Prezydentura Donalda Trumpa jest swoistym eksperymentem trwałości porządku międzynarodowego pod przywództwem USA. Chodzi o normy, sojusze oraz inne umowy, które obowiązują czasu zakończenia II wojny światowej i które sprawiły, że świat Zachodu doświadczył bezprecedensowego okresu wzrostu i stabilności. Trwająca kadencja Donalda Trumpa to również test procesu podejmowania decyzji w obszarze bezpieczeństwa narodowego.

Obecny system został stworzony w efekcie II wojny światowej. Jego celem było m.in. nadanie struktury i dyscypliny amerykańskiej polityce. System ten w ciągu kilku dekad miał swoje lepsze i gorsze chwile, ale radzko kiedy był tak mocno kwestionowany, jak obecnie – w czasie prezydentury Donalda Trumpa.

Jak dotąd, dwaj najdłużej sprawujący funkcje doradcy Trumpa ds. bezpieczeństwa – H.R. McMaster oraz John Bolton – reprezentowali bardzo odmienne podejścia do procesu podejmowania decyzji przy bardzo niezdecydowanym prezydencie. Ich doświadczenia pokazują, że ostatecznie amerykańscy prezydenci uzyskują taki system podejmowania decyzji, jak chcą, ale niekoniecznie taki, jak jest potrzebny krajowi.

Przed II wojną światową istniało kilka mechanizmów koordynacji pomiędzy różnymi departamentami, które były odpowiedzialne za amerykańską politykę i państwowość. W czasie wojny podejście prezydenta Franklina D. Roosevelta do strategii i planowania, pozornie swobodne, ale zadziwiająco skuteczne, doprowadziło do rozproszenia kompetencji takich osób, jak ówczesny sekretarz wojny Henry Stimson.

Niezależnie od sukcesów Roosevelta, we wczesnej erze powojennej większość decydentów, dyplomatów i członków establishmentu zajmującego się polityką międzynarodową, doszła do wniosku, że kraj o globalnych zobowiązaniach potrzebuje bardziej systematycznego i uporządkowanego podejścia do spraw zagranicznych. Podejście to sprawiło, że w USA powstało wiele instytucji, które do dziś kształtują amerykańską politykę. Chodzi o takie instytucje, jak Departament Obrony, Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, Centralna Agencja Wywiadowcza (CIA), a także Rada Bezpieczeństwa Narodowego, która miała nadzorować dyskusje pomiędzy agencjami i ułatwiać podejmowanie decyzji przez prezydenta.

W kolejnych dekadach poszczególni prezydenci, choć w różnym stopniu, to jednak opierali się na tym systemie. Niektórzy go przyjęli, inni próbowali ignorować. Ale od późnych lat 80. XX wieku, po kryzysie w Iranie, który pokazał, jak wiele złego mogą przynieść niewłaściwe procedury, administracje obu największych partii wspólnie zaakceptowały system obejmujący kilka poziomów wewnętrznej dyskusji na temat kluczowych spraw. Generalnie rzecz ujmując, Ameryka korzystała ze struktury i żywotności tego systemu.

Później Donald Trump dochodzi do władzy. Dla członków społeczności zajmującej się sprawami międzynarodowymi jego wybór był powodem do zmartwień – nie tylko dlatego, że poglądy prezydenta USA często stały w sprzeczności z wzorcami amerykańskiego internacjonalizmu. Wybór Trumpa był problematyczny również dlatego, że wyjątkowo porywczy i nieprzewidywalny prezydent, często nieświadomy szczegółów, a nawet ogólnych zarysów zasad prowadzenia amerykańskiej polityki, znalazł się w pozycji wpływu na wiele instrumentów władzy USA.

W okresie od lutego 2017 do kwietnia 2018 roku doradca Trumpa H.R. McMaster starał się stosować uporządkowany, ustrukturyzowany system podejmowania decyzji, aby zrekompensować charakter prezydenta Trumpa. McMaster korzystał z machiny Rady Bezpieczeństwa Narodowego, szczególnie w obszarze wielu międzyagencyjnych rad, aby dzięki temu rozwijać dyskusję nad opcjami w polityce międzynarodowej oraz zachęcać do systematycznej debaty nad głównymi zagadnieniami. Wespół z innymi osobami z tego środowiska, szczególnie z sekretarzem obrony Jamesem Mattisem oraz sekretarzem stanu Rexem Tillersonem, McMaster wykorzystywał proces dyskusji i podejmowania decyzji, aby odwieść prezydenta Trumpa od jego początkowych instynktów.

W lecie 2017 roku cała falanga doradców tymczasowo zniechęciła Trumpa do wycofania się z porozumienia nuklearnego z Iranem. Podobnie udało im się wyperswadować prezydentowi, aby jednak nie wycowywał wojsk USA z Afganistanu, nie zniszczył dorobku porozumienia NAFTA oraz umowy handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Koreą.

Co prawda prezydent Trump nadal postępował zgodnie ze swoimi instynktami, np. w sprawie wycofania się z porozumienia klimatycznego w Paryżu, a nawet w Białym Domu panował pewien chaos. Niemniej rok po objęciu funkcji przez Trumpa rozbudowany proces podejmowania decyzji wciąż łagodził tarcia i zakłócenia wynikające z charakteru prezydenta.

Jednak krytyczną wadą tego systemu było to, że Trump go nienawidził i uważał za zbyt ograniczający. Pod koniec 2017 roku prezydent USA zaczął przejmować kontrolę m.in. nad polityką ws. Iranu. W 2018 roku wymienił dużą część swoich doradców ds. bezpieczeństwa, zwalniając m.in. McMastera i nominując w kwietniu Johna Boltona.

Od czasu objęcia urzędu, John Bolton skupił się na wzmacnianiu prezydenta przy jednoczesnym osłabianiu całego procesu dyskusji i podejmowania decyzji. Ponoć zmniejszył liczbę międzyagencyjnych spotkań na wysokim szczeblu na rzecz mniejszych, mniej formalnych dyskusji. Co więcej, część departamentów i agencji została pozbawiona dostępu do informacji oraz do prezydenta. Po nieudanej próbie storpedowania pierwszego spotkania Trumpa z Kim Dzong Unem w 2018 roku, John Bolton w dużej mierze powstrzymał się powściągania instynktów Trumpa oraz od prób narzucania mu podejścia do polityki międzynarodowej, które jest niezgodne z osobowością prezydenta. „Różni prezydenci mają różne podejścia” – wyjaśniał wówczas Bolton. „Jeśli nalega się na daną formułę uprawiania polityki jako jedyną właściwą, można zostać wyrzuconym” – dodawał.

Doradca ds. bezpieczeństwa narodowego bez wątpienia ma rację, że prezydent Trump zasługuje na taki system podejmowania decyzji, jakiego chce. Trudniejsze pytanie brzmi, czy system ten jest dobry dla efektywności USA w świecie lub czy system ten uwydatnia mniej pożądane cechy oraz ich wpływ na amerykańską politykę.

Tylko w tym roku administracja USA posunęła się bardzo daleko w konfrontacji z dwoma, bez wątpienia złymi aktorami – Iranem i Wenezuelą. Tylko po to, aby prezydent USA mógł odkryć, że zakładane przez niego maksymalistyczne cele wcale nie są tak łatwo osiągalne. Ws. Korei czasami jego prawa ręka nie wiedziała, co robi lewa – w czerwcu John Bolton zaprzeczył, że administracja Trumpa rozważała negocjację zwykłego zamrożenia programu nuklearnego (w przeciwieństwie do jego demontażu), podczas gdy Departament Stanu widocznie próbował właśnie to osiągnąć.

Administracja Trumpa pokazała również, że nie potrafi trzymać się swoich priorytetów. Po tym, jak początkowo zadeklarowała prymat wielkiej rywalizacji z potęgami Rosji i Chin, przez większą część roku była zaangażowana w rozwiązywanie kryzysów z państwami zbójnickimi i regionalnymi potęgami. I nawet tam, gdzie podstawowe decyzje administracji Trumpa są całkiem łatwe do obrony, jak np. umieszczenie chińskiego Huawei na liście podmiotów stwarzających zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, to brak wcześniejszej koordynacji sprawił, że sojusznicy USA mogli czuć się bardzo zdezorientowani. Dodatkowe komentarze Trumpa, że zakaz dla Huawei może być zniesiony w ramach umowy handlowej USA-Chiny, doprowadziły do dyplomatycznego zamieszenia i osłabienia wiarygodności Stanów Zjednoczonych na świecie. Krótko mówiąc, ponieważ tworzenie polityki stało się mniej uporządkowane, sama treść polityki stała bardziej niechlujna i rozproszona.

Ceną tego niechlujstwa jest przekształcanie się problemów w kryzys. Co więcej, administracja Trumpa musi się mierzyć obecnie z kilkoma realnymi lub potencjalnymi kryzysami: coraz bardziej napięty konflikt handlowy z Państwem Środka, starcia w Hongkongu, które mają duży potencjał do eskalacji, rosnące napięcia pomiędzy Indiami i Pakistanem oraz wciąż niebezpieczny stan relacji z Iranem – to tylko niektóre z problemów.

Właśnie w takiej sytuacji globalne supermocarstwo potrzebuje zarówno sprytnie kalkulującego prezydenta oraz systematycznego i uporządkowanego podejścia do polityki zagranicznej. Niestety w USA brakuje dziś obu tych rzeczy.

>>> Czytaj też: Wielka siła czy wielka słabość USA? Zobacz, co ujawnia kryzys wokół Iranu [OPINIA]