Nastroje już przed sesją były bardzo pozytywne. W czasie weekendu szczyt państw Azji i Pacyfiku (APEC) stwierdził, że impulsy pobudzające gospodarkę nie będą wycofywane dopóki gospodarki regionu nie wejdą na trwała ścieżkę wzrostu. To poprawiało nastroje, mimo że przecież nie można było niczego innego oczekiwać. Resztę zrobiły dane makro, mimo że można je było bardzo różnie interpretować.

Raportu o sprzedaży detalicznej był bowiem niejednoznaczny. Sprzedaż wzrosła o 1,4 procent, czyli więcej niż oczekiwano (0,9 proc.), ale sprzedaż bez samochodów wzrosła jedynie o 0,2 proc. m/m (oczekiwano wzrostu o 0,4 procent). Zazwyczaj te ostatnie dane są dla graczy bardziej istotne, ale tym razem patrzono wyłącznie na liczbę główną. Nie chciano zauważyć, że wzrost wynika z odbicia na rynku sprzedaży samochodów. We wrześniu załamała się ona spadając o 14,3 procent (skutek końca programu „kasa za grata”), a w październiku po prostu zobaczyliśmy odbicie (wzrost o 7,4 proc.). Poza tym dane z września skorygowano całkiem mocno w dół. W okresie wrzesień – październik sprzedaż była bardzo słaba. Okazało się też, że zanurkował indeks New York Empire State, o czym prawie nigdzie się nie pisze. Oczekiwano spadku z 34,6 na 30 pkt., a spadł aż na 23.5 pkt. Okolice Nowego Jorku to przede wszystkim usługi, co źle wróży gospodarce. Jak więc widać powodów do euforii nie było, ale gracze woleli jednak tego nie widzieć.

Pojawił się też Ben Bernanke, szef Fed, ale jego wypowiedzi też nie były bardzo optymistyczne. Owszem, powiedział, że wzrost gospodarscy będzie kontynuowany w przyszłym roku, ale stwierdził też, że będzie on umiarkowany, bo nadal słaby będzie rynek pracy. Powiedział, że inflacja pozostanie niska, a wraz z nią stopy procentowe, ale to też przecież gracze od dawna wiedzieli. W sumie jedyną nową rzeczą było to, że wypowiedział się na temat dolara. Fed będzie monitorował wartość dolara i przez stosowanie odpowiedniej polityki „zapewni dolarowi silną pozycję, która będzie źródłem globalnej stabilności”. Właśnie po tej wypowiedzi na chwilę załamał się kurs EUR/USD (a z nim nieco osunęły się indeksy giełdowe), ale bardzo szybko gracze doszli do wniosku, że Fed nie ma narzędzi do zatrzymania osłabienia dolara.

Oszalał zupełnie rynek akcji, ale trudno się dziwić. Duże wzrost cen surowców i pokonanie przez indeks S&P 500 oporu z października na poziomie 1.100 pkt. dało mocny sygnał kupna. Technicy i automatyczne systemy inwestycyjne nie mieli wyboru: musiano kupować. Realia gospodarcze poszły w kąt. Dopiero na godzinę przed końcem sesji rozpoczęła się realizacja zysków. Dzięki temu indeksy zakończyły sesję wyraźnie poniżej sesyjnego maksimum, ale jednak zbliżający się koniec roku i technika zapewniły zwyżki otwierając drogę na północ.

GPW rozpoczęła poniedziałkową sesję dużym, 2,5 procentowym wzrostem WIG20. Pomagał zarówno wzrost indeksów w Azji/Europie, czekanie na wzrosty w USA jak i lepszy od oczekiwań raport kwartalny PKO BP. Poza tym niewykluczone, że naszemu rynkowi pomagała wypowiedź Jacka Rostowskiego, ministra finansów, który de facto zapowiedział, że jeśli część środków wróci z OFE do ZUS to OFE będą mogły więcej kapitałów lokować w akcje. Pamiętać też trzeba o tym, że w piątek WIG20 spadł o 1,6 procent, wtedy, kiedy indeksy w Europie i w USA wzrosły. Tak wiec z tych 2,5 procent 1,6 pkt. proc to było odrobienie niepotrzebnych strat.

Po tak mocnym otwarciu, kiedy to WIG20 testował opór z października (2.417 pkt.) na rynku zapanował wielogodzinny marazm, a indeks kreślił linię prawie poziomą. Gracze przeżyli chwilę zwątpienia po publikacji danych makro w USA, ale jak tylko zobaczyli, w jaką euforię wpadli Amerykanie to też rzucili się do kupna akcji. Opór pękł, co otworzyło drogę na północ. Został jednak pokonany nieznacznie (12 pkt.), więc byki muszą zrobić wszystko, żeby indeks pod 2.417 pkt. nie powrócił. Gdyby powrócił to przełamanie zostałoby potraktowane jako pułapka.