Problem w tym, że Zachód nawet nie wie, jak tę Rosję rozzłościć, a co dopiero jak poradzić sobie z latami zaniedbań i ignorancji wobec wrogich działań – wojen informacyjnych i psychologicznych.

Społeczeństwa państw zachodnich niewiele wiedzą o Rosji. Największym błędem jest jednak przenoszenie znanych nam schematów na warunki rosyjskie lub poszukiwanie analogii do warunków społeczno-politycznych. Wpływowy rosyjski polityk, biznesmen, artysta czy naukowiec nie jest odpowiednikiem swego kolegi z Zachodu w kontekście ani przebiegu i warunków do rozwoju kariery, ani w codziennym funkcjonowaniu.

Z rosyjskich uwarunkowań społeczno-kulturowych wynika model funkcjonowania całego systemu. Wywodząca się ze służb władza weszła w symbiozę ze światem biznesu, który też opiera się na niejawnych powiązaniach i kontaktach. W tej fasadowej demokracji nikt nie sili się na skrywanie prawdziwego oblicza autorytaryzmu. Którego twarzą jest od lat były oficer KGB Władimir Putin. Z tym powiązana jest jedna z  największych różnic pomiędzy Rosją a Zachodem, która jednocześnie jest największą słabością tego ostatniego: wsparcie Kremla dla struktur siłowych, a zwłaszcza dla służb specjalnych.

W obu tych sektorach zarabia się znacznie powyżej średniej krajowej. Pracownicy rosyjskich służb specjalnych według wszelkich dostępnych informacji zarabiają także znacznie więcej od swoich zachodnich kolegów – nie tylko proporcjonalnie do rosyjskich realiów. Jest ich więcej, jest na nich zapotrzebowanie, zdobywają praktyczne doświadczenie w warunkach, w których nie liczy się prawo, nie ma przesłuchań przed komisjami, a jedyną nadrzędną zasadą jest sukces. W tym samym czasie na Zachodzie przeznaczanie dodatkowych środków finansowych na służby specjalne, nawet nie tyle, aby podwyższyć zarobki ich pracowników, ale uzupełniać braki kadrowe czy choćby nieznacznie zwiększyć liczbę agentów w kontrwywiadach, spotyka się z lawiną krytyki ze strony lewicowych czy liberalnych polityków. Głośno oskarżają oni swoje władze o marnotrawstwo publicznych pieniędzy. Pozostajemy niemal bezbronni na własne życzenie.

To nie przewaga gospodarcza czy technologiczna decyduje o wygranej w wojnie informacyjnej. Myślenie przeciwne do tej konstatacji odzwierciedla życzeniowość i  naiwność zachodnich elit, co dobrze widać w częstych porównaniach potencjałów NATO, Unii Europejskiej czy też USA z Rosją. Co z tego, że ma się potencjał, kiedy praktycznie się z niego nie korzysta, a próby zmiany tego stanu rzeczy kosztowałyby polityka/partię utratę stanowiska/władzy?

źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Historia się nie skończyła, a świat nie pogrążył się w błogim spokoju i harmonii. Na granicach Europy zajmowane są terytoria najpierw niepodległej Gruzji, a następnie niepodległej Ukrainy. W  granicach tej ostatniej wciąż giną tysiące żołnierzy i cywili. Tymczasem miliony ludzi na świecie dzięki rosyjskiej machinie propagandowej nazywają to „konfliktami wewnętrznymi”. I to po tysiącach prowokacji wobec państw NATO na całym świecie, po rozbudowie armii i pracy całego przemysłu zbrojeniowego na trzy zmiany jak w stanie wojny. P o mimo sankcji i radykalnego obniżenia się poziomu życia dziesiątek milionów własnych obywateli. I jeszcze jedno: tylko głupiec może twierdzić, że to koniec aspiracji Kremla. Niezależnie od tego, kto będzie zasiadał w jego gabinetach.

Kontrola nad społeczeństwem, strukturami siłowymi, procesami gospodarczymi, kapitałem, mediami i opozycją to niejedyna przewaga Rosji. Z niej wynika też operatywność. Wystarczy porównać, ile czasu potrzebuje Sojusz Północnoatlantycki czy Unia Europejska, aby podjąć wspólną decyzję o działaniu, a  ile taka sama decyzja, np. o rozpoczęciu działań zbrojnych czy sankcjach, będzie podejmowana w Rosji.

Nieznajomość przeciwnika to błąd, którego Rosjanie nie popełniają. W przeciwieństwie do zachodnich elit. Jeżeli nie zna się wroga, trudno jest zdawać sobie sprawę z zagrożenia, które pochodzi z jego strony. Nie można też rozumieć jego determinacji i rozmachu, które w demokratycznych i liberalnych standardach świata zachodniego są nie tyle nieracjonalne, co wręcz abstrakcyjne.

Rosyjskie służby wykorzystują słabości i problemy zachodnich społeczeństw precyzyjnie i bezwzględnie, uderzając w najsłabsze punkty, ale i pracując nad długofalowymi planami, włączając w to wieloletnie wspieranie liderów opinii, polityków, przedsiębiorców, naukowców, dziennikarzy, artystów, blogerów, informatyków... I wielu innych fachowców z różnych dziedzin. Potrzebni są różni ludzie na różne odcinki. Ta duginowska „sieć” jest niekontrolowalna jako całość. Nie taki zresztą jest jej cel. Na tym polega jej siła i realne zagrożenie: jest samoistna, wielowektorowa, łączy skrajne ideologie i środowiska, które nie są nawet świadome, jak są ze sobą kompatybilne w realizacji rosyjskich celów, skupiając się jedynie na swoich wąskich horyzontach percepcyjnych.

Receptą nie jest upodabnianie Zachodu do Rosji, tylko zmiana myślenia i interpretacji działania Moskwy. Konieczne jest tu współdziałanie elit, polityków, ale i innych instytucji państwowych oraz mediów. Bo prawdziwa walka toczy się o umysły społeczeństw i obliczona jest na lata. W tej wojnie nie ma jednego decydującego zwycięstwa, zwłaszcza że międzynarodowe organizacje i  państwa zachodnie wciąż zastanawiają się nad sensownością stworzenia i wsparcia finansowego dla struktur, które mogłyby podjąć walkę z przeciwnikiem. Na razie nie mówimy jeszcze o zwycięstwie. Mimo upływu lat wciąż zastanawiamy się, czy w ogóle jesteśmy w trakcie wojny.

>>> Polecamy: Rosja rozmieściła na Krymie broń jądrową?