Wbrew temu, co można by przypuszczać, słuchając opinii wygłaszanych przez prominentnych przedstawicieli sędziowskiego samorządu, osoby zakładające do pracy togi z fioletowymi obszywkami i złote łańcuchy są dalekie od tego, aby pobiec z bronią na barykady w celu obrony demokracji i niezawisłości ich zawodu. Ogłoszona przez kolejnego ministra sprawiedliwości reforma systemowa także niezbyt ich wzrusza. – Pożyjemy, zobaczymy – mówią. I dodają, że zmiany są potrzebne. Analiza sytuacji i pomysły, jakie zaserwował niedawno Zbigniew Ziobro, są w większości zasadne i słuszne. Ale trzeba zobaczyć, w jaki sposób (i czy w ogóle) te hasła zostaną zrealizowane.

– Znamy założenia. Słyszymy warkot werbli. Tylko nie wiemy, czy oznaczają one polityczny spektakl dla wyborców, czy faktyczną chęć zmiany systemu – mówi sędzia Arkadiusz Krupa z Sądu Rejonowego w Łobzie. I dodaje, że zmiana byłaby potrzebna, wręcz wyczekiwana, bo system daleki jest od doskonałości. Podobnie uważa sędzia Barbara Piwnik z Sądu Okręgowego w Warszawie. A także inni moi rozmówcy, którzy proszą, żeby zachować ich nazwiska w tajemnicy. Boją się zabrać głos otwarcie, bo nie wiadomo, jak to zostanie odebrane. Jeśli powiedzą, że im się jakieś pomysły reformy podobają, zaraz zostaną przez kolegów, np. z KRS, okrzyknięci pisiorami, mogą mieć kłopoty z awansem, będą naznaczeni. A jak skrytykują, może przyjść Zły Ziobro i ich skrzywdzić. – Mnie jest wszystko jedno, nie muszę się podobać. Jak mnie do tej pory nie zagryźli, to już nie dadzą rady – śmieje się sędzia Piwnik. I komentuje, że te obawy z wygłaszaniem własnego zdania nie najlepiej świadczą o sędziach. – Jaka to trzecia władza? Taki człowiek orzekając także będzie się obawiał podjąć decyzję i wydać wyrok, bo jak to zostanie odebrane w mediach.

Jednak prawda jest taka, że system wymiaru sprawiedliwości właśnie w ten sposób został skonstruowany – oligarchicznie. I sędzia, który ma apetyt na awans, musi brać pod uwagę, że będą o nim decydowali stojący wyżej w hierarchii koledzy. To się ma nieco zmienić i to między innymi jest powód, dla którego sędziowie, zwłaszcza z sądów rejonowych, nie rozdzierają nadmiernie szat nad tym, co ma się wydarzyć. – Diabeł będzie tkwił w szczegółach – każdy z nich powtarza to zdanie kilka razy, niczym mantrę.

Sędziowie pokoju

Na liście rzeczy do zreformowania w wymiarze sprawiedliwości były do niedawna 24 punkty. Najważniejsze z nich, wbrew temu, co się słyszy, wcale nie dotyczą sposobu wybierania kandydatów do Krajowej Rady Sądowniczej. – Nie jest to ciało, którego działalność dotyka bezpośrednio obywatela – komentuje Barbara Piwnik. A sędzia Krupa dodaje, że w tym szacownym gronie nie tak dawno zasiadał i rozdawał karty poseł PSL Jan Bury, więc może nie ma o co kruszyć kopii.

>>> Czytaj też: Stowarzyszenia sędziowskie: planowane reformy zmierzają do podporządkowania sądów politykom

Część z postulatów jest pozytywnie oceniana przez środowisko sędziowskie, część uznana za nierealne. Jak np. pomysł, aby wprowadzić instytucję sędziów pokoju, którzy przejęliby drobnicę, czyli wszystkie sprawy dotyczące wykroczeń, dzięki czemu sądy wreszcie zostałyby odetkane. Na pierwszy rzut oka – świetny pomysł. Te wszystkie drobne, bardzo liczne, zabierające czas sędziom sprawy – o psa sąsiada, który za głośno szczeka, o to, czy pani Lusia popełniła wykroczenie, trzymając w ogródku dwie kurki miniaturki rasy karzełek holenderski – trafiłyby w ręce i pod osąd sędziów pokoju właśnie. Tylko kto miałby pełnić tę funkcję? Prawnicy, np. adwokaci, dla których zabrakło klientów? Czy może pan Zenek i pani Maria, społecznicy? Tak jak jest w Anglii, gdzie pełnienie tej funkcji wiąże się wyłącznie z prestiżem, nie z pieniędzmi. – Aby wprowadzić sędziów pokoju do prawnej rzeczywistości, należałoby zmienić konstytucję, bo dziś prawo do wydawania wyroków mają sądy i trybunały – zauważa Bartosz Pilitowski, prezes zarządu Fundacji Court Watch Polska. I kto miałby ich wybierać – prezydent? Wątpliwe. Idea jest raczej taka, aby były to osoby wskazywane lokalnie, cieszące się szacunkiem. Tylko na ile przyjęło by się to w naszym społeczeństwie i na ile respektowano by ich wyroki? – Kiedyś działały kolegia do spraw wykroczeń, sam ćwiczyłem orzekanie, wydając wyroki razem z czynnikiem społecznym w sprawach mniejszej rangi – przyznaje sędzia Krupa. Dla niego oraz innego mojego rozmówcy, sędziego z niewielkiego sądu rejonowego we wschodniej Polsce, rozsądniejsze by było przydanie kompetencji asystentom i referendarzom. Niech trenują wydawanie wyroków, niech tłumaczą ludziom, że TVN Turbo nie jest wiarygodnym źródłem wiedzy prawnej i radary Iskra nie są nielegalne (600 tys. spraw w Polsce rocznie dotyczy wykroczeń drogowych). – Gdyby pani u mnie przekroczyła prędkość, zaręczam, że wyrok zapadłby bardzo szybko – dodaje sędzia Arkadiusz Krupa. Choć w wydziale cywilnym jest dużo spraw, więc czeka się dłużej.

A jego kolega ze wschodnich rubieży ocenia, że większym problemem niż zbyt szeroka kognicja sądów (zakres spraw, jakimi się zajmują) jest nierówne obciążenie pracą poszczególnych sądów i sędziów. Wcale nie mamy ich za wielu – między 2010 a 2014 r. ich liczba spadła o 6 proc., a liczba spraw wzrosła. Przy czym jeśli sędzia w dużym ośrodku miejskim załatwia rocznie 600 spraw, to ten w małym sądzie na prowincji może sto. Łatwiejsza praca, mniej stresujące życie. – Powinno się wprowadzić coś w rodzaju dodatku stołecznego – komentuje sędzia Piwnik.

Spłaszczenie struktury

Resort sprawiedliwości ma na to inne lekarstwo – tzw. spłaszczenie struktury. Zniknąć mają sądy apelacyjne, zostać tylko rejonowe i okręgowe. Dwustopniowa struktura wystarczy, nie narusza to nijak ustawy zasadniczej. Przy czym rejony mają być większe, składające się z kilku, kilkunastu sądów, wszyscy zatrudnieni tam sędziowie pracowaliby jakby w jednym miejscu. To o tyle ważne, że sędzia jest przypisany do sądu w mieście X, może orzekać tylko tam. Jeśli zostanie zatrudniony w rejonie (albo w okręgu), będzie możliwość, aby bardziej elastycznie wykorzystać wszystkich sędziów, przesuwając ich np. w miejsce, gdzie niezałatwionych spraw jest więcej.

Ta możliwość – choć logiczna – budzi pewne obawy. Bo jak jakiś sędzia podpadnie zwierzchnikowi, ten może chcieć go przerzucać z sądu do sądu. Wszystko zależy, jak to zostanie uregulowane na poziomie legislacyjnym. No i ważne jest, żeby czasem nie padły ofiarą małe sądy, jak wówczas, kiedy szefem resortu sprawiedliwości w rządzie PO był obecny zwierzchnik Ministerstwa Nauki. – Sąd i sędzia są potrzebni na miejscu, w małej miejscowości – powtarzają zgodnie sędziowie rejonowi. Stanowią lokalną elitę, często udzielają się społecznie, przydają swojemu miejscu prestiżu. No i kwestia dostępności sądu. W Warszawie nie potrzeba ich na każdej ulicy, ale na prowincji, jeśli trzeba jechać doń 100 km, zaczyna się problem. Jednak wydaje się, że zamiary obecnej władzy są odwrotne. – Słyszałam, że będzie się dążyć do tego, aby nie tworzyć molochów, ale sądy do 70 pracowników – mówi Edyta Odyjas, przewodnicząca MOZ NSZZ Solidarność Pracowników Sądownictwa, która jest żywo zainteresowana tym, nad czym pracuje zespół ministra Ziobry. I dodaje, że z jej wiedzy wynika, iż do kierownictwa resortu dotarło, że w kraju brakuje 15 tys. urzędników sądowych. Mają się znaleźć dla nich etaty, gdyż rozważany jest także pomysł utworzenia zespołów sędziowskich – sędzia, dwóch sekretarzy, asystent, protokolant – aby sędzia mógł zajmować się tylko tym, czym powinien: sądzeniem.

Sędzia ze wschodniej Polski zauważa, że w Europie Środkowej gros drobnych spraw prowadzą referendarze, w Niemczech – gdzie stanowią 60 proc. wszystkich sędziów – zwani rechtspflegerami. W Czechach i na Słowacji – 80 proc. A u nas takich rechtspflegerów jest zaledwie 17 proc., 1700 referendarzy na 10 tys. sędziów. – Więc może tędy droga – pyta retorycznie sędzia.

>>> Czytaj też: PiS przejmuje Krajową Radę Sądownictwa. Ma działać pod dyktando Sejmu

Kolejnym efektem spłaszczenia struktur ma być – co zauważa Bartosz Pilitowski – zmniejszenie dysproporcji w zarobkach sędziowskich. Obecnie różnica pomiędzy najsłabiej opłacanym sędzią z rejonu a najwyżej uposażonym z apelacji jest ponad dwukrotna (7 i 15 tys. zł). Jeden z sędziów mówi, że spodziewa się, iż ten rząd jeszcze podwyższy ich uposażenia, ostatnia podwyżka miała miejsce właśnie wówczas, kiedy poprzednim razem PiS był u władzy. A to skutecznie wyeliminuje opór w terenie – sędzia też człowiek, można go przekupić. Ma tylko nadzieję, że oprócz pieniędzy będzie w tych zmianach coś więcej.

Droga do profesji

Dla sędzi Barbary Piwnik ważne jest to, żeby resort zastanowił się jeszcze nad pomysłem, aby nowych sędziów brać prosto z krakowskiej Krajowej Szkoły Sądownictwa i Prokuratury. Zresztą ten pomysł krytykują zgodnie wszyscy moi rozmówcy. I zastanawiają się, skąd taka wolta ministra Ziobry – o 180 stopni. Niedawno jeszcze mówił publicznie, że wyroki powinien wydawać człowiek z doświadczeniem zawodowym, dojrzały, a teraz twierdzi, że stawia na asesorów. – Taki absolwent, choćby miał najlepiej pozdawane egzaminy, życia nie zna, więc jak ma wydawać sensowne wyroki – zżyma się sędzia Krupa. Sędzia Piwnik widzi jeszcze jeden problem: bycia sędzią nie można się nauczyć, zdając, choćby najlepiej, egzaminy testowe „metodą kółka i krzyżyka”. Trzeba terminować u doświadczonego sędziego, przypatrywać się, jak on prowadzi sprawy, czym się kieruje, wydając wyroki. – Ja już nie biorę aplikantów, to nie ma sensu, bo ci młodzi ludzie nie mają czasu, aby uczestniczyć w rozprawach, oczekują tylko podpisu potwierdzającego zaliczenie praktyki – opowiada. No i jest jeszcze kwestia samodzielności. Jeśli resort stawia na asesorów i chce dawać pierwszeństwo asystentom sędziowskim w staraniu się o zostanie sędzią, to jest to nieporozumienie. Bo oni są ćwiczeni w tym, żeby byli grzeczni, cisi, nie wychylali się. A to nie są cechy, którymi powinien się cechować kapłan Temidy. – Ludźmi pokornego serca łatwiej sterować – zauważa sędzia Krupa.

Większych emocji wśród szeregowych sędziów – czemu trudno się dziwić – nie budzi zapowiedź ograniczenia liczby sędziów funkcyjnych. Jeszcze wszystko jest w powijakach, nowa rzeczywistość dopiero powstaje, ale może to wyglądać nawet tak, że w ogóle nie będzie przewodniczących wydziałów. Rozważany jest model, że na czele sądu (tego dużego rejonu bądź okręgu) stoi prezes, który ma czterech zastępców, a każdy z nich jest odpowiedzialny za jakiś obszar. To spowoduje, że zwolnią się moce przerobowe, bo dziś funkcyjni (a jest ich 4 tys. na 10 tys. wszystkich sędziów) są, zgodnie zresztą z przepisami, mniej obciążeni orzekaniem.

Bartosz Pilitowski bardzo się cieszy z tego, że resort sprawiedliwości uwzględnił postulat Fundacji Court Watch Polska i zamierza wprowadzić losowy przydział spraw sędziom. Tłumaczy, że obecna praktyka, kiedy w postępowaniu cywilnym przewodniczący wydziału może dowolnie zmieniać skład w trakcie jego trwania, stwarza warunki dla patologii i manipulacji. Przewodniczący może zmienić skład widząc, że sprawa zmierza w kierunku wyroku, którego on by sobie z różnych powodów nie życzył. Może też sobie przydzielać sprawy łatwiejsze, niewymagające dużej ilości czasu i wysiłku, aby poprawić statystyki i mieć większe szanse na awans.

– No i obywatel ma prawo do rozpatrzenia sprawy przez właściwy sąd, co oznacza skład wynikający z przepisów prawa, a nie arbitralnej decyzji przewodniczącego wydziału – mówi.

Pomóc ma w tym system elektroniczny, który będzie pilnował, aby sędziowie nie dostawali więcej spraw, niż wynosi ich pensum, aby nie byli nadmiernie przeciążeni, co demotywuje. I sprawia, że ludzie odchodzą z zawodu.

Znów – brzmi atrakcyjnie – ale, jak zauważa sędzia Barbara Piwnik, wymiar sprawiedliwości to nie model informatyczny, a bardzo skomplikowana rzeczywistość, w której trzeba się liczyć z nieprzewidywalnym czynnikiem ludzkim. Co może doprowadzić, jak w filmie „Grek Zorba”, do pięknej katastrofy. W procesach karnych obowiązuje zasada niezmienności zespołu orzekającego, co sprawia, że przy wieloosobowych sprawach, nawet jeśli się wyznaczy zapasowych sędziów i ławników, wystarczy niekorzystny zbieg okoliczności i cały proces trzeba, nieraz po latach, zaczynać od nowa. – Sądziłam już w sprawach, które wcześniej przeszły przez kilka innych składów orzekających – mówi sędzia Piwnik. Jak dojdzie do tego jeszcze losowanie, może być ciekawie. I będzie się zdarzać, że miesiącami nie uda się wyznaczyć składu orzekającego. A jak ktoś będzie miał pecha, system „wylosuje go” do samych skomplikowanych spraw. – Ale zdaje się, ministerstwo zorientowało się, że to może nie zadziałać, i będzie dopracowywać tę ideę – ma nadzieję.

>>> Czytaj też: KRS: negatywnie o decyzji ministra sprawiedliwości ws. sędzi Koski-Janusz

Z kolei sędziego Arkadiusza Krupę niepokoi ów „system elektroniczny”, który ma kontrolować pracę i obciążenie sędziów. – Na forach sędziowskich pojawiły się komentarze, że nie wiadomo, kto teraz będzie nosił te „obrączki” – skazani czy sędziowie – komentuje.

Pieniądze, pieniądze

Moi rozmówcy zastanawiają się, na ile uwolnienie rezerw ludzkich i zmiany organizacyjne mogą przyśpieszyć orzekanie. – Żeby wygrać wojnę, jak mawiał Napoleon, trzeba trzech rzeczy: pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy – zauważa sędzia ze wschodu. Potrzeba więcej ludzi z obsługi, trzeba ich także lepiej opłacać, bo wtedy można wymagać – przekonuje. Powinni oni pisać uzasadnienia za sędziów, którym zabiera to połowę życia. – Teraz w sprawie o alimenty sędzia musi pisać wielostronicowe uzasadnienie, jakby nie wystarczyło, że chodzi do sklepu i wie, co ile kosztuje – rzuca sarkastycznie. Sędzia Barbara Piwnik zauważa, że nawet jeśli przybędzie sędziów, nie znaczy to wcale, że przybędzie sal, w których by mogły się toczyć rozprawy. A gdyby sądy miały pracować od rana do nocy, trzeba by dodatkowo zapewnić obsługę administracyjną i konwoje. Wszystko ma swoją wymierną w złotych cenę, o czym nie lubi się mówić. Już dziś nakłady na wymiar sprawiedliwości w Polsce są jednymi z najwyższych w Europie.

Więc może lepiej postawić na procedury? Uściślić je. Ograniczyć możliwość odwoływania się w nieskończoność od rzeczy, które nie istnieją, a co do których sąd i tak musi wydawać formalną decyzję. Strony wykorzystują to do przeciągania procesów, to głównie z tej przyczyny sprawy trwają latami. W MS pojawił się pomysł kar finansowych za uporczywe przeciąganie postępowania. Ale to ślepa uliczka – bo jeśli strony wykorzystują istniejące regulacje, to po prostu realizują swoje prawa. Lepszą metodą jest popularyzacja mediacji, o czym mówi się od lat, a czego nikt systemowo nie czyni. Tutaj kolejny pomysł resortu na reformę: sędziowie mają nakłaniać do ugody, przeprowadzając ze stronami wstępną rozmowę i przedstawiając swój pogląd na sprawę (oczywiście po zapoznaniu się z aktami). W Niemczech nazywa się to wyrok zza węgła – sędzia komunikuje stronom, że jeśli chodzi np. o punkty 1 do 7 pozwu, to uważa, że są dobrze udokumentowane i się z nimi zgadza, punkt 8 i 9 wydają się problematyczne, trzeba by je udowodnić lepiej, a nad ostatnim, 10, musi się zastanowić, bo jest spór w doktrynie. I strony wiedzą, czego się spodziewać, mogą więc być bardziej skłonne do tego, aby się dogadać. – Sprawy będą też trwały krócej, bo nie trzeba będzie udowadniać udowodnionego – przekonuje Pilitowski.

Teraz niektórzy sędziowie podobnie działali, narażając się na konsekwencje. Jednak sędzia Krupa jest sceptyczny. – Nie jesteśmy układnym społeczeństwem, które szanuje wyroki – uważa. Czy Kargul z Pawlakiem podaliby sobie ręce tylko dlatego, że im sędzia kazał? No i jest jeszcze kwestia adwokatów, coraz większej liczby adwokatów, którzy potrzebują zarobić. W ich interesie nie jest dążenie do ugody na pierwszej rozprawie, więc będą ją klientom odradzać.

Poza tym nie każdy sędzia jest dobrym psychologiem, nie każdy potrafi rozmawiać z ludźmi, mediować. Ale to jest problem już omówiony – kto powinien trafiać i jaką drogą do tego zawodu. – Gdybyśmy go rozwiązali, reszta problemów z czasem zniknęłaby sama – jest przekonana sędzia Piwnik.

Natomiast kwestią otwartą pozostaje to, jaką rolę ma odgrywać sędzia po zapowiadanej reformie. Nadal ma być bezstronnym arbitrem czy raczej – na wzór germański – bardziej urzędnikiem związanym procedurami.

Sędzia Arkadiusz Krupa przestrzega – to nie jest dobry pomysł. O sposobie sądzenia, wyrokowania, zawsze będzie decydować doświadczenie życiowe sędziego, ścieżka jego kariery zawodowej, a nawet region, z którego się wywodzi, i lokalne zwyczaje. – Sędzia, który orzeka w wyższej instancji, ma sztab asystentów, a powszechnie określany jest mianem pałacowego, inaczej będzie postrzegał rzeczywistość, niż taki, który uwija się jak w ukropie w pięcioosobowym wydziale, z którego z przyczyn losowych wypadły trzy osoby – powiada. No i życie jest zbyt skomplikowane, żeby wsadzać go w sztywny gorset przepisów. Choć jest taka pokusa. Postępowanie cywilne daje sędziemu dużą władzę dyskrecjonalną i teoretyczną możliwość dyscyplinowania stron. Taki przykład: w sądzie w X nigdy nie przyjmowano w toku postępowania wniosków dowodowych. W sądzie w Y rozpatrywano, dlaczego są spóźnione i wówczas podejmowano decyzję. Jedno i drugie jest zgodne z przepisami. Co jest sprawiedliwsze? I czy należy tę wolność sędziowską ograniczyć, jak to próbowano zrobić w procesach gospodarczych?

– Nie ma prostych odpowiedzi na skomplikowane pytania, a sprawiedliwość i jej wymierzanie to jedna z najbardziej skomplikowanych rzeczy na świecie – zauważa.

Kto sądzi sędziego

A co ze sprawiedliwością wymierzaną sędziom? Wśród spraw do zreformowania jest także kwestia sądów dyscyplinarnych. Pomysł jest taki, aby koleżeński sąd został zastąpiony Izbą Dyscyplinarną przy Sądzie Najwyższym, gdzie rolę rzecznika dyscyplinarnego (oskarżyciela) odgrywaliby prokuratorzy. Taka izba istniała za czasów II RP.

W zasadzie trudno się dziwić, że resort próbuje i tutaj wprowadzać zmiany, bo – co przyznają sędziowie – nie było dobrze. Wprawdzie ostatnio utarło się, że sędziowie przyłapani na jeździe po alkoholu natychmiast żegnali się ze swoją togą, ale – z różnych powodów, także proceduralnych – zdarzały się wpadki. Prezes Fundacji Court Watch Polska wspomina o przypadku, kiedy sędzia z Poznania zgodziła się na ugodę alimentacyjną pomiędzy stronami, w której mężczyzna zobowiązał się płacić na dziecko 100 tys. zł. Miesięcznie. I wyrównać zaległości z kilku lat. Uniknął dzięki temu egzekucji komorniczej kamienicy wartej 6 mln zł, której był właścicielem. To znaczy komornik sprzedał kamienicę, ale pieniądze dostała partnerka mężczyzny, a nie jego wierzyciel. To często stosowany trik, by uniknąć zajęcia majątku. Pojawiło się podejrzenie korupcji (bo trudno uwierzyć, aby sędzia była tak niemądra), ale to trudne do udowodnienia. Niemniej sąd apelacyjny usunął sędzię z zawodu. A Sąd Najwyższy ją przywrócił i poszła orzekać do innego sądu. Zakończyła tam dwie sprawy, po czym zachorowała. I KRS po roku chorowania (takie są przepisy) przeniosła ją w stan spoczynku, dożywotnio dostawać będzie 75 proc. pensji. Kara?

Albo sędzia z Torunia. Miał pomówić swoją kochankę, pobić jej gościa, ogólnie narozrabiać. Do osądzenia sprawy nie doszło, bo sędzia tak długo nie stawiał się na proces z powodu choroby, aż sprawa się przedawniła. I wrócił do orzekania. Sąd okręgowy, nie chcąc, aby taka osoba wydawała wyroki, poprosił KRS, aby przeniosła owego sędziego w stan spoczynku, rada się zgodziła. Ale sędzia się odwołał do Sądu Najwyższego. I teraz orzeka w wydziale rodzinnym jednego z sądów rejonowych.

Morał z tego taki, że każdy system dyscyplinarny da się obejść albo oszukać. Więc zamiast wpychać prokuratorów do sądów, które mają oceniać etyczność sędziów (to się nie może podobać, a poza tym czy nie jest to czasem konflikt interesów), resort powinien się zatroszczyć, żeby do zawodu trafiali naprawdę najlepsi. ⒸⓅ