Obroty są niskie i na giełdzie w Rydze, i w Tallinie, i w Warszawie, gdzie w tym roku od stycznia do września kupiono i sprzedano akcje za niemal 30 proc. mniej niż w analogicznym okresie w 2011 r. Nie inaczej jest też w przypadku giełdy największego kraju w tym regionie – czyli rosyjskiej.

Niskie obroty powodują, że indeksy wymienionych giełd nie mogą się wyrwać z marazmu. Podczas gdy indeks amerykański jest powyżej szczytów z 2007 r., podobnie jak np. turecki, wskaźniki polski i rosyjski nie wyszły nawet ponad poziomy osiągnięte na początku tego roku.

W przypadku rosyjskiej giełdy jest to skutek złych doświadczeń roku 2008. Podczas trwającego wiele miesięcy krachu na giełdach inwestorzy mieli problemy z wycofywaniem pieniędzy z tamtejszego rynku akcji.

Eksperci są jednak zgodni, że dla moskiewskiego parkietu pojawiła się wielka szansa na przełamanie tego impasu. Portal Investment Europe donosi, że zmieniło się rosyjskie prawo, które do niedawna nie pozwalało tworzyć lokalnym firmom funduszy ETF. Są to fundusze inwestycyjne notowane na giełdzie, które odwzorowują zachowanie danego indeksu. Ich wielką zaletą są nie tylko niskie koszty zarządzania, lecz także to, że wejście i wyjście z inwestycji jest bardzo płynne, tak łatwe, jak w przypadku największych spółek. Investment Europe podkreśla, że rosyjskie ETF będą mogły być notowane na giełdach całego świata. A to daje wielką szansę na znaczący wzrost zainteresowania zagranicznych inwestorów akcjami notowanymi w Moskwie.

Problem w tym, że rosyjskie firmy inwestycyjne i domy maklerskie, które stworzą i wypuszczą na rynek tego rodzaju fundusze, będą musiały zmierzyć się z konkurencją ze strony już istniejących produktów. Chodzi o Market Vectors Russia ETF, SPDR S&P Russia oraz iShares MSCI Capped Index Fund.

Jednak według ekspertów rosyjskie firmy będą mieć znaczącą przewagę nad tymi operującymi z zachodnich finansowych city. Po prostu ci, którzy działają lokalnie, zawsze większość czynności wykonują łatwiej i szybciej. Znają specyfikę rynku – jak to się ładnie mówi. Ten handicap ma być widoczny w jakości świadczonych inwestorom usług także w ramach oferowania funduszy ETF.

Na koniec można tylko westchnąć: jaka szkoda, że polskie instytucje finansowe nie kwapią się do tworzenia funduszy ETF. A mają taką możliwość od 2004 r. Pytanie, czy boją się porażki, czy sukcesu. W stworzenie takiego produktu trzeba by zainwestować więcej niż w uruchomienie kolejnego zwyczajnego funduszu akcji. Nie wiadomo, jakim powodzeniem by się cieszył wśród inwestorów. A jeśli byłby rynkowym sukcesem, to czy przypadkiem przychody z zarządzania – z których żyją krajowe TFI – by nie spadły? W końcu ETF pobierają w skali roku tylko około 0,5 proc. wartości aktywów, a normalne fundusze akcji średnio 3,7 proc.