Do piątku samorządy mogą wnioskować o kolejne dofinansowanie deficytowych linii z Funduszu rozwoju przewozów autobusowych użyteczności publicznej. Te w założeniu powinny dotrzeć do wykluczonych komunikacyjnie mieszkańców. Chociaż resort infrastruktury przy ogłoszeniu naboru na 2020 rok chwalił się uruchomieniem 1,5 tys. linii komunikacyjnych, to wyniki nie dają powodów do mówienia o sukcesie: samorządy z dostępnej puli 300 mln zł dla wszystkich województw sięgnęły po nieco ponad 17 mln zł, czyli 5,6 proc. dostępnych środków. Nabór ruszył w drugiej połowie roku, a autobusy na nowe trasy miały wyjechać już 1 września.

Pytanie, czy fundusz ma szansę nabrać tempa w 2020 roku? Marcin Gromadzki z Public Transport Consulting jest sceptyczny. Wskazuje, że w ustawie o Funduszu rozwoju przewozów autobusowych o charakterze użyteczności publicznej (Dz.U. z 2019 r. poz. 1123) – nie było zmian od czasu jej uchwalenia. – W związku z tym przewiduję, że zainteresowanie funduszem nadal będzie ograniczone – ocenia.

Na szybko, bez pieniędzy i namysłu

Powody? Samorządy miały niewiele czasu na opracowanie tras, na które miały wyjechać PKS-y. Podejmowały więc decyzje szybko, bez konsultacji i ekspertyz. Próby wskrzeszenia lokalnej komunikacji z dofinansowaniem z funduszu zakończyły się fiaskiem w gminie Jerzmanowice-Przeginia (województwo małopolskie). Na początku listopada zlikwidowano uruchomione na początku września połączenia do pięciu miejscowości, bo autobusy zamiast pasażerów woziły powietrze.

Eksperci z branży transportu publicznego przekonują, że nie są to odosobnione przypadki. Mimo decyzji o otrzymaniu dofinansowania nie wszędzie autobusy wyjechały na trasy. Rzecznik prasowy wojewody lubelskiego Marek Wieczerzak przyznaje, że nie wszystkie jednostki zwróciły się po pieniądze. Przyczyny to nieuruchomienie niektórych linii, opóźnienie lub brak operatora.

Marcin Gromadzki zauważa, że w obecnych warunkach otwarcie nowej linii jest obarczone ryzykiem. – W przypadku kontraktów, w których podmiotem przychodów z biletów jest operator, uruchamianie linii na jedynie kilka lub kilkanaście miesięcy, to wręcz marketingowa i ekonomiczna katastrofa – podkreśla. Trzeba kupić lub w inny sposób zdobyć tabor, zatrudnić kierowców. Tymczasem w niektórych rejonach kraju występuje znaczny deficyt pracowników w tym zawodzie. Są też problemy z kontaktowaniem. Wiele samorządów ustaliło, że dopłata nie będzie wynosić więcej niż 1,1 zł (złotówka z funduszu i 10 groszy, czyli 10 proc. z budżetu samorządu). – To z reguły nie wystarcza na uruchomienie linii społecznie użytecznych – wskazuje Marcin Gromadzki. Jednocześnie samorządy stoją przed perspektywą zmniejszonych wpływów z podatków i nie stać ich na większą inwestycję.

Resort przekonuje, marszałek decyduje

Z innym problemem zmierzył się powiat lipnowski, który wycofał się z umowy zawartej z wojewodą na dofinansowanie deficytowych, nowych linii. – Główna księgowa zakładu transportu dostała jednoznaczną interpretację: przy dofinansowaniu z funduszu pekaesowego nie należą się dopłaty do biletów ulgowych – mówi starosta lipnowski Krzysztof Baranowski.

– Ministerstwo zapewniało, że nie ma zagrożenia dla ulg, ale jest to jedynie opinia, a nie oficjalna wykładnia prawna – zaznacza Bartosz Jakubowski, ekspert Klubu Jagiellońskiego. Dlatego część urzędów marszałkowskich, które dopłacają samorządom do ulgowych przejazdów interpretowała ustawę pekaesową zgodnie z wytycznymi resortu infrastruktury, ale nie wszystkie.

Krzysztof Baranowski podkreśla, że w powiecie lipnowskim większość pasażerów na trasach, na których planowano dofinansowanie z funduszu, to młodzież. – Sprzedajemy około 920 biletów miesięcznych. Stanęliśmy przed dylematem, czy pozyskać na trzy miesiące 21 tys. zł z budżetu funduszu pekaesowego, czy utracić masę środków z dopłaty do biletów ulgowych – zaznacza starosta. – Młodzież musiałaby płacić 100 proc. ceny. Nie uzyskując dofinansowania do biletów ulgowych z urzędu marszałkowskiego do nowo otwartych tras, działalibyśmy na szkodę naszego transportu – ocenia.

>>> Czytaj też: Co podróżni mają z miliardowych inwestycji w kolej? Przydałyby się efekty, ale na nie trzeba poczekać