Czy internet jest współczesnym diabłem? Żyjemy w kulturze materialnego przesytu [WYWIAD]

Ten tekst przeczytasz w 5 minut
1 kwietnia 2018, 10:30
Paweł Krupa OP dominikanin, historyk mediewista, autor książek „Krupówki warszawskie. Kazania zimowe” oraz „Krupówki warszawskie. Kazania wiosenne”
Paweł Krupa OP dominikanin, historyk mediewista, autor książek „Krupówki warszawskie. Kazania zimowe” oraz „Krupówki warszawskie. Kazania wiosenne” fot. Bartek Syta/Polska Press/East News/Dziennik Gazeta Prawna
Naucz się cieszyć, gdy na oknie zakwitnie ci pelargonia, bo kiedyś będzie to być może jedyny ogród, do którego będziesz w stanie się udać

Prawdę mówiąc, zastanawiałem się, czy ta nasza rozmowa ma sens. Bo co, pogadamy sobie okolicznościowo, porozważamy, potem ktoś przeczyta w papierze albo nie, kliknie w linka lub nie. A jeśli nawet, to dowie się tego, co już dobrze wie. Pokiwa głową – tak, trzeba mądrzej żyć, zatrzymać się, zastanowić, co chcemy robić. I będzie siedział dalej. Ludzie usprawiedliwiają się, że nic nie robią, tylko siedzą przed komputerami i klikają. Szukają mądrości i prawdy w internecie. A tam jest tak wiele tego wszystkiego, tak dużo gadania, słów... Więc klikają dalej i nic się w ich życiu nie zmienia. Jest taka znakomita pozycja, autorstwa m.in. siostry Małgorzaty Chmielewskiej pt. „Odłóż tę książkę i zrób coś dobrego”. Ale my wolimy klikać. Mimo tego uważam, że rozmowy mają sens, nawet jeśli miałby on dotrzeć do kilkudziesięciu, nawet kilku osób. Choćby do jednej. Może ktoś coś zrozumie i zmieni swoje życie.

Nie, nie o technologię chodzi. Żyjemy w takich czasach – a może zawsze tak było, bo taka jest nasza ludzka natura – że rozpaczliwie potrzebujemy, żeby ktoś nas przytulił, wysłuchał. Zauważył. Ale mam takie odczucie, że obecnie im bardziej nas widać, tym bardziej jesteśmy niewidzialni dla innych. Proszę popatrzeć – niemal wszyscy mamy smartfony, robimy nimi tysiące zdjęć i natychmiast wrzucamy je do sieci. Jesteśmy online, przeświadczeni, że możemy łatwo zwrócić na siebie uwagę. Ale i tak czujemy się nieszczęśliwi, samotni. Sfrustrowani, bo wiemy, że tak naprawdę nikt nie zwraca na nas uwagi. Nie patrzy. Chociaż mamy po tysiąc przyjaciół na Facebooku. Jednak to nic nie znaczy, bo nie można mieć tylu przyjaciół naprawdę.

Pozostając przy motywie rolki – kiedyś zdobycie jej wymagało wejścia w relacje z innymi ludźmi, współdziałania. Zauważaliśmy się. A dziś? Jest taka piosenka z musicalu „Chicago” pt. „Mr Cellophane”, czyli „Pan Celofan”. Jeden z bohaterów ma przekichane w życiu, jego żona nie dość, że go zdradza, to jeszcze nie zauważa. W tej piosence tekst leci mniej więcej tak: „Pan Celofan, takie powinno być moje imię, Pan Celofan, bo możesz patrzeć na mnie, iść w moją stronę, a i tak mnie nie widzisz”. Jeśli jesteśmy zblazowani, znużeni życiem, zmęczeni, to dlatego że szukamy tego zauważenia i go nie znajdujemy. Więc jesteśmy rozczarowani. Pamięta pani, nie tak dawno, podczas ostatniego światowego kryzysu był taki ruch społeczny pod nazwą „Rozczarowani”. Przynależeli do niego młodzi ludzie rozczarowani polityką, gospodarką, Kościołem. I to poczucie rozczarowania zostało. Bo ono nie zależy od polityki ani gospodarki, tylko rodzi się w środku. Z tego, o czym marzymy, a czego nie dostajemy. Jak powiedziałem – gonimy za zauważeniem, byciem widzialnym, multiplikujemy swoje istnienie w mediach społecznościowych i czujemy się coraz bardziej samotni.

To prawda, uważamy, że każdy dzień powinien być pasmem eventów. Każdego dnia ma się dziać coś wspaniałego i miłego. Nadzwyczajnego. Jeśli się nie dzieje – nie żyjemy. A już na pewno nie potrafimy się skonfrontować z sytuacją, kiedy człowiek jest sam. Albo kiedy nic szczególnego się nie dzieje, bo toczy się normalne życie. I to jest takie dojmujące, przenikające wszystkich ludzi niezależnie od tego, kim są, jaką wybrali ścieżkę w życiu. Podczas rekolekcji spytałem niedawno młodych kleryków o to, czego się boją. Pamiętam siebie z tego okresu, pamiętam swoje obawy. I tym bardziej ich odpowiedzi mnie zaskoczyły, bo to, co się w nich powtarzało, to samotność i monotonia. Kiedy byłem na ich miejscu, uważałem, że czeka mnie ciekawe życie, przygoda. Będę odprawiał msze, spotykał się z ludźmi, będę pracował naukowo, podróżował... Kapłaństwo widziałem jako wolność. Byłem szczęśliwym młodym człowiekiem, dobrym uczniem, miałem kochającą, nieco nadopiekuńczą mamę, jednak uważałem, że moje życie idzie utartym, przewidywalnym torem. Wybór kapłaństwa był wyborem wolności. Zrobię to, na co mam ochotę, coś innego niż wszyscy. A ci klerycy obawiają się monotonii. Zacząłem się zastanawiać, czym może ona być w ich mniemaniu. Że każdego dnia powtarza się to samo? No, faktycznie, życie składa się z powtarzalnych czynności, więc macie, dzieci, problem. Bo co rano trzeba wstać, umyć zęby...

Czasem można, ale i tak zazwyczaj będziemy je myli, z rozsądku. I powtarzali tysiące innych, codziennych czynności. Zapewniam, że życie księdza nie jest bardziej monotonne niż człowieka w związku małżeńskim. Albo gwiazdy rocka. Ją też dopada monotonia, powtarzalność: ciągle w trasie, wciąż koncerty, spanie w hotelach, próby, rozkładanie sprzętu. Nie żyje, jakby się mogło wydawać, w nieustannej euforii. Tę przeżywają jej fani na koncercie, który jest dla nich świętem. Dla gwiazdy to żmudna robota. Ale jak powie w wywiadzie, że jest zmęczona, ludzie orzekną, że jej odbiło, bo niby ma takie fantastyczne życie.

>>> Polecamy: Nic w internecie nie jest prywatne. Pogódźmy się z tym i uczmy od Chińczyków

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj