Chciała zrównoważyć relacje ze Stanami Zjednoczonymi i z Chinami, ograniczając nadmierną zależność od pierwszego z tych krajów i dążąc do poprawy napiętych stosunków z drugim. Używając słów Yukio Hatohamy, ówczesnego premiera, Japonia miała na nowo odkryć Azję jako swój „podstawowy obszar istnienia”.

Dziś ta wizja le gła w gruzach. Stało się to jeszcze bardziej oczywiste w tym tygodniu, kiedy po kolejnym zaognieniu napięć chińsko-japońskich Tokio wymieniło swojego ambasadora w Pekinie. W miastach chińskich wybuchły protesty antyjapońskie, kiedy odżyła wojna na słowa w sprawie administrowanych przez Japonię wysp Senkaku, nazywanych przez Chiny Diaoyu.

Japońskiej rządzącej Partii Demokratycznej nie udało się nawiązać bliższych relacji z Chinami. Relacje ze Stanami Zjednoczonymi, najważniejszym sojusznikiem, są bliskie dna po latach żółwich negocjacji w sprawie amerykańskich baz wojskowych. Japonia wymienia swojego ambasadora nie tylko w Pekinie. Wysyła również nowych dyplomatów do Waszyngtonu i Seulu, w tym ostatnim przypadku po podobnym sporze terytorialnym z Koreą Południową.

Istnieją oczywiste powody dla wciąż bolesnych relacji Tokio z Azją, której dużą część Japonia próbowała podbić 70 lat temu. Spory terytorialne, spory dotyczące podręczników historii, pomników wojennych, praw do połowu ryb i zasobów ropy naftowej to tylko niektóre z wielu. U podłoża tego wszystkiego leży postępowanie Japończyków w czasie wojny i ich niezdolność do wyrażenia skruchy.

Jednak źródła japońskich problemów z Chinami i ogólnie z Azją sięgają dalej niż do czasów II wojny światowej. Z tej racji są one jeszcze trudniejsze do rozwiązania. W 1885 r. w japońskiej gazecie ukazał się anonimowy artykuł redakcyjny zatytułowany „Opuścić Azję”. Za jego autora uważa się Yukichi Fukuzawę, byłego samuraja, który stał się potem zwolennikiem modernizacji i który widnieje na banknocie o nominale 10 tys. jenów. Artykuł opowiadał się za odrzuceniem sinocentrycznego widzenia świata i przyjęciem zachodniej wiedzy. Japończycy naśladowali Zachód we wszystkim, w tym w praktyce najeżdżania innych krajów. Rezultaty były mordercze i tragiczne. Po II wojnie światowej Japonia pozostała w obozie zachodnim. Po początkowym okresie okupacji amerykańskiej już na zawsze znalazła się w pozycji klienta wobec Waszyngtonu.

Dziesiątki milionów Japończyków doskonale wiedzą, co Japonia wyprawiała w czasie wojny. Wielu japońskich wojskowych z odwagą mówiło o popełnianych zbrodniach. Japonia przy niezliczonych okazjach przepraszała za swoje postępowanie. Jednak z kilku powodów nie udało się jej rozwiązać problemu historii tak dobrze, jak to zrobiły Niemcy. Jednym z nich jest fakt, że cesarz, w imieniu którego prowadzono wojnę, zachował tron. Innym jest popadnięcie po wojnie Azji w zimnowojenny paraliż. Istniały małe szanse na pojednanie poprzez istniejące podziały ideologiczne. Kiedy zimna wojna dobiegała końca, zaczęto znowu zadawać nieprzyjemne pytania historyczne.

Spór o wyspy Senkaku sięga początków japońskiego kolonializmu. Japonia dokonała rekonesansu na wyspach Senkaku w 1885 r. Twierdząc, że nic nie wskazuje na to, aby wyspy te znajdowały się pod czyimś panowaniem, dołączyła je do swojego terytorium w 1895 r. Pekin odpowiada, że wyspy pojawiały się na mapach Chin od XVI w.

Z dobrze wiadomych powodów Pekinowi na rękę jest podtrzymywanie historycznych waśni. Legitymacja partii komunistycznej wynika po części z roli, jaką odegrała w walce z japońskimi najeźdźcami.

Pekin postrzega również Japonię jako wskaźnik potęgi Stanów Zjednoczonych na Pacyfiku. Bezludne wyspy Senkaku mogą stać się elementem szerszej strategicznej konfrontacji między rosnącymi w siłę Chinami a Ameryką.

Trudno dostrzec, jak mogłyby wygasnąć te tarcia. Jedynym długofalowym rozwiązaniem byłaby jakiegoś rodzaju azjatycka wspólnota na wzór Unii Europejskiej, która instytucjonalnie powiązałaby dawnych wrogów. Szanse, aby taki projekt mógł zostać uruchomiony w nadchodzących latach, a nawet dekadach, są jednak równe zeru. Opuściwszy Azję 150 lat temu, Japonia przekonuje się, że nie ma łatwej drogi powrotu.