Tytuł pani książki "Ludzie, ludzie..." odczytałam początkowo, jako apel, nawoływanie do opamiętania. A jest to raczej zaproszenie do zastanowienia się nad sobą, nad tym, jacy jesteśmy... Czy jest to rodzaj lustra?

Koniec roku skłania do takich refleksji. Jestem psychologiem i terapeutą, ale tym razem miałam taki zamysł, żeby nie poruszać kwestii związanych z przypadkami klinicznymi, z Instytutem Psychiatrii, lecz raczej skupić się na sprawach codziennych, zacząć rozmawiać o sobie i o innych, o tym, co ludziom dokucza, co ich uwiera. Co im się nie podoba w otoczeniu. Pamiętajmy, że to, co źle dzieje się w naszym otoczeniu, potem obraca przeciwko nam. Tak więc, nie chodzi tyle o opamiętanie, co o zastanowienie, spojrzenie na siebie.

To trafiła pani w sedno, bo w wielu miejscach książki można odnaleźć siebie, swoje słabości, śmiesznostki, lęki.

Mam takie sygnały. Ci, którzy są po lekturze dzwonią i mówią "O, to o mnie, ja już robię listę następnych tematów", "może nie jestem ostrym przypadkiem, ale dostrzegam w sobie rozmaite skłonności, które opisujesz", "jak dobrze, że zwróciłaś uwagę na takie sprawy jak kłótliwość, nasze fobie, skłonność do zbieractwa, łatwość do kłamstwa, na potoczne, przyziemne przypadłości".

Obrażalscy, wścibscy, wampiry energetyczne, nieokrzesani, przyjaciółki cudzych mężów - tworzy pani pewien zestaw typów ludzi i ludzkich przywar. Na jakiej podstawie powstała ta galeria? Czy rolę odegrała praca terapeuty, wiedza czerpana ze światowej literatury fachowej, czy doświadczenie pani, jako osoby prywatnej, matki, żony?

Dość spontanicznie sumowały się pewne spostrzeżenia. Statystyka tu odegrała swoją rolę. Dużo osób przychodzi do mnie ze swoimi problemami. Wybieram te najczęściej powtarzające się przypadki; nie wysysam tego z palca. Mam gabinet i wieloletnią praktykę kontaktów z mnóstwem ludzi. A potem już pracuję po akademicku - studia swoje cały czas kontynuuję, dużo czytam, mam dostęp do wiedzy, która w wielu przypadkach niezwykle rozjaśnia problemy.

Opisuje pani narcyzów, których kocha internet, malkontentów, manipulantów czy chomiki, z których domów wywozi się tony gratów, i to niezależnie czy swoje pasje zbieractwa realizują w Gdańsku czy na Manhattanie. W tym wszystkim jest pochylenie się nad kłopotami poszczególnych ludzi, ale jest też pewna lekcja, bo wyraźnie widać, co jest dobre, co jest złe, co jest moralne, co niemoralne, co lojalne, a co nielojalne, zdradliwe. Wydaje się, że tę książkę można przyjąć, jako lekcję moralności, etyki? 

Moja szkoła psychoterapii czy metoda pracy, jaką stosuję w praktyce psychologicznej, opiera się dużo bardziej na edukacji, na poszerzaniu wpływu naszego rozumu na nasze zachowania niż na przesadnym analizowaniu emocji, zdarzeń. Bardzo wysoko cenię psychoanalizę, ale wiem jak jest mało praktyczna; aby ją zastosować do rozwiązywania problemów życiowych, trzeba mieć dużo czasu, co najmniej siedem godzin w tygodniu, a te godziny przekładają się, na, co najmniej, dwa tysiące złotych. Prawie nikogo na to nie stać. I nie tylko u nas. W Ameryce, gdzie początkowo psychoanaliza upowszechniła się niesłychanie - wszyscy z problemami lądowali na kozetce psychoanalityka, ale dzisiaj jest to luksus dla nielicznych, dla tych, których stać na przykład na podróże własną awionetką.

Cieszę się, że tę książkę też można odebrać, jako lekcję inspirującą, dającą wybór.

Jaki wybór?

Możesz iść w tę lub inną stronę. Niezależnie, jakiego dokonasz wyboru, pamiętaj o skutkach. Istnieją takie ograniczenia, które nie pozwolą rozwinąć ci skrzydeł. Jeśli ludzie obok nas będą mieli zastrzeżenia, będą się źle czuli, to dadzą temu wyraz, choć może nie zawsze powiedzą wprost, o co chodzi. Wysyłają jednak sygnały dotyczące naszych postaw i zachowań. Jeśli ich nie odczytamy bądź zignorujemy to zabrniemy w nieprzyjemne, kłopotliwe sytuacje, relacje na tym ucierpią.

A zatem jakie lekcje należy odrobić, żeby funkcjonować w miarę harmonijnie?

My Polacy, Wschodnioeuropejczycy mamy mały trening w porozumiewaniu się z innymi. Zbyt dużo istnieje staroświeckich przekonań, które ograniczają komunikację. Nie mamy zwyczaju mówienia sobie nawzajem, o tym co nam dokucza. Milczymy albo, przeciwnie, o razu wylewamy kubły pomyj, co prowadzi do pogorszenia relacji bądź ich zerwania. Natomiast nie posiadamy umiejętności rozmawiania o sprawach, które nas w innych albo przez innych drażnią, irytują, utrudniają, naturalnie w taki sposób, aby nie obrażać, nie antagonizować, nie wywoływać agresji. Mam nadzieję, że moja książka w pewien sposób może pomóc; zawsze najlepiej zacząć od siebie. To otwiera furtkę, to jest ten złoty kluczyk.

W tej książce pojawia się nuta niepokoju o nas. Jakie cechy Polaków szczególnie utrudniają życie?

Obrażalstwo, malkontenctwo, chroniczne niezadowolenie, poczucie przegrania na wszystkich frontach - to niestety dość charakterystyczne cechy, czy raczej wady Polaków. Zdecydowanie brak nam międzyludzkiej pogody w kontaktach. Istnieje za to ta okropna kłótliwość, kiedyś z sąsiadem o miedzę, a teraz co się dzieje... Nikt nie porozumiewa się, tylko kłótnia trwa. Nikt nie kłóci się solo, zawsze z kimś.

Ale jedni są bardziej kłótliwi, inni mniej?

Z obserwacji życia wiadomo, że kłócą się kobiety i mężczyźni, dzieci i staruszkowie, biedni i bogaci, wykształceni i niepiśmienni. Oczywiście nie wszyscy jednakowo często i zażarcie. Najbardziej kłótliwe są dwa typy: ludzie o cechach osobowości antyspołecznej, o niskim poziomie empatii i sympatii do innych oraz osoby drażliwe, neurotyczne, skłonne do negatywizmu - tak na przykład uważa Zachary Walsh, znany kanadyjski profesor psychologii i badacz.

Wszyscy jednak mamy przywary, które drastycznie określają nasze stosunki z innymi i na poziomie indywidualnym, i na poziomie zbiorowym, społecznym ogólnonarodowym. Co się stało, że są dwie Polski, które obraziły się na siebie.

Cieplejszy akcent stanowi w książce rozdział "Znajomi nieznajomi"; w hierarchii towarzyskiej znajdują się na szarym końcu, a przecież wnoszą w nasze życie ciepło i życzliwość.

Lubię ten rozdział, od niego zaczęłam pisać książkę. Relacje ze znajomymi- nieznajomymi niesłychanie wzbogacają nasze życie. Znam wiele osób samotnych, które w takiej konwencji, w kontaktach ze znajomymi z widzenia funkcjonują naprawdę dobrze, radośnie. Osoby te nie zjadły beczki soli razem ale udzielają się w swoim świecie i korzystają z kontaktów. Uśmiech, wyciągnięta dłoń, słoiczek malin uzbieranych, to piękna a niedoceniana część życia. Mówimy: jestem sam, nikogo nie mam, a przecież mam sąsiada, panią na targu, szewca, który wszystko o tobie wie, bo od 20 lat reperuje ci buty. Życzliwe sąsiedztwo, niezobowiązujące znajomości są ważniejsze niż nam się wydaje i warto je zawierać, podtrzymywać, doceniać. Dzięki nim czasem świat staje się serdecznym, dobrym miejscem.

Rozmawiała Anna Bernat

Ewa Woydyłło jest psychologiem, terapeutą. W ramach Fundacji im. Stefana Batorego kieruje Regionalnym Programem Przeciwdziałania Uzależnieniom. Przyczyniła się do rozpowszechnienia w Polsce leczenia wg tzw. modelu Minnesota, opartego na filozofii Anonimowych Alkoholików. Jest autorką wielu książek, m.in. "Dobra pamięć, zła pamięć","My-roodzice dorosłych dzieci", "W zgodzie z sobą", "Podnieś głowę", "Sekrety kobiet", "Bo jesteś człowiekiem".