W mijającym roku nastąpił prawdziwy wysyp kryzysowych wspomnień i książkowych rekonstrukcji wydarzeń, które wstrząsnęły posadami światowej gospodarki, doprowadzając większość krajów bogatego Zachodu do rekordowych długów. Dzięki nim możemy zajrzeć do gabinetów znerwicowanych polityków podejmujących pospieszne, często nieprzemyślane decyzje o ratowaniu zagrożonych upadkiem banków. Albo poznać od podszewki strategie największych funduszy hedgingowych, które położyły na łopatki globalne instytucje finansowe.

Czy wy wiecie, co wyrabiacie?

„Jaka jest różnica pomiędzy komunizmem a kapitalizmem? Tak naprawdę niewielka. W komunizmie najpierw nacjonalizuje się banki, a w konsekwencji one bankrutują. W kapitalizmie odwrotnie. Najpierw banki plajtują, więc trzeba je upaństwowić”. Karteczkę z takim żartem francuska minister finansów Christine Lagarde dyskretnie przesłała pod stołem konferencyjnym swojemu ówczesnemu niemieckiemu odpowiednikowi Peerowi Steinbrueckowi. Dowcip był jak najbardziej na czasie.

Rzecz działa się przecież w połowie 2009 roku, gdy oboje uczestniczyli w jednym z niezliczonych gorączkowych posiedzeń poświęconych sposobom ratowania światowej gospodarki, która znalazła się nad przepaścią po krachu amerykańskiego banku Lehman Brothers. Skąd znamy detale tamtych wydarzeń? W tym wypadku od samego ministra Steinbruecka, autora wydanych właśnie w Niemczech wspomnień „Unterm Strich” (Pod kreską). Od kilku tygodni były szef niemieckich finansów objeżdża z nimi niemiecką prowincję, przyciągając na spotkania autorskie tłumy rodaków, którzy pragną zajrzeć za kulisy najgłębszego od czasu II wojny światowej kryzysu finansowego.

Steinbrueck chętnie opowiada, po jak cienkim lodzie stąpali jesienią 2008 roku przywódcy Niemiec, czyli największej i najstabilniejszej gospodarki Europy. „Ludzie zaczynali wyciągać swoje pieniądze z banków. Istniało realne zagrożenie upadku całego systemu. Dlatego do spółki z Angelą Merkel zdecydowaliśmy się na słynne zapewnienie, że niemieckie państwo gwarantuje wszystkie wkłady oszczędnościowe swoich obywateli (wcześniej w tak otwartej formie nie zrobił tego żaden rząd – red.) Celowo jednak podczas wystąpienia przed kamerami w tamten niedzielny poranek nie sprecyzowaliśmy, co rozumiemy przez hasło „wkłady oszczędnościowe” – pisze. Zaraz dodaje też, że w praktyce nie mieli na takie wystąpienie żadnego parlamentarnego przyzwolenia. „Do dziś dziwię się, dlaczego nikt nas nie zapytał: na litość boską, czy wy wiecie, co wyrabiacie?” – można wyczytać w jego wspomnieniach.

Ci przeklęci Brytole

Steinbrueck nie jest jedyny. Kryzys przyszedł z Ameryki, trudno więc się dziwić, że to na tamtejszym rynku księgarskim kryzysowe tytuły cieszą się wyjątkowym wzięciem. Wiele z nich szturmowało w ostatnich 12 miesiącach tamtejsze listy bestsellerów. „A jeśli system upadnie? – pytałem żony. Wszyscy patrzą na mnie, a ja nie wiem, co się wtedy stanie. Naprawdę się boję” – w ten sposób Henry Paulson, sekretarz skarbu (czyli minister finansów) w administracji George’a Busha wspomina legendarne już dziś wrześniowe dni 2008 roku, gdy upadał nobliwy nowojorski bank Lehman Brothers, a Biały Dom nerwowo poszukiwał inwestora, który wykupi pogrążonego w spirali niespłacalnych długów giganta. Opublikowana na początku roku książka Paulsona „On the brink” (Nad przepaścią) to jak dotąd najlepsza opowieść jednego z głównych aktorów kryzysu finansowego. Nie mogą się z nimi równać nawet wydane w listopadzie wspomnienia prezydenta George’a Busha „Decision points” (Decyzje). Były gospodarz Białego Domu ogranicza się w nich do ogólnych stwierdzeń, które można sprowadzić do jednego: „kryzys nas zaskoczył, ale daliśmy mu odpór”. Z lektury wspomnień wynika raczej, że Bush tak naprawdę ani przez moment nie ogarniał problemu i całą inicjatywę w ratowaniu gospodarki zostawiał swojemu ministrowi finansów.

Na szczęście dla czytelników Paulson rzadko owija w bawełnę. Pod datą 14 września pisze na przykład: „Wstałem z nadzieją, że Lehmana uda się uratować. Byliśmy już po wstępnych rozmowach z brytyjskim bankiem Barclays Capital. Ale o 11 rano odebrałem telefon z Londynu. Dzwonił brytyjski minister finansów Alistair Darling. Bez cienia współczucia w głosie oznajmił mi, że nie ma szans, by Barclays kupił Lehmana. Dodał, że nie będą przerzucać naszych problemów na konto brytyjskiego podatnika. Wyszedłem załamany. »Brytole nas wydymali« – krzyknąłem bardziej z frustracji niż z wściekłości”.

Tam, gdzie Paulson zatrzymuje pióro, z pomocą przychodzi Andrew Ross Sorkin, dziennikarz „New York Timesa” i autor książki „Too big to fail” (Zbyt wielcy, by upaść). Aby mogła powstać, Sorkin przeprowadził ok. 500 godzin rozmów z ponad 200 uczestnikami tamtych wydarzeń. Najlepiej tłumaczy, jak to się stało, że złożona z samych zatwardziałych liberałów republikańska administracja Busha kończy jesienią 2008 roku swoje rządy, uchwalając największy w historii plan przymusowej nacjonalizacji banków. „Przy długim, 7-metrowym mahoniowym stole Paulson przyjął dziewięciu szefów największych banków w USA: JPMorgan Chase, Citigroup czy Wells Fargo. Obiecywał im, że dostaną pieniądze w zamian za oddanie uprzywilejowanych akcji. Wtedy szef banku Wells Fargo Richard Kovacevich wstał i oznajmił, że jego centrala w San Francisco nie potrzebuje proponowanych przez departament skarbu 25 mld dol.”. – Jutro dostaniesz wiadomość, że też brakuje ci kapitału i nie zdołasz zebrać go na rynkach. Nie masz wyjścia – miał odpowiedzieć Paulson. Polityczne podziały na prawicę i lewicę nie miały już wtedy zresztą żadnego znaczenia. – W czasie kryzysu nie ma ideologów – mówił według relacji Sorkina szef Fedu Ben Bernanke.

>>> Czytaj też: JPMorgan i Citigroup pomogły w upadku Lehman Brothers

Upadek tytanów

Jak wyglądała ta historia z perspektywy Londynu, dowiemy się już wkrótce. Na początku grudnia wydawnictwo Atlantic Books ogłosiło, że Alistair Darling zaczął pisać swoje wspomnienia, które „przeniosą czytelnika w sam środek kryzysowej nawałnicy”. Książka ukaże się we wrześniu 2011 roku. Ma być dużo bardziej kronikarska niż utrzymane w tonie akademickich rozważań o konieczności powołania globalnego rządu i nadzoru finansowego wspomnienia byłego brytyjskiego premiera Gordona Browna „Beyond the crash” (Poza kryzys), która właśnie trafia do księgarń na Wyspach. Jednak o tym, że temperatura panująca w tych dniach na Downing Street była daleka od brytyjskiego chłodu, wiemy już z innych źródeł. „Brown zawsze zajmował w rządowym jaguarze miejsce z tyłu za pasażerem. Tapicerka znajdującego się przed nim siedzenia pokryta była zawsze setkami czarnych punktów. To był efekt ataków wściekłości, które zdarzały się w tym czasie premierowi bardzo często” – pisze w wydanej w połowie roku książce „The End of The Party” (Koniec partii/Koniec imprezy) prominentny komentator polityczny „Guardiana” Andrew Rawnsley. Relacjonuje, że podczas podróży, wysłuchując złych zazwyczaj wieści, premier dźgał fotel pasażera czarnym markerem. Zaczął też bez ostrzeżenia walić pięścią w zagłówek, tak że aż głowa ochroniarza odskakiwała do przodu. – „Dowiedziałem się potem, że dla oficerów ochrony podróżowanie z premierem to najgorsza możliwa katorga” – pisze Rawnsley.

Ale nerwówka i bezładna biegania w gabinetach najważniejszych polityków to zaledwie część wiwisekcji amerykańskiego kryzysu. Gdy opadł kurz, coraz częściej i chętniej mówią też sami finansiści, a także ich żony, kochanki i sekretarki. Jednym z pierwszych prezesów, który przerwał milczenie, był Alan „Ace” Greenberg. Ten 82-latek przez ponad ćwierć wieku był członkiem najwyższych władz nowojorskiego banku inwestycyjnego Bear Stearns, którego zapomniany już nieco upadek z marca 2008 roku był preludium do tego, co kilka miesięcy później spotkało Lehman Brothers. – Niczego nie żałuję – deklaruje „Ace” w swoich wspomnieniach „The rise and fall of Bear Stearns” (Powstanie i upadek Bear Stearns). Owszem – przyznaje Greenberg – jego bank uwikłał się w przekraczającą wypłacalność spiralę nieściągalnych kredytów hipotecznych i musiał zostać sprzedany po śmiesznie niskim kursie konkurencji z JPMorgan Chase. „Ale w porównaniu z innymi drapieżnikami i tak byliśmy najmniej pazerni. Wchodziliśmy tylko w interesy opatrzone ratingiem AAA i oficjalnym ryzykiem rzędu 2 – 3 proc. Czy to nasza wina, że jego prawdziwy wskaźnik wynosił 40 – 50 proc., a brokerzy udzielający kredytów hipotecznych pisali, że dłużnik ma roczne dochody rzędu 65 tys. dol., podczas gdy on tak naprawdę ledwo wyciągał 5 tys.”. – Bądźmy realistami. Gdybyś chciał na serio kontrolować wszystkich w dziale bankowych zakupów, musiałbyś co chwila zwalniać całą załogę. Tak się nie da – dodaje.

Inne świeżo wydane książki pozwalają zajrzeć do środka pozostałych nowojorskich gigantów, które jesienią 2008 przewracały się jak klocki domina. Vicky Ward w „Devil’s Casino” (Diabelskie kasyno) na podstawie rozmów z pracownikami Lehman Brothers pokazuje, że przez ostatnie 15 lat istnienia banku jego biznesowe posunięcia były podporządkowane nie tyle interesom akcjonariuszy, co prywatnej wojnie o władzę, którą toczyło ze sobą pięciu czołowych menedżerów. Każdy, nawet najbardziej ryzykowny biznes był dobry, jeśli służył zniszczeniu przeciwnika. W tym świecie lojalność liczy się bardziej niż wszystko inne. Jedna z żon wpływowego pracownika Lehman Brothers wspomina, że w dniu planowanego od dawna wewnątrzbankowego przyjęcia rozchorowało się jej dziecko. Jeden z prezesów Lehmana zdawał się jednak nie przyjmować tego do wiadomości. – Wylądował w naszym ogrodzie swoim prywatnym helikopterem i po prostu czekał. Musieliśmy zostawić dziecko i polecieć na imprezę. Wiedziałam, że odmowa oznacza koniec bankowej kariery męża – wspomina.

Z kolei Greg Farell w „Crash of Titans” (Upadek tytanów) pokazuje powolną transformację Merill Lynch od instytucji finansowej, która weszła do gry, obsługując małych i średnich klientów zapomnianych przez Wall Street, do banku, w którym bonusy dla menedżerów sięgały 30 – 40 mln dol. w skali kilku miesięcy. Nawet w sytuacji gdy bank był pod kreską. „Trudno się dziwić, że ci goście myśleli, iż są królami wszechświata” – pisze Farell. Obrazu dopełnia „13 bankers” (13 bankierów), książka byłego głównego ekonomisty MFW Simona Johnsona. „Zwykliśmy uważać, że oligarchia to coś odległego. Dotyczy Rosji, Korei czy Ukrainy. Otóż nie. Mamy ją także u nas. I to potężniejszą niż kiedykolwiek” – pisze Johnson. I dowodzi, że grupa najpotężniejszych banków z Wall Street skupiła w ciągu ostatnich trzech dziesięcioleci w swoim ręku bezprecedensową potęgę polityczną i mimo nieśmiałych prób reform podjętych przez administrację Obamy nie zanosi się w najbliższym czasie na to, by ktokolwiek miał im ją odebrać.

Wśród kryzysowych hitów czytelniczych nie brak również napisanych z rozmachem portretów samych... narzędzi finansowych, które walnie przyczyniły się do wybuchu kryzysu. Gillian Tett z „Financial Timesa” w „Fool’s Gold” (Złocie głupców) pokazuje na przykład, jak małej grupie superambitnych młodych matematyczno-ekonomicznych narwańców z banku JPMorgan (tzw. mafia JPMorgan) udało się w połowie lat 90. przekonać swoich szefów, że rozwiązali odwieczny problem biznesu, czyli wyeliminowali z niego ryzyko. – To miał być dla bankowości wynalazek porównywalny z lekiem na raka albo wręcz umiejętnością wskrzeszania z martwych – pisze Tett. Sekret tkwił w CDS-ach, czyli ubezpieczaniu kredytów.

Zaczęło się niewinnie: Bank A, który bał się, że udzielona przez niego pożyczka może nie zostać spłacona, zawierał umowę derywatową z bankiem B. Płacił mu określoną sumę w zamian za obietnicę zapłaty odszkodowania, jeśli wierzyciel nie da rady spłacić długu. Narzędzie stosowane z umiarem rzeczywiście pozwalało zwiększyć pewność finansowych transakcji. Problemy pojawiły się jednak, gdy banki zaczęły obracać całymi pakietami takich derywatów. Na dodatek pomysłowa drużyna JPMorgana wymyśliła wkrótce, że można zabezpieczać nowym derywatem nie tylko klasyczne pożyczki, ale także już raz zabezpieczone derywaty. Spirala się nakręcała. Produkt reklamowany jako ostateczne wyeliminowanie ryzyka szybko okazał się jednak zbyt piękny, by mógł być prawdziwy. Gdy eksplodował, wyrzucił w powietrze nie tylko amerykańskie banki. Irlandia, która walczy o przetrwanie, bo znacjonalizowała zagrożone upadkiem krajowe instytuty finansowe (a razem z nimi ich olbrzymie długi), także jest ofiarą takiego właśnie mechanizmu.

Największy biznes w historii

Ale kryzysowe podsumowania to nie tylko żale nad rozlanym mlekiem, lecz również portrety i relacje największych zwycięzców kryzysu. W roli bezsprzecznego króla Wall Street występuje na przykład nowojorski bankier John Paulson, bohater „Greatest trade ever” (Największego biznesu w historii) Gregory’ego Zuckermanna. Zbieżność nazwisk z ówczesnym Bushowskim sekretarzem skarbu jest zupełnie przypadkowa, choć znamienna: początkowo twórcę hedge fundu Paulson & Co. nazywano na Wall Street „Paulsonem mniejszym”. Ale z biegiem czasu (i w miarę rosnących zysków) pytano ironicznie, czy nie warto zamienić obu panów miejscami w tej nieformalnej hierarchii.

John Paulson zaczynał skromnie. Do 2005 roku jego fundusz hedgingowy obracał niewielką w skali Wall Street sumką 100 mln dol. Aż do czasu, gdy Paulson zadał sobie jedno proste pytanie. „A co by było, gdybyśmy zaczęli grać na spadek cen nieruchomości?”. Idealnym narzędziem do tego były właśnie CDS-y: wtedy jeszcze bardzo tanie, lecz w miarę spadania cen nieruchomości stopniowo drożejące. Skąd Paulson wiedział, że ceny nieruchomości zaczną spadać? Nie wiedział. Jak wielu innym inwestorom zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że nie mogą rosnąć w nieskończoność, więc zaryzykował. Dlaczego nie zrobili tego inni? „Jak to bywa na giełdzie, nikt nie chciał wyskakiwać przed szereg. Zadziałało samozachowawcze myślenie z podręczników bankowego inwestora: jeśli inwestuję z rynkiem i przegram, włos mi z głowy nie spadnie. Przecież wszyscy przegrali. Jeśli się wychylę, owszem, mogę wygrać, ale jeśli przegram, stracę moją dobrze płatną posadę” – pisze Zuckermann.

Tylko w lutym 2007 roku Paulson zarobił 66 proc. i jego inwestorzy dzwonili z pytaniem, czy nie chodzi o bardziej prawdopodobne 6,6 proc. Nie było mowy o pomyłce. Cały 2007 rok fundusz zamknął z zyskiem rzędu 15 mld dol. W 2008 roku dorzucił kolejne 5 mld dol. Warto przypomnieć, że uchodzący wcześniej za guru tego typu transakcji George Soros zarobił na swoim spektakularnym topieniu brytyjskiego funta w ciągu dwóch lat 1992 – 1993 „zaledwie” miliard dolarów. Z portretu Zuckermanna wyłania się jednak ktoś więcej niż tylko genialny inwestor. Sumy, jakimi obracał Paulson, były tak wielkie, że zrobiły z niego gracza bezpośrednio odpowiedzialnego za wybuch kryzysu. Grając skutecznie na zniżkę cen nieruchomości i wzrost wartości CDS-ów, pogrążał automatycznie banki. – Na początku 2008 roku Bear Sterns zaprosił Paulsona i kilka innych funduszy hedgingowych na lunch. Zaczęli przekonywać inwestorów, że mogą dobrze zarobić, odchodząc od gry na zniżkę cen nieruchomości. Wydawało się, że wielu kupuje tę argumentację, gdy wstał Paulson i zaczął zaprzeczać wszystkiemu, co mówili ludzie z Bear Sterns. Pod koniec lunchu było dla wszystkich jasne, że rację miał on, nie bankierzy. To był gwóźdź do trumny Bear Stearns – mówił Zuckermanowi jeden z uczestników spotkania. Uzupełnieniem tej historii jest książka Michaela Lewisa „The Big Short” (Wielka krótka sprzedaż), która kreśli portrety innych wielkich zwycięzców kryzysu oraz ich ofiar: bankiera Howie Hublera z Morgan Stanley, który stracił w jednej transakcji 9 mld dol. (najwyższe pojedyncze manko w dziejach Wall Street), czy Josepha Cassano, który w sumie przegrał 99 mld dol., walnie przyczyniając się do tego, że jego firma AIG stanęła na granicy bankructwa. Czytelnicy najwyraźniej lubią tego typu literaturę, bo „Wielka krótka sprzedaż” przez 28 tygodni gościła na liście bestsellerów „New York Timesa”, a „Financial Times” nominował ją do nagrody za najlepszą ekonomiczną książkę roku.

Czy wkrótce możemy się spodziewać podobnego wysypu relacji i wspomnień o drugiej, europejskiej fazie kryzysu? Bez wątpienia tak. Pomoże temu wyborczy kalendarz nadchodzących kilkunastu miesięcy, gdy ewentualna porażka może rozwiązać język kolejnym po socjaldemokracie Steinbruecku i brytyjskich laburzystach unijnym politykom. Tematów im bez wątpienia nie zabraknie.