Jako społeczeństwo staliśmy się chyba strasznie zblazowani. Niewiele nas cieszy, niewiele naprawdę rusza. Szukamy więc podniet, zastępczych tematów. I z tym wszystkim czujemy się nieszczęśliwi.

Prawdę mówiąc, zastanawiałem się, czy ta nasza rozmowa ma sens. Bo co, pogadamy sobie okolicznościowo, porozważamy, potem ktoś przeczyta w papierze albo nie, kliknie w linka lub nie. A jeśli nawet, to dowie się tego, co już dobrze wie. Pokiwa głową – tak, trzeba mądrzej żyć, zatrzymać się, zastanowić, co chcemy robić. I będzie siedział dalej. Ludzie usprawiedliwiają się, że nic nie robią, tylko siedzą przed komputerami i klikają. Szukają mądrości i prawdy w internecie. A tam jest tak wiele tego wszystkiego, tak dużo gadania, słów... Więc klikają dalej i nic się w ich życiu nie zmienia. Jest taka znakomita pozycja, autorstwa m.in. siostry Małgorzaty Chmielewskiej pt. „Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego”. Ale my wolimy klikać. Mimo tego uważam, że rozmowy mają sens, nawet jeśli miałby on dotrzeć do kilkudziesięciu, nawet kilku osób. Choćby do jednej. Może ktoś coś zrozumie i zmieni swoje życie.

Internet jest współczesnym diabłem?

Nie, nie o technologię chodzi. Żyjemy w takich czasach – a może zawsze tak było, bo taka jest nasza ludzka natura – że rozpaczliwie potrzebujemy, żeby ktoś nas przytulił, wysłuchał. Zauważył. Ale mam takie odczucie, że obecnie im bardziej nas widać, tym bardziej jesteśmy niewidzialni dla innych. Proszę popatrzeć – niemal wszyscy mamy smartfony, robimy nimi tysiące zdjęć i natychmiast wrzucamy je do sieci. Jesteśmy online, przeświadczeni, że możemy łatwo zwrócić na siebie uwagę. Ale i tak czujemy się nieszczęśliwi, samotni. Sfrustrowani, bo wiemy, że tak naprawdę nikt nie zwraca na nas uwagi. Nie patrzy. Chociaż mamy po tysiąc przyjaciół na Facebooku. Jednak to nic nie znaczy, bo nie można mieć tylu przyjaciół naprawdę.

Mówiąc o zblazowaniu, miałam na myśli raczej to, że także materialnie większość z nas osiągnęła poziom, na którym mało co cieszy. Nie chcę wracać do oklepanego przykładu z czasów komuny, kiedy zdobywając papier toaletowy, człowiek czuł się bohaterem. Teraz można przez godzinę wybierać z półki kolor, zapach, obrazki... Więc brak celu, pustka. Ten papier to oczywiście przenośnia.

Pozostając przy motywie rolki – kiedyś zdobycie jej wymagało wejścia w relacje z innymi ludźmi, współdziałania. Zauważaliśmy się. A dziś? Jest taka piosenka z musicalu „Chicago” pt. „Mr Cellophane”, czyli „Pan Celofan”. Jeden z bohaterów ma przekichane w życiu, jego żona nie dość, że go zdradza, to jeszcze nie zauważa. W tej piosence tekst leci mniej więcej tak: „Pan Celofan, takie powinno być moje imię, Pan Celofan, bo możesz patrzeć na mnie, iść w moją stronę, a i tak mnie nie widzisz”. Jeśli jesteśmy zblazowani, znużeni życiem, zmęczeni, to dlatego że szukamy tego zauważenia i go nie znajdujemy. Więc jesteśmy rozczarowani. Pamięta pani, nie tak dawno, podczas ostatniego światowego kryzysu był taki ruch społeczny pod nazwą „Rozczarowani”. Przynależeli do niego młodzi ludzie rozczarowani polityką, gospodarką, Kościołem. I to poczucie rozczarowania zostało. Bo ono nie zależy od polityki ani gospodarki, tylko rodzi się w środku. Z tego, o czym marzymy, a czego nie dostajemy. Jak powiedziałem – gonimy za zauważeniem, byciem widzialnym, multiplikujemy swoje istnienie w mediach społecznościowych i czujemy się coraz bardziej samotni.

Ja widzę jeszcze jeden element naszego złego samopoczucia. Zatarła się różnica pomiędzy świętem a codziennością. Wiadomo, święto religijne bez sacrum traci swój sens, zamienia się w festiwal konsumpcjonizmu. Ale taki dzień może być świętem nawet dla ateisty, pod warunkiem że jest świętem właśnie. Natomiast nam wmówiono, że święto może, ba, musi być codziennie.

To prawda, uważamy, że każdy dzień powinien być pasmem eventów. Każdego dnia ma się dziać coś wspaniałego i miłego. Nadzwyczajnego. Jeśli się nie dzieje – nie żyjemy. A już na pewno nie potrafimy się skonfrontować z sytuacją, kiedy człowiek jest sam. Albo kiedy nic szczególnego się nie dzieje, bo toczy się normalne życie. I to jest takie dojmujące, przenikające wszystkich ludzi niezależnie od tego, kim są, jaką wybrali ścieżkę w życiu. Podczas rekolekcji spytałem niedawno młodych kleryków o to, czego się boją. Pamiętam siebie z tego okresu, pamiętam swoje obawy. I tym bardziej ich odpowiedzi mnie zaskoczyły, bo to, co się w nich powtarzało, to samotność i monotonia. Kiedy byłem na ich miejscu, uważałem, że czeka mnie ciekawe życie, przygoda. Będę odprawiał msze, spotykał się z ludźmi, będę pracował naukowo, podróżował... Kapłaństwo widziałem jako wolność. Byłem szczęśliwym młodym człowiekiem, dobrym uczniem, miałem kochającą, nieco nadopiekuńczą mamę, jednak uważałem, że moje życie idzie utartym, przewidywalnym torem. Wybór kapłaństwa był wyborem wolności. Zrobię to, na co mam ochotę, coś innego niż wszyscy. A ci klerycy obawiają się monotonii. Zacząłem się zastanawiać, czym może ona być w ich mniemaniu. Że każdego dnia powtarza się to samo? No, faktycznie, życie składa się z powtarzalnych czynności, więc macie, dzieci, problem. Bo co rano trzeba wstać, umyć zęby...

W ramach buntu można ich czasem nie myć, ryzykując próchnicą.

Czasem można, ale i tak zazwyczaj będziemy je myli, z rozsądku. I powtarzali tysiące innych, codziennych czynności. Zapewniam, że życie księdza nie jest bardziej monotonne niż człowieka w związku małżeńskim. Albo gwiazdy rocka. Ją też dopada monotonia, powtarzalność: ciągle w trasie, wciąż koncerty, spanie w hotelach, próby, rozkładanie sprzętu. Nie żyje, jakby się mogło wydawać, w nieustannej euforii. Tę przeżywają jej fani na koncercie, który jest dla nich świętem. Dla gwiazdy to żmudna robota. Ale jak powie w wywiadzie, że jest zmęczona, ludzie orzekną, że jej odbiło, bo niby ma takie fantastyczne życie.

Treść całego wywiadu można przeczytać w piątkowym, weekendowym wydaniu DGP.

>>> Polecamy: Nic w internecie nie jest prywatne. Pogódźmy się z tym i uczmy od Chińczyków