Kiedy konflikt zaczyna niebezpiecznie podśmierdywać wojną domową – nie w przenośni, lecz dosłownie – to wtedy mądry człowiek wrzuca hamulec. Majdan był konfliktem demokratycznym, ludzie walczyli o miejsce Ukrainy w Europie, a skończyło się strzelaniem do tłumu. Nie nawołuję do złagodzenia temperatury naszych sporów politycznych.

Ale musimy w końcu dostrzec, że bawiąc się w wojnę domową, rozpędziliśmy mechanizm prawdziwej wojny. Wieczne powtarzane kłamstw o Komoruskim, o niepolskich mediach, o pisowcach jako potomkach Gomułki i Moczara, o prorosyjskim Związku Nauczycielstwa Polskiego, o psycholach od Rydzyka to zabawa zapałkami na stacji benzynowej.

To nieprawda, że Polacy dzielą się na dwa, propisowskie i antypisowskie, plemiona. Dzielą się na plemiona zupełnie inne. Jedno mówi, że „Oni” są już zupełnie nie do wytrzymania i że szlag ich powinien wszystkich trafić. Ci drudzy naprawdę chcą, by „Onych” szlag trafił. Są w stanie napisać w internecie życzenia śmierci pod adresem swoich adwersarzy, są w stanie oklaskiwać sztuki (?) teatralne, w których życzy się śmierci polskiemu politykowi, i są w stanie wzruszać ramionami, kiedy przypominam im, że asystent europosła PiS został zastrzelony przez fanatyka, a Rosjanie i Ukraińcy strzelający do siebie na Donbasie to żadni tam bandyci, tylko do pewnego momentu zwykli ludzie, nic się nieróżniący od Ciebie i ode mnie.

>>> Czytaj też: Andrysiak: Fejk rząd. Lawirowanie między prawdą o kłamstwem [OPINIA]