Nowe rozwiązania mają być przyjęte na unijnym szczycie pod koniec czerwca. Od czasu kryzysu migracyjnego w 2015 r. UE udało się uszczelnić granice zewnętrzne, co doprowadziło do znaczącego spadku liczby osób przybywających do Europy nielegalnie. Nie rozwiązało to jednak sytuacji osób, którym granice udało się przekroczyć. Dzisiaj duża ich część przebywa we Włoszech i w Grecji. Dlatego to Ateny i Rzym mówią najgłośniej o potrzebie nowego planu. Dotychczasowy – polegający na obowiązkowej relokacji – upadł. Ze 160 tys. osób do krajów członkowskich udało się przenieść zaledwie 28 tys. Jesienią Bruksela zrezygnowała z przymusowej relokacji i zaproponowała dobrowolną. Na tych zasadach odbyło się do tej pory 4,2 tys. transferów.

Z propozycją wyszła Bułgaria, która sprawuje prezydencję w Radzie UE. Według przecieków pomysł polega na uruchamianiu automatycznego rozdziału przybyszów, ale tylko w przypadku dużej presji migracyjnej. Kraje, które nie będą chciały spełnić obowiązku, będą mogły się z niego wykupić, płacąc za jedną osobę ekwiwalent w wysokości 30 tys. euro. Nie jest to rozwiązanie nowe, ale wcześniej mowa była o znacznie wyższych kwotach – nawet do 250 tys. euro.

Polska i Węgry w ostatnim tygodniu przypomniały swoje stanowisko – że nie zgodzą się na przyjmowanie migrantów. Premier Mateusz Morawiecki mówił, że o porozumienie będzie trudno, ponieważ Polska nie odstąpi od suwerennego prawa decydowania o tym, kogo przyjmuje na swoje terytorium. Premier Węgier Viktor Orbán proponuje, by decyzję w sprawie nowej polityki migracyjnej UE podjęła po wyborach europejskich, które odbędą się w maju przyszłego roku. Tłumaczył, że obecny europarlament został wybrany jeszcze przed kryzysem migracyjnym w 2015 r. Nowa izba wyłoniona przez wyborców świadomych problemu miałaby większy mandat do decydowania.

Unijny komisarz ds. migracji Dimitris Awramopulos ma jednak nadzieję, że uda się dojść do porozumienia jeszcze w czerwcu. W tym celu prowadzone są rozmowy z krajami, które są przeciwne zarządzaniu migracją na poziomie unijnym. Bruksela chce być przygotowana na wypadek kolejnego kryzysu. Na razie nie ma powodów do niepokoju, ale od marca odnotowywany jest wzrost liczby migrantów przybywających z Turcji do Grecji (od początku roku ponad 15 tys. osób). Rośnie również liczba osób migrujących nielegalnie z Afryki do Hiszpanii (w tym roku o prawie jedną czwartą więcej niż w ubiegłym).

Niezadowolenie z migracji wyrazili w ostatnich wyborach Włosi. Do gabinetu koalicyjnego wejdą tam antysystemowy Ruch 5 Gwiazd i skrajnie prawicowa Liga, które zapowiadają, że nielegalnie przebywających we Włoszech migrantów odeślą do domów. Według szacunków może ich być w tym kraju nawet 600 tys. By zawrócić migrantów, potrzebna jest współpraca z rządami krajów pochodzenia, ta jednak nie jest prosta. W zeszłym roku wykonano w UE zaledwie jedną trzecią decyzji nakazujących powrót.

>>> Czytaj też: Jourova: jeżeli chcecie pieniądze unijnych podatników, to musicie przestrzegać prawa