Czarna skrzynka – takie przezwisko ma w Izraelu Szlomo Filber, współpracownik i powiernik premiera. W połowie tygodnia w kraju gruchnęła wieść: Filber zdradził pryncypała i będzie przeciw niemu zeznawać. To taki zwrot, jakby współpracownik Franka Underwooda z „House of Cards” – Doug Stamper – postanowił pewnego dnia rzeczywiście zdradzić mentora i opiekuna.

Przed taką metaforą nie uciekają zresztą sami Izraelczycy. – Kryminalny domek z kart, skonstruowany w ostatnich latach przez premiera Benjaminu Netanjahu, właśnie się wali. Na niego i całe jego otoczenie – skwitował wieści płynące z prokuratury Avi Gabbaj, lider Unii Syjonistycznej, współczesnej odsłony izraelskiej lewicy. „Śmiertelny cios” – podsumowuje lewicowy, więc daleki od sympatii wobec premiera, „Haarec”. W słowach nie przebiera też mający raczej prawicowe sympatie dziennik „Jerusalem Post”. „Era Netanjahu dobiega końca – ogłosiła z przekonaniem gazeta. „Chodźcie poznać kandydatów na następnego premiera” – zachęcała do udziału w ostatniej ze swoich debat politycznych.

Ale triumfy adwersarzy „Bibiego” – jak pieszczotliwie lub zgryźliwie, w zależności od tonacji, nazywają premiera rodacy – mogą być przedwczesne. „Jego rząd wciąż się trzyma” – komentował szacowny „Financial Times”. Netanjahu nie jest pierwszym premierem w Izraelu, który w trakcie sprawowania władzy zaczyna mieć kłopoty z prokuraturą, i choć dla szefów rządu śledztwa ostatecznie kończyły się różnie, to żaden nie został poddany procedurze impeachmentu.

A nawet jeżeli „Bibi” odda władzę, to wcześniej stoczy jeszcze desperacką walkę o jej utrzymanie. A jej elementem będzie zapewne sprawdzona metoda: eskalowanie konfliktów, tak by móc prezentować się jako jedyny prawdziwy obrońca i ostatnia deska ratunku Izraelczyków.

Cztery (co najmniej) sprawy „Bibiego”

Do listy ksywek, jakimi obdarzają Netanjahu rodacy, kilka lat temu mógł dopisać kolejną: „Magik”. „Bibi” sprawuje urząd premiera nieprzerwanie przez dziewięć lat, co w warunkach tamtejszej polityki jest rekordem. Zwłaszcza że wcześniej spisano go na straty. Przez tę niemal dekadę u władzy wszelkie oskarżenia spływały po szefie rządu jak woda po kaczce. W końcu z zarzutów, o których rozpisywała się prasa i które były tajemnicą poliszynela – m.in. o układy z mediami, przyjmowanie luksusowych prezentów, naciąganie państwa na wydatki zastrzeżone na wyjątkowe okazje – prokuratura zaczęła „szyć” poszczególne śledztwa. Do tej pory zainicjowano ich cztery, o niezbyt wyszukanych nazwach: Sprawa 1000, Sprawa 2000, Sprawa 3000 i Sprawa 4000.

Pierwsza z nich, Sprawa 1000, jest najbardziej oczywista – śledczy twierdzą, że premier oraz jego żona przyjmowali od zaprzyjaźnionych biznesmenów podarki o wyjątkowo wysokiej wartości, a Sara Netanjahu także gotówkę, w sumie 113 tys. dol. Do tego śledztwa dodano wątek wystawnego trybu życia, jaki mieli prowadzić państwo Netanjahu – na życzenie żony premiera menu w siedzibie, do której wprowadzili się w 2009 r., obejmowało potrawy na co dzień zastrzeżone na dyplomatyczne przyjęcia i wizyty cudzoziemskich dygnitarzy. W tle są jeszcze anegdoty o tym, jak chimeryczną i przykrą dla personelu jest Sara i jak bardzo lubuje się ona w luksusie. Odpryskiem tego śledztwa jest Sprawa 1270, która opiera się na podejrzeniu, że kancelaria premiera zaproponowała prokurator prowadzącej postępowanie przeciwko Sarze Netanjahu stanowisko prokuratora generalnego w zamian za odstąpienie od śledztwa.

Sprawa 2000 to z kolei układ, jaki Netanjahu miał zawrzeć z wydawcą dziennika „Yedioth Ahronoth”. Kilka lat temu gazeta ta toczyła nierówną walkę z należącym do amerykańskiego miliardera, Żyda o polskich korzeniach Sheldona Adelsona darmowym dziennikiem „Israel Hayom”. Już wtedy zastanawiano się nad zwrotami w postawie „YA”, która miała rzekomo udzielać poparcia premierowi w zamian za jakiś rodzaj bata na rozpowszechnianego bezpłatnie rywala. Podejrzenia przerodziły się w pewność, kiedy w ręce śledczych trafiły taśmy z rozmowami właściciela Yedioth Ahronoth” Arnona Mozesa (ksywka „Nuni”) z Netanjahu. – Jeśli ty i ja zgodzimy się na to prawo, zrobię wszystko, żebyś był tu tak długo, jak zechcesz. Patrzę ci prosto w oczy i mówię: to możliwe – przekonywał „Nuni”. Chodziło o projekt ustawy, która utrudniałaby działalność właścicielowi „Israel Hayom”– a konkretnie zakazywała wydawania weekendowej edycji darmowych publikacji. Nie jest jasne, co wydarzyło się w kolejnych miesiącach, ale ostatecznie projekt ustawy przepadł, a „Israel Hayom” stał przychylniejszy premierowi niż „YA”. – Nic na mnie nie znajdą, bo nic tam nie ma – zarzekał się w swoim czasie „Bibi” przed swoimi partyjnymi kolegami. I może rzeczywiście tak jest, jednak ówczesny szef personelu Netanjahu Ari Harow, który na jego polecenie miał nagrać rozmowę z „Nunim”, dziś jest świadkiem prokuratury przeciw szefowi rządu.

Powyższe sprawy ciągną się od dobrego roku, zaś dwie kolejne pojawiły się na tapecie ostatnio. Sprawa 3000 wydaje się największego kalibru, choć z pozoru tylko pośrednio dotyczy Netanjahu. Prokuratorzy badają zakup trzech łodzi podwodnych i czterech patrolowców – za 2 mld euro – od koncernu ThyssenKrupp. Śledczy podejrzewają, że nie obyło się przy tym bez łapówek, które wzięło co najmniej 10 wysoko postawionych dygnitarzy, w tym David Shimron – kuzyn Netanjahu i jego adwokat.

Sprawa 4000 przypomina zamieszanie wokół pozyskiwania sympatii dziennika „Yedioth Ahronoth”. Tym razem jednak chodzi o firmę telekomunikacyjną Bezeq – która jest właścicielem portalu informacyjnego Walla. Za pośrednictwem Szlomo Filbera mogło tu dojść do wymiany przysług: Walla przychylnie pisał o inicjatywach szefa rządu, a w zamian gabinet „Bibiego” wprowadzał w przepisach zmiany, które sprzyjały koncernowi. W tym przypadku nie skończyło się na aresztowaniu Filbera – w poprzedni weekend zatrzymano też właściciela większościowego pakietu akcji Bezeq Szaula Elowicza oraz jego żonę i syna. Prywatnie to przyjaciele państwa Netanjahu.

Gra o miejsce w historii

– Weź przeciętnego wyborcę Likudu: możesz mu poobcinać ręce, a on i tak nie zagłosuje na lewicę – tak jeden z mieszkańców Hatikwy, dzielnicy na obrzeżach Tel Awiwu, która politycznie jest na przeciwległym biegunie kosmopolitycznej i liberalno-lewicowej metropolii, komentował wyborczy triumf Netanjahu trzy lata temu. W Hatikwie niemal wszyscy głosują na Likud. – Tylko „Bibi” może nas poprowadzić – kwitował.

W 2015 r. walka wyborcza była bezpardonowa, prawicowy Likud i lewicowa Unia Syjonistyczna szły łeb w łeb. Opozycja poległa na jednym detalu: zamiast mówić o własnych pomysłach skoncentrowała się na jednym postulacie – „każdy, tylko nie Netanjahu”. Ale jej zarzuty sprowadzały się do „skandali”, o jakich wówczas było wiadomo. Na przykład że Sara zbiera po przyjęciach puste butelki, które potem sprzedaje, a pieniądze zachowuje dla siebie. Żona szefa rządu miała w ten sposób uciułać dobre kilka tysięcy dolarów.

„Bibi” jest jednak teflonowy – nic do niego nie przywiera. Jeżeli policzyć pierwszą kadencję u władzy (1996–1999), to piastuje stanowisko premiera już 11 lat i 347 dni (stan na 23 lutego). Ustępuje pod tym względem tylko twórcy państwa Izrael Dawidowi Ben Gurionowi. Ba, poza ksywkami typu „Magik” czy „Bibi” ma też jeszcze jedną: „Król”. A dodatkowo sam lubi porównywać się Winstona Churchilla, o czym zresztą wspomniał, występując przed Kongresem USA. – Moi przyjaciele, jestem głęboko ujęty tym, że mogę po raz trzeci wystąpić przed najważniejszym ciałem ustawodawczym na świecie – mówił. Takie mrugnięcie okiem do koneserów: jedynym liderem spoza Stanów, jaki trzy razy przemawiał w Kongresie, był właśnie Churchill.

Do tego dochodzą jeszcze rodzinne mity. Jego ojciec był sekretarzem legendy syjonizmu Ze’ewa Żabotyńskiego. Brat dowodził operacją jednostki specjalnej Sajjeret Matkal na ugandyjskim lotnisku Entebbe, kiedy to komandosi odbijali porwany przez Palestyńczyków samolot – był jedynym Izraelczykiem, który zginął w akcji.

Netanjahu do reszty położył bliskowschodni proces pokojowy: najpierw w latach 90. przerwał negocjacje zapoczątkowane w Oslo, a dokończył swoje dzieło kilka lat temu, rozwijając z impetem program osadnictwa na spornych fragmentach granicy z Autonomią Palestyńską, których ostateczna przynależność terytorialna jest wciąż wątpliwa. Wystarczy przekartkować wspomnienia amerykańskich oficjeli, żeby przekonać się, że w Waszyngtonie „Bibi” nie miał zbyt wielu przyjaciół. – On sobie chyba wyobraża, że jesteśmy po to, żeby spełniać jego polecenia – miał utyskiwać Bill Clinton po pierwszym spotkaniu z izraelskim gościem. – Oni się nie lubią. Mało tego, oni nawet nie udają, że się lubią – podsumował relacje Obama – Netanjahu jeden z oficjeli z Białego Domu. Jakiekolwiek pozory dobrych relacji runęły ostatecznie, gdy Izrael ogłosił – wbrew naciskom USA – dalszą rozbudowę osiedli. Pod koniec 2016 r., gdy Biały Dom poparł rezolucję ONZ potępiającą ten program, Netanjahu publicznie uznał działania Obamy za „gangsterkę do spółki z Palestyńczykami”.

Fenomen „Bibiego” próbuje się tłumaczyć nie tylko jego instynktem politycznym czy rodzinnymi tradycjami. „Netanjahu był sabra (Żydem urodzonym na terytorium Izraela), który wiedział, jak walczyć, jak wpłynąć na Waszyngton, jak zadbać o gospodarkę, jak zblokować Arabów. Był beneficjentem politycznych przemian: wzrostu znaczenia religijnych Żydów, imigrantów z Rosji, partyjek na prawo od centrum” – pisał Patrick Tyler, wieloletni korespondent „New York Timesa”, w książce „Forteca Izrael”. Być może dzięki temu poparciu nie było do tej pory skandalu, który potrafiłby przekreślić karierę lidera Likudu.

Trzymając się serialowych analogii, teraz „Król” prowadzi własną grę o tron. Stawką jest miejsce w historii i miano najdłużej urzędującego przywódcy Izraela w historii – do tego rekordu brakuje kilkunastu miesięcy, bo Ben Gurion urzędował 13 lat i 127 dni.

Korowód aferzystów

Spekulacje że seria śledztw nie przerwie kariery „Bibiego” mogą mieć też inną przyczynę, niż jego teflonowość. Przez dwie ostatnie dekady Izraelczycy mieli okazję przywyknąć do politycznych skandali.

Nieco ponad rok temu, po pięciu latach odsiadki, na wolność wyszedł Mosze Kacaw – polityk Likudu i prezydent Izraela w latach 2000–2007. Zasłynął ze skandali seksualnych – miał napastować pracowniczki swojej kancelarii, a potem blokować śledztwo. Pół roku po nim więzienie opuścił Ehud Olmert, jeden z poprzedników Netanjahu na stanowisku premiera, także wieloletni polityk Likudu (stawał w szranki z legendarnym liderem partii Menachemem Beginem jeszcze w latach 70.), który półtorej dekady temu odszedł z partii, by współtworzyć centroprawicową Kadimę. Za Olmertem ciągnęła się długa lista zarzutów, m.in.: oszustwa finansowe, fałszowanie dokumentów firmowych, unikanie podatków, wreszcie łapówki. W sumie skazano go na 19 miesięcy więzienia. Upadek tych dwóch eksponowanych polityków to wierzchołek góry lodowej. Z Likudu wywodzi się co najmniej trzech ministrów, którym udowodniono przekręty – listę otwiera były minister finansów Awraham Hirszon, który jako szef jednej z największych centrali związkowych wyprowadził z kasy organizacji 2 mln szekli (ponad 0,5 mln dol.). Były minister obrony w pierwszym gabinecie Netanjahu (1996–1999) Icchak Mordechaj odpowiadał za napastowanie seksualne współpracowniczek w trakcie kariery wojskowej. Cachi Hanegbi, były minister sprawiedliwości, został oskarżony i skazany za krzywoprzysięstwo.

W ślad za tym idzie jeszcze dłuższa lista deputowanych Likudu do izraelskiego Knesetu oraz mniejsze lub większe przewiny współkoalicjantów Netanjahu, w szczególności z niewielkiej religijnej partii Szas. W Knesecie zasiada raptem siedmiu polityków tego ugrupowania (na 120 parlamentarzystów), za to wchodzi ono w skład koalicji rządowej i posiada rząd dusz w najbardziej ortodoksyjnych środowiskach w Izraelu, co gwarantuje Netanjahu bezpieczną „prawą flankę”. O ironio, lista skazanych polityków tej partii jest dłuższa niż jej obecna lista obecności w parlamencie.

Wszystkie te wyroki nie znaczą jednak wiele. – Korupcja była pierwszoplanowym tematem w wyborczym wyścigu w 2009 r., ale nie wpłynęła na wynik głosowania. Dwaj oskarżeni o łapówkarstwo kandydaci, Benjamin Netanjahu oraz Awigdor Lieberman, poprowadzili swoją partię do sukcesów większych niż w poprzednich wyborach w 2006 r. – tłumaczył po tamtych wyborach Ira Sharkansky, politolog z Hebrew University w Jerozolimie. – Korupcja oznacza dla rozmaitych środowisk i pojedynczych ludzi co innego. Izrael nie jest wolny od tego zjawiska, ale nie jest też bardziej skorumpowany niż zachodnie demokracje. Nasi obywatele mogli już przywyknąć do chronicznego, ale na tolerowalnym poziomie, łapówkarstwa. Być może więc nie uważają go za element przesądzający o tym, na kogo oddadzą głos – dorzucał.

Trudno zatem się dziwić, że „Bibi” idzie w zaparte. – Wszystkie decyzje w sprawach koncernu Bezeq zapadają w profesjonalnych komisjach, podejmują je zawodowcy pod ścisłym nadzorem prawnym – kwitował zarzuty w Sprawie 4000. – Tu nie ma prywatnych decyzji. Wszystkie były transparentne i kontrolowane – ucinał, na co izraelskie gazety odpowiedziały zestawieniami „5 polityków, którzy mówili, że nie ma sprawy, a potem trafiali do więzienia”. – Małżeństwo Netanjahu wkrótce zostanie oskarżone o zamordowanie Arlosoroffa – ripostował rzecznik premiera Ofer Golan, nawiązując do zabójstwa jednego z syjonistycznych liderów Haima Arlosoroffa w 1933 r.

Burzliwa wiosna

– Spuściliście ze smyczy niebezpiecznego tygrysa – tak w ostatni weekend Netanjahu obsztorcowywał zachodnich liderów na dorocznej konferencji dotyczącej bezpieczeństwa światowego w Monachium. W ten sposób podsumowywał porozumienie nuklearne, które zażegnało wieloletni spór z Iranem. Porównał je też do monachijskiej konferencji, podczas której państwa zachodnie ustąpiły przed żądaniami III Rzeszy. – To tylko wzmocniło nazistowski reżim. Mający takie dobre intencje przywódcy nie tyle wybrali ścieżkę, która zapobiegłaby wojnie, ile uczynili szeroko zakrojoną wojnę nieuniknioną i znacznie bardziej kosztowną – dowodził. Na mównicę przyniósł też kawał żelastwa, jak podkreślił – irańskiego drona zestrzelonego nad terytorium Izraela. – Poznaje pan, panie Zarif? Powinien pan, bo to pańskie – rzucił szefowi irańskiej dyplomacji, niegdysiejszemu przedstawicielowi Iranu w ONZ Mohammadowi Javadowi Zarifowi. – Niech pan zawiezie ze sobą do Teheranu przesłanie: nie próbujcie testować izraelskiej determinacji – dorzucał.

Wkrótce później kancelaria „Bibiego” wydała komunikat o rozmowie, jaką Netanjahu odbył z premierem Mateuszem Morawieckim. „Powiedział (Morawieckiemu – red.), że jego uwagi na temat »żydowskich sprawców Holokaustu« są nie do zaakceptowania i nie ma żadnych podstaw do porównywania działań Polaków w czasie Holokaustu do działań Żydów” – można przeczytać w komunikacie. – Premier podkreślił, że celem Holokaustu było zniszczenie Żydów oraz że na wszystkich Żydów wydano wyrok śmierci. Nieprawdy na temat Polski nie powinny być naprawiane kolejnymi nieprawdami – dorzucali urzędnicy „Bibiego”.

Można się spodziewać, że na tym się nie skończy. Jednym z fundamentów fenomenu popularności „Króla” jest utrzymywana od lat poza „strażnika bezpieczeństwa i interesów Izraela”. Bez względu na okoliczności Netanjahu zapewne prężyłby muskuły i pouczał światowych liderów. Jednak z uwagi na kłopoty ze śledczymi, opozycją i „wrogimi mediami”, na które pomstował już w latach 90. – wybrnięcie z konfliktu z Izraelem może się dla Polski okazać wyjątkowo trudne.

Magazyn „The Atlantic” przewiduje, że „Bibi” będzie walczyć ze „spiskiem elit” do upadłego. W izraelskich realiach oznaczałoby to rozpad koalicji – choć na razie wszyscy koalicjanci stoją murem za szefem rządu. Podobnie jego rodzima partia, której politycy próbowali w ostatnich tygodniach udowadniać prokuratorom i śledczym niekompetencję. – Izraelczycy mają rację, gdy mówią, że korowód spraw korupcyjnych w ostatnich dwóch dekadach przyniósł nowy poziom bezwstydu w izraelskiej polityce – wnioskuje szef działu bliskowschodniego w ośrodku Brookings Institution Natan Sachs. Przypomina, że jeszcze w 1977 r. ówczesny premier Icchak Rabin, późniejszy współtwórca porozumień pokojowych z Oslo, zrezygnował ze stanowiska, bo odkryto, że nie zamknął rachunku bankowego w USA założonego w czasach, gdy był tam ambasadorem. Rabin oświadczył wówczas, że nie będzie krył się za plecami żony, co skończyło się wcześniejszymi wyborami wygranymi po raz pierwszy przez Likud. Między tamtymi standardami a współczesnością wyrosła przepaść. – Netanjahu łatwo nie odejdzie – zapowiada Sachs. – Bez względu na to, jak mocne będą dowody. Jeśli jego kadencja zostanie przerwana w tym roku, będzie to wymuszona reakcja: albo jego partnerzy zmuszą go do odejścia, albo wyborcy znajdą kogoś z dobrą miotłą – dorzuca.

Jedno wydaje się pewne: na Bliskim Wschodzie zapowiada się burzliwa wiosna.

>>> Czytaj też: Trump postawił na złego konia? Izraelska policja uznała premiera Benjamina Netanjahu za oszusta