Margines błędu to jedno z najważniejszych kryteriów w geopolityce. Stosuje się go po to, by określić, na jak dużo pomyłek kraj może sobie pozwolić, by ich popełnienie nie zakończyło się katastrofą. Im silniejsze państwo i im mniej zagrożeń, tym margines jest większy.

Ogromny margines błędu mają Stany Zjednoczone, bardzo niewielki – na przykład Izrael. George Friedman, założyciel i szef Stratforu – agencji zajmującej się wywiadem i konstruowaniem prognoz geopolitycznych – pisze, że dzięki szerokiemu marginesowi błędu Ameryka przejawia skłonność do beztroski. – To nie jest głupota. Po prostu nie ma potrzeby zachowywać ostrożności.

>>> Czytaj też: Polska nisko w rankingu, więc minister.. krytykuje ranking

Amerykanie mogą pozwolić sobie na przegrywanie wojen, na pomyłki w doborze sojuszników czy pompowanie w gospodarkę miliardów dolarów w nadziei na to, że jakimś cudem przyniesie to pozytywny efekt. Jeżeli nic z tego nie wyjdzie, szkody i tak będą niewielkie. Decyzje amerykańskiej Rezerwy Federalnej inne kraje mogą uważać za lekkomyślne, bo z ich punktu widzenia skutki drukowania pieniędzy byłyby druzgocące. Dla Stanów Zjednoczonych to gra, która – jeżeli wyjdzie – da im niewyobrażalne korzyści. Kroki podejmowane przez Amerykanów przypominają do złudzenia decyzje bankiera, który udziela pożyczek według kryteriów wziętych z sufitu. Ponieważ jednak bankier ma gigantyczne możliwości, może działać z pozoru mało rozważnie. Nie chce za bardzo kalkulować, bo nadmiar kalkulacji ogranicza skuteczność, natomiast odrobina szaleństwa może przynieść skutki daleko wykraczające poza racjonalny rachunek zysków i strat.

Nasz margines błędu jest zupełnie inny. Dla nas beztroska rzeczywiście jest beztroską, a luzactwo rzeczywiście oznacza brak odpowiedzialności. Dla nas polityka i gospodarka to dramatycznie poważne sprawy. Nawet odrobina szaleństwa zawsze kończyła się dla Polski katastrofą.

Mogłoby się wydawać, że tak sprzyjających okoliczności jak teraz już dawno nie mieliśmy. Gospodarka nie wpadła w kłopoty, system finansowy wywinął się kryzysowi. W porównaniu z resztą Europy mieliśmy sporo szczęścia. Kiedy najmocniejsze gospodarki ratowały swoje banki przed bankructwem, my ze spokojem mogliśmy się temu przyglądać.

Z pozoru polski rząd nie popełnił błędów, bo w okresie największego zamętu na światowych rynkach de facto niewiele zrobił. Nie musiał podejmować dramatycznych decyzji, bo nikt go do tego nie zmuszał. Burza przeszła nad naszymi głowami.

>>> Polecamy: Polska powraca na pozycję gospodarczego lidera w regionie

Problem polega na tym, że bezczynność także jest błędem. Bierne przyglądanie się temu, jak rośnie dług państwa, to fatalny pomysł. Wcześniej czy później coś trzeba będzie z tym zrobić. Dług nie jest bolesny, dopóki nie uderza po kieszeniach Polaków. Ale to tylko kwestia czasu, kiedy odczuje go każdy. Zabiegi z blokowaniem transferów do OFE, przerzucanie publicznych pieniędzy do państwowej kasy to tylko operacje pozwalające kupić trochę czasu, ale tak naprawdę żadna z nich nie rozwiązuje problemu.

Na razie wygląda na to, że gospodarka w takiej kondycji jak teraz, czyli w stanie flauty, jeszcze jakiś czas powinna wytrzymać. Pod warunkiem że tak jak do tej pory będzie dopisywało nam szczęście i żaden kataklizm nie spadnie nam na głowy.