Jak będzie ostatecznie wyglądać obecność amerykańska w Polsce? Czego można się spodziewać po porozumieniu amerykańsko-polskim?

Zasadnicza treść porozumienia jest zawarta we wspólnej deklaracji politycznej podpisanej przez prezydentów Andrzeja Dudę i Donalda Trumpa. Deklaracja ta była przez MON i Pentagon negocjowana z intencją, aby późniejsze umowy prawne były technicznym przeniesieniem ich treści. Tam zarysowaliśmy jej nowy charakter – trwały i oparty na dwustronnym procesie decyzyjnym. Jest także opisany początkowy pakiet projektów w ramach rozszerzenia amerykańskiej obecności. Chodzi m.in. o eskadrę bezzałogowców, dowództwo dywizyjne, centrum szkolenia bojowego czy lotniczą bazę przyjęcia sił. Praktyka pokazuje, że te projekty wkrótce mogą wyewoluować w jeszcze większą skalę obecności.

Za pana czasów w Ministerstwie Obrony Narodowej przedstawiliście Amerykanom propozycję dużej bazy (Fort Trump), która miała być zlokalizowana między Bydgoszczą a Toruniem. Nic takiego w tym porozumieniu nie ma. Dlaczego?

Należy rozwiać kilka mitów związanych z tym dokumentem. Po pierwsze, był to tylko jawny materiał informacyjno-promocyjny. Bliższe słowa „oferta” były niejawne materiały, które w trakcie negocjacji przekazaliśmy Amerykanom. Po drugie, na podstawie konsultacji z amerykańskimi specjalistami od komunikacji uznaliśmy, że potrzebne jest wskazanie przykładowej lokalizacji, która prezentowałaby infrastrukturalne możliwości Polski i MON. Po trzecie, ze strategicznego i wojskowego punktu widzenia jedna duża baza nie jest wcale bardziej pożądana niż większa sieć mniejszych baz.

W dokumencie pojawiła się kwota 2 mld dol., którą mamy zapłacić za przygotowanie bazy, i ona mocno rezonowała w mediach. Trudno uwierzyć, że taka deklaracja na początku rozmów zadziałała na naszą korzyść.

Wręcz przeciwnie. Podanie tak zagregowanej sumy przykuło uwagę do polskiej oferty, tworząc bardzo pozytywny klimat polityczny. Są tutaj pewne paradoksy. Tak naprawdę 2 mld dol. w kontekście projektów, o jakich mówimy, to nie jest duża suma. Gdybyśmy dobrze oszacowali koszty pośrednie, takie jak np. odlesienie przestrzeni pod poligony, które służyć będą wojskom polskim i amerykańskim, to nasze wsparcie można zaprezentować w kontekście znacznie większych sum.

Podobna historia wiąże się z hasłem „Fort Trump”, którego użycie przez prezydenta Andrzeja Dudę zapewniło inicjatywie rozpoznawalność, przy oddaniu symbolicznego uznania dla administracji, która zdecydowała się na taką transformację amerykańskiej obecności wojskowej. Istniało również pewne ryzyko, że nasza inicjatywa padnie ofiarą skojarzenia z tylko jedną opcją polityczną w USA. To ryzyko zmaterializowało się w większym sceptycyzmie wobec naszych starań u części naszych europejskich sojuszników. W Waszyngtonie jednak, dzięki komunikacji z obiema siłami w Kongresie, udało nam się to ryzyko zminimalizować. Efektem było ponadpartyjne poparcie dla naszych starań wyrażone w ustawach budżetowych na lata 2019 i 2020.

Na ile związek ze wzmocnieniem obecności amerykańskiej w Polsce ma to, że sprzęt wojskowy z zagranicy kupujemy praktycznie tylko w USA?

Te sprawy nie były w negocjacjach łączone. Powiem więcej, to nam mogłoby zależeć, aby siłę naszych zakupów, które wynikają z potrzeb Sił Zbrojnych, wykorzystywać dla wzmocnienia naszej pozycji politycznej w USA.

Przecież prezydent Trump jasno formułował takie transakcyjne podejście.

Mówię raz jeszcze jednoznacznie: te sprawy nie były w żaden sposób łączone. Na pewno nie w trakcie negocjacji, choć wpływały na pewno też na poprawę klimatu i tworzą nowe możliwości współpracy na przyszłość.

A co pan powie na zarzut, że negocjacje z Amerykanami nie są jeszcze skończone, a pan pakuje walizki i jedzie do Brukseli?

Zacznijmy od tego, że do MON przyszedłem w wyniku niespodziewanej prośby poprzedniego ministra – Antoniego Macierewicza, z misją polityczno-wojskowego przygotowania szczytu NATO w Warszawie. Po sukcesie tego przedsięwzięcia uznałem, że nie powinienem opuszczać resortu bez przygotowania spójnej strategii obronnej – stąd przedłużenie mojej misji w MON o przygotowanie Strategicznego Przeglądu Obronnego. Obecny minister – Mariusz Błaszczak, z chwilą objęcia stanowiska zaproponował mi w ramach kierowanego przez niego resortu zainicjowanie starań o rozszerzenie amerykańskiej obecności. Doprowadziliśmy do zawarcia politycznego porozumienia obu prezydentów. Obecny etap będzie prawną implementacją tych uzgodnień. Wciąż wspieram w tym wysiłku ministra Błaszczaka. W MON zamiast niespełna roku spędziłem więc prawie cztery. Obecna rola to wynik uzgodnień pomiędzy prezydentem, premierem, ministrami – Błaszczakiem i Czaputowiczem, że taki będzie najlepszy sposób kontynuacji mojej misji. Nie sądzę więc, że można mi zarzucać porzucenie spraw bezpieczeństwa i obronności.

Jak pan skomentuje to, że rekomendację sejmowej komisji spraw zagranicznych na ambasadora przy NATO dostał pan dopiero przy drugim podejściu?

Niemiły wypadek przy pracy i zawód. Sądziłem, że kwestie bezpieczeństwa mogą być wolne od codziennej walki politycznej. To był jednak epizod, który powinien być zapomniany.

Jakie mamy obecnie relacje z Sojuszem?

W NATO mamy dobrą pozycję. Polska ma znaczącą rolę chociażby z powodu naszego położenia geograficznego, jesteśmy największym państwem wschodniej flanki Sojuszu. Choć to nie do końca znajduje odzwierciedlenie, jeśli chodzi o liczbę Polaków na ważnych szczeblach organizacji. Na to będziemy zwracali większą uwagę.

Właśnie na tym polu ponieśliśmy porażkę – minister Krzysztof Szczerski nie został zastępcą sekretarza generalnego NATO.

Zwyciężyła inna koncepcja sprawowania tej funkcji. Poważne przyjęcie kandydatury ministra Szczerskiego przez sekretarza generalnego daje nam jednak dobry kapitał do starań w następnych konkursach.

Mówi pan, że mamy mocną pozycję, a kilka tygodni temu na łamach DGP szef dowództwa morskiego Sojuszu krytykował nas za brak wystarczającej liczby fregat.

Gratuluję panu redaktorowi wywiadu, który odbił się dość szerokim echem, przy czym wywołał pewne nieporozumienia. Zdziwiła mnie wypowiedź, byłego już, dowódcy domeny morskiej, który nie ma bezpośredniej roli w planowaniu zdolności sojuszu.

Nie niepokoi pana taki sygnał?

Głosy wojskowych powinny być brane pod uwagę, tym niemniej każda ze specjalności wojskowych naturalnie lobbuje za swoją rolą w ogólnym pakiecie zdolności.

Jakie są pana główne cele w Brukseli?

Chcę się skupić na skutecznym wprowadzaniu decyzji ze szczytów w Brukseli i Warszawie, sygnalizowanych wcześniej w Walii w 2014 r. Chodzi o pakiet odstraszania i obrony, szczególnie o planowanie, zwiększenie zdolności, a także zwiększenie dostępności wojska dla naczelnego dowódcy sojuszniczego w Europie m.in. poprzez inicjatywę 4 razy 30. Na pewno istotne będzie zapewnienie spójności myślenia strategicznego Sojuszu po łamaniu traktatu INF.

>>> Czytaj też: Niepodległa Szkocja i zjednoczona Irlandia? Brexit może wywołać rozpad Wielkiej Brytanii