Co mówią nam ostatnie zawirowania na rynkach: decyzja Narodowego Banku Szwajcarii o osłabieniu franka, i na giełdach? Po pierwsze pogrążone w długach gospodarki Zachodu nadal są bardzo słabe. Po drugie inwestorzy nie uwierzyli w to, że politycy skutecznie rozprawią się z kryzysem. I po trzecie w niespokojnych czasach niewielu decyduje się na podjęcie długoterminowego ryzyka, więc w cenie cały czas są złoto i obligacje.

>>> Czytaj też: Rynek jest bezwzględny - Grecja zbankrutuje na 91 proc.

Wielu z nas zadaje sobie w tej sytuacji pytanie, czy Zachodowi grozi druga fala kryzysu. Moja odpowiedź brzmi „nie”. Nie skończyła się jeszcze pierwsza fala. Ciesząca się uznaniem amerykańska organizacja National Bureau of Economic Research definiuje recesję jako „znaczący spadek aktywności gospodarczej rozprzestrzeniający się na całą gospodarkę i trwający dłużej niż kilka miesięcy”.

Ta definicja skupia się na zmianie poziomu produkcji, a nie poziomie jako takim. W normalnych warunkach ma to sens. Ale ta recesja nie jest zwykła. Kiedy w gospodarce zdarzają się tak gwałtowne spadki, jak to było w najgorszym momencie krachu (spadek PKB wahał się od 3,9 proc. we Francji do 9,9 proc. w Japonii), wzrost, który nie jest w stanie przywrócić produkcji do poziomu sprzed kryzysu, nie jest prawdziwym ozdrowieniem. Szczególnie jeśli bezrobocie pozostaje wysokie (zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych), a wolne moce produkcyjne pozostają większe niż zwykle.

Głębokość kryzysu i słabość poprawy są zarówno skutkiem, jak i przyczyną trwającej niepewności ekonomicznej. Są rezultatem, bo nadmierny dług sektora prywatnego współgra z niskimi cenami aktywów, obniżając popyt. Są przyczyną, ponieważ im niższy jest oczekiwany wzrost popytu, tym mniejsza chęć przedsiębiorstw do inwestowania, a banków do udzielania kredytów. Tak wygląda gospodarka, której brakuje „prędkości ucieczki”, co wiąże się z ryzykiem ponownego spadku.

Na to nakłada się jeszcze słabość polityków. Ani w Stanach Zjednoczonych, ani w strefie euro szefowie państw nie kontrolują sytuacji – zarówno Barack Obama, jak i Angela Merkel wydają się więcej niż biernymi świadkami rozgrywających się wydarzeń. Obama chce być prezydentem kraju, który nie istnieje. W jego wyobrażeniu Ameryka to państwo, w którym politycy zapominają o sporach i upajają się dwupartyjną harmonią. W rzeczywistości ma republikańską opozycję, która wolałaby upadek kraju niż sukces demokratycznego prezydenta. Podobnie Angela Merkel. Poszukuje nieistniejącego kompromisu między pragnieniem Niemiec do zdyscyplinowania krajów Południa a ich niezdolnością do przestrzegania jakiejkolwiek dyscypliny. Uświadomienie sobie tego, że ani USA, ani strefa euro nie mogą stworzyć warunków do szybkiego przywrócenia wzrostu, jest doprawdy przerażające.

To prowadzi nas do trzeciego punktu: mrocznych skutków rosnącej niechęci do ryzyka na tle ekonomicznej słabości. Oprocentowanie 10-letnich obligacji USA i Niemiec spadło do poziomu ok. 2 proc., a tyle wynosiła w 1997 roku rentowność japońskich papierów, gdy kraj ten rozpoczynał straconą dekadę. Czy Waszyngton i Berlin również czeka deflacja? To wydaje mi się bardziej prawdopodobne niż zagrożenie hiperinflacją, której tak strasznie boją się ekonomiści zapatrzeni w deficyt fiskalny i bilans banków centralnych.

>>> Czytaj też: Recesja staje się faktem: gospodarki Zachodu zatrzymują się w miejscu

Czy rynki unikną krachu? To będzie zależało od tego, kiedy i jak skończy się recesja. Nouriel Rubini, znany również jako Doktor Zagłada, otwarcie przepowiada upadek. – Zegar stanął – mamroczą inni. Mają rację co do tego, że większość barier zniknęła: stopy procentowe są niskie, deficyty budżetowe ogromne, zaś strefa euro przeżywa wielki kryzys, również instytucjonalny. Ryzyko spirali – wiodącej od złych początków przez błędy polityki i panikę z powrotem do złych początków – jest duże i zapowiada dalszą recesję.

Jednak nie wszystko stracone. W szczególności USA i Niemcy nadal mają znaczne pole fiskalnego manewru – i powinny go wykorzystać. Niestety rządy, które mogą wydawać więcej, nie chcą tego robić, a te, które chcą wydawać więcej, nie mają takiej możliwości. Ponadto banki centralne jeszcze nie wykorzystały całej amunicji. One też powinny mieć odwagę jej użyć. Znacznie więcej można też zrobić dla przyspieszenia delewarowania sektora prywatnego i wzmocnienia systemu finansowego.

Kolejny spadek na pewno doprowadzi do katastrofy. Kluczowe jest nie rozpatrywać tak niebezpiecznej sytuacji w granicach konwencjonalnego myślenia.