Środa to kolejny czarny dzień złotego. I wciąż możliwy jest dalszy spadek naszej waluty, której nie broni ani gospodarka, ani NBP.

Całkiem możliwe, iż przed większą korektą aprecjacyjną na złotym inwestorzy zdecydują się wywindować kurs do bariery 4,80, a nawet powyżej, w okolice szczytu z 2004 r, kiedy za euro płacono 4,95 zł - wskazuje Joanna Pluta z departamentu doradztwa i analiz DM TMS Brokers.

Marek Wołos z DM TMS Brokers dodaje w komentarzu dla Forsal.pl, że szczególną przecenę złotego dało się zauważyć w środę w relacji do amerykańskiego dolara. Kurs dolara do złotego wzrósł o ponad 12 groszy osiągając sesyjne maksimum na poziomie 3,65. Notowania euro charakteryzowała nieco mniejsza dynamika wzrostu, ale i tak dzienne ekstremum przekroczyło wtorkowe maksima osiągając pułap 4,70.

NBP się tylko przygląda

"Nie wydaje się być koniecznym, aby w takich warunkach jak obecnie podejmować interwencje na rynku walutowym" - powiedział w TVP Info prezes NBP Sławomir Skrzypek. "Po pierwsze jest pytanie o ich skuteczność. Po drugie środki, którymi dysponujemy na rezerwach walutowych, przekraczające 55 mld euro, musimy mieć zabezpieczone na wypadek wejścia do ERM2" - dodał.

Wśród przyczyn osłabienia złotego prezes NBP widzi głównie słaby sentyment dla regionu oraz odpływ kapitału. "Ja wymieniam dwie grupy przyczyn: naturalny sentyment i trendy wynikające z postrzegania nas jako jednolity region rynku wschodzącego. Drugą przyczynę, że straty ponoszone przez inwestorów na rynkach dolara i euro są uzupełniane ściąganiem kapitału z rynków wschodzących, m.in. z Polski" - ocenia Skrzypek. Wśród mniej istotnych przyczyn prezes wymienił zmniejszenie się napływu środków od emigrantów i słabnący eksport.

Prezesa NBP wsparł - pośrednio - rząd. Wicepremier, minister gospodarki Waldemar Pawlak powiedział, że "nie ma żadnych przesłanek do tego, żeby podejmować interwencję na rynku walutowym. Trzeba to jasno i wyraźnie komunikować, żeby nie było jakichkolwiek pokus na ataki spekulacyjne na naszą walutę" - powiedział.

"Kurs złotego jest płynny i pozostanie płynny i dzięki temu będzie to w naturalny sposób amortyzowało różnego rodzaju przepływy w rozliczeniach dewizowych" - dodał.

Osłabienie złotego z punktu widzenia sytuacji kryzysowej jest, zdaniem wicepremiera, korzystnym zjawiskiem, "bo pozwala uzyskać lepszą konkurencyjność naszej produkcji".

NBP rozczarował analityków

"Nieco rozczarowujące okazały się słowa prezesa NBP o zaniechaniu interwencji walutowych w obecnej chwili. W momencie tak silnego osłabienia złotego inwestorzy oczekiwaliby innego stanowiska. Przecież to w gestii NBP jest dbałość o stabilność złotego. Tak stanowcze odcięcie się od mechanizmu interwencji mogło sprzyjać dalszej deprecjacji złotego" - uważa Marek Wołos.

Wskazuje, że nawet słowna interwencja mogłaby pomóc złotemu, chociaż na chwilę. Tym bardziej, że w innych krajach takie werbalne interwencje miały miejsce. "Nie można zatem wykluczyć, że to właśnie dlatego węgierski forint stracił mniej niż złoty" - dodaje analityk DM TMS Brokers.

Dół przed ruchem w górę?

Ale też Marek Wołos dodaje, że lekie umocnienie złotego pod koniec sesji to przynajmniej znak, że "rynek nie ma sił na dalsze wzrosty kursów walut".

Z kolei Emil Szweda z Open Finance sądzi, że silne osłabienie złotego może być zwiastunem odwrócenia trendu na rynku walutowym. "Przyspieszenie osłabienia zwykle poprzedza zmianę. Bardziej jestem skłonny wierzyć w to, że mamy do czynienia ze spekulacyjnym osłabieniem złotego" - powiedział PAP Szweda.

"Samego momentu, kiedy złoty zacznie się umacniać, nikt nie może przewidzieć. Sytuacja jest tak dynamiczna, że nie dziwiłbym się, gdyby to nastąpiło szybko" - dodał Emil Szweda.

Również zdaniem eksperta portalu Comperia.pl Bartłomieja Samsonowicza "w dłuższym okresie można z większym prawdopodobieństwem powiedzieć, że kurs będzie się umacniał".

Złoty na łasce spekulantów

Z kolei dr Marcin Piątkowski z Akademii Leona Koźmińskiego, b. ekonomista Międzynarodowego Funduszu Walutowego w Waszyngtonie uważa, że kurs złotego oderwał się od rodzimych realiów i od polityki gospodarczej prowadzonej w Polsce, a stał się przedmiotem globalnej gry spekulacyjnej. W wypowiedzi dla PAP podkreślił, że nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak długo złoty będzie tracił na wartości.

"Światowy rynek może w każdej chwili zacząć grać na wzmocnienie złotego. To może stać się dzisiaj, za tydzień czy za miesiąc" - wskazał.

Zaznaczył, że obecnie dla kursu złotego polityka prowadzona przez nasz rząd i sytuacja polskiej gospodarki ma mniejsze znaczenie niż wycofywanie kapitału z Polski przez zagranicznych inwestorów. "Jakże inaczej wytłumaczyć to, że tego samego dnia, w którym rząd ogłasza drastyczne cięcia wydatków, dokonuje się jedna z największych w historii jednodniowych przecen złotego? To wskazuje na to, że kurs złotego nie odzwierciedla realiów gospodarczych w Polsce i że wielkość deficytu budżetowego ma małe znaczenie dla tego kursu, bo w takiej sytuacji złoty powinien się umocnić, a nie osłabić" - powiedział.

"Spoglądając na rynek walutowy w kontekście innych rynków finansowych i wydarzeń w Polsce, bieżące osłabienie złotego (ostatnie trzy dni) nie znajduje żadnego wsparcia. Poprawa sentymentu na rynkach finansowych widoczna we wzroście indeksów giełdowych w USA, Azji i Europie Zachodniej wskazywałaby raczej na możliwość korekty wzrostowej naszej waluty" - napisał w środowym komentarzu Emil Szweda, analityk Open Finance.

"Jeśli więc osłabienie złotego nie ma związku z fundamentami, ani sentymentem do rynków finansowych (nastawieniem do ryzyka), pozostaje możliwość spekulacyjnej gry pod osłabienie złotego. Nie można wykluczyć istnienia opcji, których zapadalność przypada właśnie na najbliższy okres" - dodał, podkreślając, że to tylko domniemania.

Ostrożnie z frankami

Zdaniem analityków na razie można zapomnieć o tanim franku szwajcarskim. W środę dobił do 3,16 zł. Na niewiele przydadzą się więc kredytobiorcom zalecenia Komisji Nadzoru Finansowego, by kredyty walutowe klienci mogli spłacać w walucie właśnie, którą mogą taniej kupić w kantorze, niż spłacać po kursie stosowanym przez banki.

"To będzie proces powolny. Raczej nieprędko zobaczymy franka na poziomie 2 zł" - ocenił Barłomiej Samsonowicz. Dodał, że podobna sytuacja z niskim kursem złotego miała miejsce w Polsce w 2004 roku, a frank osiągnął poziom 2 zł dopiero po około 5 latach od tego wydarzenia. "Myślę, że teraz może być podobnie" - zaznaczył.

"Jeżeli sytuacja w regionie będzie niekorzystna, jeśli inwestorzy będą wycofywali się z Europy Środkowo-Wschodniej, jeśli będzie cały czas utrzymana presja na złotego, to może się okazać, że koszty kredytu zdecydowanie wzrosną" - podkreślił.

Samsonowicz zaznaczył, że w najgorszej sytuacji są osoby, które zaciągnęły kredyty walutowe na przełomie lipca i sierpnia 2008 roku. Kredyty były wówczas wypłacane po kursie franka szwajcarskiego na poziomie 1,90 zł. Przykładowo, dla kredytu w wysokości 300 tys. zł miesięczna rata wzrosła już o ponad 200 zł. Ocenił, że słaby kurs złotego powoduje, iż kredyty walutowe są coraz mniej atrakcyjne. "Raty kredytów we frankach zaczynają się zrównywać z ratami kredytów w złotych" - ocenił.

Natomiast zdaniem Emila Szwedy, doprowadzenie do sytuacji, w której kurs franka osiągnie poziom 2,80-2,90 zł, będzie dużym sukcesem. "Nigdy nie wrócimy do franka na poziomie 2 zł. Jeżeli Polska wejdzie do ERM2, to wówczas będziemy stabilizować notowania euro i złotego na wyższym poziomie. Potem złoty zostanie zastąpiony przez euro i już nigdy nie będzie czegoś takiego, jak 2 zł za franka" - ocenił.

Szweda przestrzegł przed przewalutowaniem kredytów.

"Przewalutowanie kredytów to jest +pętla na szyję+. Jeżeli ktoś zaciągał kredyt, kiedy frank kosztował 2 zł, to znaczy, że jego zobowiązania wzrosły o 55 proc. Jeżeli ktoś pożyczył pół miliona, to teraz jest winien 800 tys. Jego rata wzrośnie w takim układzie o ok. 100 proc." - dodał.

Deficyt raz dobry, raz zły

Marek Wołos wskazuje, że wyprzedaż złotego w ostatnim czasie mogła się wiązać z informacjami o obniżeniu ratingu Rosji i dużych problemach finansowych krajów nadbałtyckich. Inwestorzy mogli o tym wiedzieć wcześniej, dlatgeo kiedy oficjalnie ogłoszono informację o obniżonym ratingu Rosji nie doszło do gwałtownej przeceny złotego.

Profesor Leszek Klank z warszawskiej Akademii Finansów uważa, że spadek wartości złotego wynika m.in. z braku zaufania inwestorów do polskiej waluty. W wypowiedzi dla PAP dodał, że brak zaufania dotyczy także innych krajów Europy Wschodniej, m.in. Węgier i Ukrainy. Jego zdaniem w ciągu najbliższych dni to się nie zmieni i złoty nadal będzie tracił na wartości. Klank powiedział, że trudno też prognozować, kiedy polska waluta przestanie słabnąć, a zależeć to będzie od sytuacji na zagranicznych rynkach.

Jego zdaniem rząd nie powinien wykorzystywać rezerw walutowych do walki z obecnie słabnącym złotym. Zaznaczył, że fundusze te są zabezpieczeniem na wypadek pogłębienia się kryzysu gospodarczego. "To jest ostatni środek, którego należy użyć" - powiedział. Natomiast zdaniem profesora Klanka, skoro wszyscy zwiększają deficyty budżetowe, powinna to zrobić także Polska, zamiast ciąć wydatki. Klank zaznaczył przy tym, że pieniądze uzyskane ze zwiększenia deficytu powinny być przeznaczone na rozwój infrastruktury, a nie przemysłu.

Również o zwiększonym deficycie budżetowym jako recepcie na wsparcie dla złotego mówił w wypowiedzi dla PAP dr Marcin Piątkowski. Jego zdaniem do zatrzymania spadku wartości złotego może przyczynić się zwiększenie przez rząd deficytu budżetowego. Zaznaczył, że wzrost deficytu musiałby jednak zatrzymać zmniejszający się w Polsce wzrost PKB. Obecny spadek wartości złotego związany jest z gorszymi perspektywami polskiej gospodarki - uznał.

"Rynki finansowe - w przeciwieństwie do tego, co mówi rząd - nie martwią się deficytem budżetowym, ale o wiele bardziej wzrostem gospodarczym w Polsce, który drastycznie spada z miesiąca na miesiąc" - wyjaśnił Piątkowski. Dlatego zwiększenie deficytu budżetowego "paradoksalnie mogłoby przyczynić się jeśli nie do wzmocnienia złotego, to do zatrzymania spadku waluty".

Piątkowski nie spodziewa się drastycznego wzrostu odsetka niespłacanych kredytów mieszkaniowych w związku ze spadkiem kursu złotego. Zastrzegł jednak, że jeżeli złoty będzie słabł, to z każdym miesiącem sytuacja kredytobiorców będzie się pogarszać.

Podkreślił też, że słaby złoty nie musi być zły dla gospodarki. "Dzięki niemu możemy wydobyć się z tej recesji szybciej, bo przy takim kursie jesteśmy konkurencyjną gospodarką, a przy kurczących się rynkach zagranicznych będziemy mogli zwiększyć na nich swój udział i spadek naszego eksportu nie będzie aż tak duży" - powiedział.

Ale zgodności co do wpływu deficytu budżetowego na złotego wśród analityków nie ma. "Cięcie wydatków budżetowych również są dla złotego korzystnym sygnałem - rząd nie będzie zwiększał deficytu, a zatem także i podaży obligacji skarbowych, co jest dla złotego dobrą wiadomością" - napisali analitycy Open Finance.