Możliwe, że znacie ich z widzenia, jednak czytając Dziewita zrozumiecie, że o problemach, które opisuje, mówi się u nas zdecydowanie zbyt rzadko.

Jego pierwsza książka (z 2015 r.) nosiła tytuł „Przeliczeni. Tajemnice galerii handlowych” i była oparta na wątku autobiograficznym. Opowiadała historię drobnych polskich przedsiębiorców branży handlu i usług, którzy próbowali robić interesy we współpracy z galeriami handlowymi, powstającymi wtedy jak grzyby po deszczu na polskiej prowincji. Książka była zapisem ich starcia z większym i silniejszym kontrahentem. Starcia pod wieloma względami przegranego. Pokazywała wypychanie ich z rynku, spirale długów, psychiczne załamania. Dziewit nie ukrywał, że sam był jednym z „przeliczonych”.

Potem bielszczanin zajął się tematem pośrednictwa pracy. Znowu było to trochę o sobie samym, bo założył specjalizującą się w tym agencję. Akurat załapał się na kolejny ekonomiczny fenomen naszych czasów, gdy po 2014 r. do Polski trafił przeszło milion pracowników z Ukrainy. Firma Dziewita (i jej strona internetowa) szybko stała się również rodzajem skrzynki kontaktowej i centrum małej społeczności. Prócz ogłoszeń były tam teksty, porady oraz interwencje.

Ale w międzyczasie robotny Dziewit pracował nad jeszcze jednym projektem. Też wcale nie błahym. Zaczął zbierać historie franczyzobiorców. Zwłaszcza tych, którzy na takiej formie robienia interesów stracili. Czasem pieniądze, czasem zdrowie, a bywało, że i życie. Tak powstała „Franczyza. Fakty i mity”. Zbiór dość surowych minireportaży o ludziach z Białej Podlaskiej, Wałbrzycha, Piły albo Tychów, którzy „weszli w system” i bardzo często tego żałują. Jak wiadomo, franczyza polega na ścisłej współpracy między przedsiębiorstwem (franczyzodawcą) a jego indywidualnymi franczyzobiorcami. Firma (najbardziej znany na świecie przykład to oczywiście McDonald’s) daje swoim partnerom prawo do prowadzenia działalności pod jej logo. W zamian każe się jednak dzielić zyskami i zmusza do prowadzenia działalności według jej koncepcji.

W Polsce systemów franczyzowych jest przeszło tysiąc. A liczba działających na tej zasadzie podmiotów sięga 70 tys. Stacje paliw, sklepy spożywcze, pijalnie czekolady, benedyktyńskie smakołyki, placówki bankowe albo dżinsy. Marki większe i mniejsze. Podobnie jest z dramatami. Czasem to oszustwa na wielką skalę. Czasem bezceremonialne wykorzystywanie naiwności i braku doświadczenia franczyzobiorców. Czasem zaś dowód na płytkość polskiego rynku, gdzie niskie marże i wciąż słaby popyt sprawiają, że biznes może wylecieć w powietrze z dnia na dzień. A wtedy najczęściej nie ma zmiłuj.

Spisane w książce historie czyta się z bolącym sercem. Tak z reportażami bywa. Zauważmy jednak, że tu nie chodzi tylko o epatowanie tragedią. Przeciwnie, tekst Dziewita może mieć również wartość terapeutyczną dla samych zainteresowanych. Zwłaszcza że autor przeplata reporterskie rozdziały wieloma praktycznymi poradami: na co zwrócić uwagę, czego się wystrzegać, komu ufać albo kogo podpytać przed podjęciem decyzji o pójściu we franczyzę. Żeby nie okazała się kieratem albo studnią, z której nie da się wydostać i z której można już tylko krzyczeć „pomocy”!

>>> Czytaj też: 3,8 tys. zł na rękę to zbyt mało. Studenci nie chcą iść do wojska