Sprzedawcy występują o podwyżki z przekonaniem, że pierwszych wniosków Urząd Regulacji Energetyki i tak nie zatwierdzi. Robią tak od lat, żeby uniknąć zarzutów, że się nie starali o zyski i de facto działali na szkodę firm. Regulator ma swoje wyobrażenie o tym, co się powinno dziać na rynku, i wnioski odrzuca. Potem zaczyna się rytualna już dyskusja między URE i energetykami, które koszty są uzasadnione. W końcu sprzedawcy przyjmują nowe ceny pod dyktando URE.

Uginają się już jednak tylko polskie firmy państwowe, bo nie ma politycznej zgody na procesy z regulatorem, w których przegrana groziłaby wysokimi karami.

Ale układ sił na rynku się zmienia. PGE zaraz zostanie częściowo sprywatyzowana, a w przyszłym roku mają być sprzedane Enea, Energa i kawałek Tauronu. Wątpliwe, żeby ich nowi właściciele tak łatwo jak Skarb Państwa brali na siebie ryzyko strat z powodu regulacji cen. Jest wysoce prawdopodobne, że gdy regulacje zagrożą zyskom grup, to po prywatyzacji ruszą one gremialnie do sądów przeciwko URE.