Projekt dużej ustawy reprywatyzacyjnej zostanie wyciągnięty z szuflady, do której trafił w ostatnich tygodniach – dowiedzieliśmy się w dwóch niezależnych od siebie źródłach rządowych.

Najprawdopodobniejszy wariant to procedowanie przepisów wraz z trwaniem kampanii przed wyborami samorządowymi. Zdaniem polityków PiS może to pomóc wygrać w dużych miastach, bo projekt przygotowany w resorcie sprawiedliwości rozwiązuje bolączki nie tylko Warszawy, lecz także miast takich jak Kraków czy Łódź. Ustawa przygotowana przez PO dotyczy zaś jedynie stolicy. – Dla nas Polska to nie tylko Warszawa. Z takim przesłaniem wyjdziemy, a procedowanie ustawy w tym pomoże – sugeruje nasz rozmówca w randze ministra.

>>> Czytaj też: Szumlewicz: Dobrej zmiany nie ma. Wciąż króluje bieda i umowy śmieciowe [OPINIA]

Osiągnięty został już jeden z celów schowania projektu do szuflady – osłabienie wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy pozycji wiceministra sprawiedliwości Patryka Jakiego. Nie ukrywał on, że chętnie wystartowałby w wyborach na prezydenta Warszawy. W rankingach popularności spośród prawicowych kandydatów jest najwyżej. Ale Jaki to człowiek Zbigniewa Ziobry, członek koalicyjnej Solidarnej Polski. Dla wielu członków PiS byłoby niezrozumiałe wystawienie go na jedno z najbardziej prestiżowych stanowisk w Polsce. Z powodu zamrożenia prac nad ustawą reprywatyzacyjną i kontrowersji wokół prowadzonej przez niego nowelizacji ustawy o IPN wiele stracił politycznie. Wciąż jest popularniejszy niż marszałek Senatu Stanisław Karczewski, ale wystawienie tego drugiego nie byłoby już ruchem niezrozumiałym, choć mniej opłacalnym, jeśli uznać, że celem jest wygrana w stolicy.

Wiadomo już, że projekt dużej ustawy reprywatyzacyjnej będzie musiał być poprawiony. Obecnie przewiduje – w zamian za wygaszenie roszczeń reprywatyzacyjnych – wypłatę rekompensat w wysokości 20–25 proc. wartości nieruchomości, w cenach dzisiejszych, ale według stanu na chwilę nacjonalizacji. Jest jednak ogranicznik: pieniądze będą mogli dostać tylko Polacy, i to przy założeniu, że nieruchomość też była odebrana obywatelowi polskiemu.

To nie podoba się środowiskom żydowskim i Amerykanom. Na łamach DGP amerykańscy prawnicy reprezentujący duże żydowskie rody zapowiadali, że „zapłacimy im za ustawę reprywatyzacyjną”. Ministerstwo Spraw Zagranicznych sugerowało, że proponowane rozwiązanie jest niezgodne z prawem UE. Zapewne nastąpi zmiana – podyktowana koniecznością łagodzenia sporów powstałych przy okazji uchwalenia ustawy o IPN. Ale nie taka, jak sugerowały niektóre media. Przesłanka posiadania obywatelstwa nadal będzie, lecz będzie dotyczyć tylko daty przejęcia nieruchomości przez PRL. Czyli warunkiem będzie to, by wywłaszczony kilkadziesiąt lat temu był Polak. Spadkobierca występujący o rekompensatę będzie mógł być dowolnej narodowości. Bezzasadny stanie się więc już zarzut środowisk, które podkreślały, że nie można pozbawić praw osób, które opuściły Polskę za Gomułki, Gierka czy Jaruzelskiego i przyjęły inne obywatelstwo.

Wymóg, by wywłaszczony był obywatel polski, nie wpłynie znacząco na zwiększenie kosztów wprowadzenia ustawy, choć będzie to więcej niż planowane 20 mld zł.

– Pierwotny projekt zakładał, że jeśli ktoś zdecyduje się pobierać rekompensatę w ratach, dostanie 25 proc. wartości nieruchomości. Pewnie nastąpi redukcja do 20 proc., a w przypadku jednorazowej wypłaty do 15 proc. – mówi nam członek rządu. Brany pod uwagę jest też wariant wypłacania rekompensat tylko jednorazowo, przy wskazaniu w ustawie, że świadczenia będą realizowane na przestrzeni lat. Czyli każdy uprawniony dostanie swoje, ale będzie musiał ustawić się w kolejce. Jej obsłużenie ma być rozłożone na 10 lat.

Rozważane jest to, by nadal dopuszczalne były zwroty w naturze. Ale nie wszystkich nieruchomości, lecz tylko tych, co do których zgodę wyrazi Skarb Państwa. Wiele gruntów, za które należałoby wypłacić rekompensaty, to nieużytki, a państwo nie ma pomysłu na ich zagospodarowanie. Wolałoby więc się ich pozbyć, niżeli zachować i jeszcze wypłacić rekompensaty.

Nie ma za to mowy o tym, by rekompensaty wynosiły 100 proc. O takim rozwiązaniu poinformowała w ostatnich dniach Wirtualna Polska, powołując się na opinię Prokuratorii Generalnej RP. Faktem jest, że wśród wielu proponowanych rozwiązań pojawiło się i takie przewidujące zwroty pieniężne odpowiadające pełnej wartości nieruchomości. Ale – jak słyszymy – nikt na poważnie nie myśli o tym, by mogło ono zostać uchwalone. Po pierwsze, byłoby to kolosalne wyzwanie dla finansów publicznych. Wypłaty mogłyby sięgnąć bilionów złotych. W najostrożniejszych szacunkach – przy założeniu, że wielu uprawnionych by się nie zgłosiło – to kwota rzędu 800 mld zł. Na to nie byłoby zgody rządowych finansistów. Po drugie, decyzja o 100-procentowych rekompensatach byłaby niezrozumiała przez wyborców. Politycy PiS, choćby szef Stałego Komitetu Rady Ministrów Jacek Sasin, wielokrotnie zapewniali, że Polska nie będzie ponosiła ciężarów wynikających ze zburzenia Polski przez nazistowskie Niemcy.

– Reprywatyzacja i problemy z nią związane to pośrednio pokłosie zniszczenia Warszawy. Dokonali tego Niemcy. Jeśli więc Amerykanie i Żydzi czegoś chcą od Polski, może należałoby ich odesłać do Berlina? – zastanawiał się kilka tygodni temu w rozmowie z DGP jeden z wysoko postawionych urzędników Ministerstwa Sprawiedliwości.

>>> Czytaj też: Niemcy i Francja kontra Włochy. Czyja wizja strefy euro zostanie zrealizowana?