Zielone postulaty kojarzyły im się z nieodpowiedzialnymi pomysłami środowisk skrajnej antykapitalistycznej oraz anarchistycznej lewicy, która jako pierwsza wypisała na swoich sztandarach hasła ochrony środowiska. Byłem jednym z pierwszych, który próbował godzić ekologię z liberalnym konserwatyzmem. Dowodziłem, że można być jednocześnie zwolennikiem wolnego rynku i ekologicznego zrównoważonego rozwoju. Nieprzypadkowo przecież najdalej w dziedzinie ekologii są dziś kraje zachodniej Europy uznające kapitalistyczne reguły gry. Z kolei przykłady reżimów najmniej liczących się z matką naturą to obszar byłego Związku Radzieckiego i Chin w swojej pierwszej fazie rozwoju. Ale nawet niezależnie od historycznych przykładów dla konserwatysty czy liberała społeczeństwo to przecież rodzaj kontraktu, w którym każdy może realizować swoje interesy, pozwalając na to samo innym. Ten kontrakt dotyczy jednak nie tylko żyjących tu i teraz, ale także przyszłych pokoleń. Niezawracanie sobie głowy losem ziemi za 50, 100 czy 200 lat uważam za łamanie takiego kontraktu.

>>> Czytaj też: Polska przyciąga miliardami złotych inwestowanymi w ekologię

Na szczęście w ciągu ostatnich 20 lat kapitalizm zdołał wyrwać ekologię z rąk skrajnej lewicy. Kapitał zaczął eksplorować również tę dziedzinę życia i szybko doszedł do wniosku, że baterie słoneczne czy energetyka wiatrowa też mogą być świetnym interesem. To napawa nadzieją. Biznes i kapitał ze swej natury cechuje bowiem jedna fundamentalna cecha: pragmatyzm. I to właśnie on może wyprowadzić ekologię z kłopotów, w których się dziś znalazła. Pragmatyzm inwestorów wymusi na przykład dywersyfikację niskoemisyjnych źródeł energii: źródła odnawialne takie jak wiatr czy słońce będą wspomagane przez energetykę atomową, którą będą musieli zaakceptować niechętni jej dotąd ekolodzy. Kapitał nie zechce bowiem stawiać tylko na jeden rodzaj energii. Pragmatyzm świata biznesu wymusi też postęp w poszukiwaniu i wprowadzaniu w życie nowych zielonych technologii (energooszczędność, oczyszczalnie). Sam wolny rynek oczywiście nie wystarczy. Państwo – działając pragmatycznie – musi interweniować wszędzie tam, gdzie żaden z wolnych rynkowych graczy nie ma interesu w perspektywie długoterminowej. Takie pragmatyczne nastawienie do ekologii może sprawić, że zielone hasła będą realizowane wprawdzie wolniej, ale przynajmniej konsekwentnie.

Na razie nie widać jednak, by państwa chciały iść tą drogą. Kraje bogatego Zachodu, które przez ostatnie kilkanaście lat były głównymi propopagatorami znośniejszych dla środowiska modeli gospodarczych, są dziś na rozdrożu. W warunkach głębokiej recesji, w której tkwią Stany Zjednoczone i większa część Europy, ekologia w naturalny sposób przesunęła się na dalsze miejsca na liście politycznych priorytetów. Prezydent Stanów Zjednoczonych Barack Obama, który wprowadzając się do Białego Domu zapowiadał, że zrobi z USA bardziej zieloną gospodarkę, musiał porzucić te plany. Z powodu ostrego spowolnienia i bezprecedensowo wysokiego bezrobocia znalazł się pod ogromną presją opinii publicznej, która domaga się powrotu na ścieżkę wzrostu niezależnie od kosztów, również ekologicznych. W podobnej sytuacji znajduje się wielu europejskich liderów. Jeszcze kilka lat temu większość z nich – niezależnie od barw politycznych – była zielona. Modne było licytowanie się, kto szybciej zredukuje emisję CO2 do atmosfery i wprowadzi bardziej skuteczny system karania gałęzi przemysłu zatruwających środowisko. Tamte czasy minęły. Politycy nie wycofują się jak na razie ze złożonych obietnic, ale wyraźnie widać, że brakuje zapału do ich pełnego wcielenia w życie.

Oprócz recesji do schyłku zielonych idei bardzo przyczyniło się fiasko kopenhaskiego szczytu klimatycznego. W grudniu 2009 roku przywódcy UE, USA i Chin nie zdołali wypracować zadowalającego kompromisu, który zastąpiłby wygasający i nieprzestrzegany protokół z Kioto (zobowiązujący państwa do redukcji swoich emisji – red). Kopenhaskie niepowodzenie jest o tyle fundamentalne, że jego przyczyny leżą w światowej geopolityce i zróżnicowanej strukturze dostępu do surowców naturalnych. Są więc w krótkim okresie praktycznie nieusuwalne. Europa naiwnie oczekiwała, że USA i Chiny pójdą zaproponowaną przez nią drogą szybkiego przestawiania się na niskoemisyjną, ale drogą energetykę. Bardzo się jednak przeliczyła. Trudno się łudzić, że np. kraje, których gospodarki opierają się na ropie naftowej (nie mówiąc już o jej eksporterach) uznają, iż w ich interesie leży szybka zielona rewolucja. Ten stan rzeczy raczej się nie zmieni. Weźmy na przykład Chiny. Legitymacja tamtejszych władz opiera się całkowicie na kontynuowanym od lat szybkim wzroście gospodarczym. Gdyby partia komunistyczna zdecydowała się na wcielenie w życie proponowanych przez Europę rozwiązań ekologicznych, automatycznie podcięłaby wzrost. To zaowocowałoby zwiększeniem bezrobocia oraz pogorszeniem jakości życia, co na wczesnym etapie rozwoju jest dla obywateli bardzo odczuwalne. Pekin sam zaciągałby pętlę na własnej szyi. Niższy wzrost w imię ekologii byłby może do przełknięcia w demokratycznej Europie, gdzie napięcia można rozładowywać przez wybory, ale nie w monopartyjnych Chinach. Tu równałby się politycznej destabilizacji, która mogłaby zagrozić całemu systemowi władzy.

Czy ekologiczne hasła i projekty trzeba w takiej sytuacji schować na dno jakiejś głębokiej szuflady w oczekiwaniu na poprawę koniunktury i czas, gdy świat będzie stać na zielone fanaberie? Oczywiście nie. Zagrożenia wynikające z globalnego ocieplenia i zatrucia środowiska przez działalność człowieka są prawdziwe. W najbliższych latach będziemy świadkami zaostrzających się konfliktów o dostęp do wody pitnej czy rzadkich minerałów. Bogate kraje staną wobec problemu absorbowania rosnących szeregów uchodźców klimatycznych, szukających miejsca, by się osiedlić, gdy zniszczone zostaną ich ekosystemy. Te napięcia nie znikną tylko dlatego, że rosną szeregi klimatycznych negacjonistów, którzy uważają, że można dotychczasową politykę gospodarczą nieliczącą się z kosztami ekologicznymi. Będzie trzeba się z nimi zmierzyć. Odsuwanie od siebie tych myśli jest zwyczajną ucieczką.