shell, zachodni giganci wydobycia, już ogłosili, że wychodzą z Rosji. Czy w Chinach są spółki mogące zastąpić firmy z Zachodu w dostarczaniu nowoczesnych technologii?
Jak najbardziej, ale na razie one też są ostrożne. Sinopec, tamtejszy odpowiednik Gazpromu, wstrzymał nową inwestycję o wartości 0,5 mld dol. Huawei zagroził, że wstrzyma rozwój 5G. To kolejne narzędzia chińskiego nacisku na Rosję. Chińskie odpowiedniki istnieją, ale dają sygnały, że są zaniepokojone tym, co się dzieje.
Chciałem jeszcze podpytać o kwestie demograficzne. Niektórzy uważają, że Chińczycy już kolonizują południową Syberię.
To mit. Ludność Syberii rzeczywiście się zmniejszyła od rozpadu ZSRR o ponad połowę, ale to nigdy nie był gęsto zaludniony region. Chińczycy tam inwestują, np. budują szybką kolej do Władywostoku, który kiedyś do nich należał, są tam też chińscy robotnicy sezonowi. Czasem młodzi Chińczycy, których w wyniku polityki jednego dziecka jest znacznie więcej niż kobiet, biorą za żony Rosjanki. Zresztą one ich wolą, bo Chińczycy są bogatsi od Rosjan i znacząco mniej piją. Ale to nie jest tak, że Chińczycy tam wchodzą milionami.
Na koniec zerknijmy jeszcze na Polskę. Litwa prowadzi w stosunku do Chin bardzo twardą politykę. A my?
Do 24 lutego byliśmy w rozkroku, a to nigdy nie jest wygodna pozycja. Myślę, że to się już zmieniło, co doskonale pokazują ostatnie działania prezydenta Andrzeja Dudy. Zresztą Pekin ma teraz problem z Inicjatywą Pasa i Szlaku - południowa nitka, którą bardzo forsował premier Węgier, właśnie się rozsypała z powodu dewastacji Ukrainy. Ta przez Białoruś i Małaszewicze może być utrzymana, ale pytanie - co będzie dalej z Rosją? Właśnie mija 10 lat od ogłoszenia w warszawskim hotelu innej, wcześniejszej inicjatywy, współpracy w formule 16+1, ale jakoś nikt tego specjalnie nie celebruje. A to był prawdziwy szok, że Chińczycy wówczas weszli do Europy Środkowej. Nie wiemy, jakim wynikiem skończy się wojna, ale Rosja wyjdzie z niej osłabiona, a Pekin wzmocniony, przynajmniej gospodarczo. Jednakże największym problemem dla Chin będzie to, że wygranym może być Zachód pod wodzą USA, a tego w Pekinie nie przewidywano. I to stawia przed nim nowe problemy i wyzwania. ©℗
Przeczytałeś ten artykuł, zapraszamy do udziału w badaniu
Podziel się opinią na temat tekstów z Dziennika Gazety Prawnej. Wypełnij ankietę i odbierz prezent e-book: Kodeks Kierowcy. Zmiany 2022