Doktryna Monroe

Gdy w 2006 roku przechodziłem przez proces zatwierdzający na stanowisko szefa południowego dowództwa w ramach amerykańskiej armii (U.S. Southern Command), jako odpowiedzialnego za wszystkie operacje wojskowe w Ameryce Łacińskiej i w obszarze Karaibów, często pytano mnie o doktrynę Monroe. Doktrynę tę w 1823 roku stworzył prezydent James Monroe. W jej ramach USA ostrzegały narody europejskie przed dalszą kolonizacją Ameryk. Później doktrynę tę rozszerzono tak, aby zasadniczo całą zachodnią półkulę uczynić wyłączną strefą wpływów USA.

Reklama

Podczas gdy sekretarz stanu John Kerry w 2013 roku w czasie przemówienia na forum Organizacji Państw Amerykańskich publicznie deklarował, że „era doktryny Monroe dobiegła końca”, to administracja Donalda Trumpa powoływała się na nią w odniesieniu do wpływów Rosji i Iranu, które wspierały reżim w Wenezueli. Większość analityków ocenia, że pewna wersja doktryny Monroe wciąż jest realna w kontekście amerykańskiej dyplomacji regionalnej i zgadzam się z tym, ale powinna być rozpatrywana w odniesieniu do bardziej multilateralnej polityki – poprzez mechanizm Organizacji Państw Amerykańskich, a nie jako unilateralne narzędzie amerykańskiej polityki.

Czy USA powinny się obawiać rosyjskich sił w Ameryce Łacińskiej?

Dwa tygodnie temu prezydent Rosji Władimir Putin, w ramach potrząsania szabelką nad Ukrainą, zagroził zwiększoną obecnością militarną w obu Amerykach, wspominając Wenezuelę i Kubę. Jak Stany Zjednoczone powinny na to odpowiedzieć?

Weźmy głęboki oddech. Prawdopodobnie nie przekształci się to kolejny kryzys kubański.

Nie byłby to pierwszy raz, gdybyśmy zobaczyli Rosjan na Karaibach czy w Ameryce Łacińskiej. W ciągu ostatnich dekad ZSRR, a później Rosja, rozmieszczały okręty, samoloty, instruktorów wojskowych, oficerów wywiadu, grupy komunikacyjne i ekspertów ds. cyberwojny nie tylko w Wenezueli czy na Kubie, ale także w Nikaragui. Choć nie były to duże, permanentne kontyngenty, to naprawdę nie ma nic nowego w idei rotacyjnej obecności, którą Putin zdawał się grozić.

Dodatkowo wpływ konwencjonalnych sił Rosji w kontekście polityki regionalnej byłby mało ważny. W sensie operacyjnym zagrożenie, że takie siły byłby wykorzystane przeciwko USA lub nawet przeciwko bliskim sojusznikom Ameryki w regionie, jest w istocie zerowe.

Siły te mogą być wykorzystane do stłumienia wewnętrznych niepokojów. Ale na chwilę obecną autorytarni przywódcy na Kubie, w Wenezueli i Nikaragui wydają się kontrolować represję populacji, zatem rosyjskie jednostki wojskowe wysokiej klasy nie zmieniłyby niczego.

Gdy byłem szefem południowego dowództwa, miałem do dyspozycji dziesiątki tysięcy żołnierzy, wiele okrętów i statków, co szeroko przewyższało cokolwiek, co mogli uczynić zagraniczni rywale USA w obu Amerykach. Dziś południowe dowództwo ze swojej głównej siedziby w Miami uważnie obserwuje poziom rosyjskich sił i nie czuje się zagrożone – możecie mi wierzyć. Gdy zapytałem jednego z niedawnych szefów południowego dowództwa o potencjał zwiększonej obecności rosyjskiej, odpowiedział, że ten „wrzask” Putina nie jest ważny w sensie wojskowym, a dla Rosjan takie rozmieszczenie wojsk byłoby kosztowne, więc „niech marnuje swoje zasoby”.

Pociski manewrujące z głowicami nuklearnymi zmieniłyby kalkulację

Niemniej istnieje jedna poważna rzecz, która wymaga wzięcia pod uwagę: stałe rozmieszczenie rosyjskich pocisków manewrujących średniego zasięgu z głowicami nuklearnymi – coś, co Kreml rozmieścił w samym sercu Europy, w Kaliningradzie, czyli w rosyjskiej enklawie umiejscowionej pomiędzy Litwą i Polską.

Biorąc pod uwagę skrócenie czasu ostrzegania w porównaniu do rakiet międzykontynentalnych oraz bliskość bardzo istotnych celów – amerykańskich rafinerii w Zatoce Meksykańskiej, baz wojskowych w południowych stanach, dużych miast takich jak Miami, Atlanta, Nowy Orlean i Galveston – rozmieszczenie rosyjskich rakiet miałoby poważny efekt destabilizujący. Taki krok ze strony Putina prawdopodobnie wymagałby eskalacji sił w Europie oraz rozmieszczenia dodatkowych rakiet manewrujących USA w państwach NATO.

USA powinny dalej wspierać Ukrainę

Żadne z tych zagrożeń nie powinny skłaniać USA do jakichkolwiek wątpliwości, jeśli chodzi o dalsze wsparcie dla Ukrainy. Jeśli Putin poradzi sobie z inwazją na Ukrainę, którą grozi, to USA oraz ich sojusznicy powinni odpowiedzieć podzieleniem się z Ukrainą dodatkowym uzbrojeniem obronnym (szczególnie pociskami przeciwpancernymi i ręcznymi pociskami przeciwlotniczymi), zdolnościami defensywnymi i ofensywnymi w zakresie cyberprzestrzeni, najlepszymi informacjami wywiadowczymi oraz urządzeniami zakłócającymi rosyjską komunikację na polu bitwy. Pomoc ta powinna być połączona z zakrojonymi na szeroką skalę sankcjami gospodarczymi (wobec rosyjskiej gospodarki, w szczególności sektora ropy i gazu oraz zagranicznym kontom oligarchów Putina) oraz rozmieszczeniem amerykańskich wojsk lądowych (ale nie systemów nuklearnych) bliżej granic Rosji w ramach państw należących do NATO.

Jeśli Rosja naprawdę zdecyduje się rozmieścić istotne siły na półkuli zachodniej, amerykańska armia nie powinna przesadzić w reakcji. Dostarczenie południowemu dowództwu dodatkowych środków obserwacji byłoby dobrym początkiem, w tym bezzałogowych statków powietrznych oraz okrętów wywiadowczych. Praca z partnerami i przyjaciółmi w ramach Organizacji Państw Amerykańskich, z Kolumbią w szczególności, dzielenie informacji wywiadowczych oraz przeprowadzanie regionalnych ćwiczeń wojskowych mają sens.

W obliczu braku poważnego rozmieszczenia broni atomowej w regionie, groźbę Putina, że stanie się piratem z Karaibów, powinniśmy w dużej mierze zlekceważyć. Tak naprawdę nie jest w stanie temu podołać, zaś siły, które może rozmieścić, nie zmienią równowagi militarnej w obu Amerykach.