Nie tak dawno minister gospodarki György Matolcsy ogłosił, że kryzys na Węgrzech już się skończył. Odetchnął pan z ulgą?

Kryzys ciągle trwa, a jedną z tego przyczyn jest niestety polityka gospodarcza Viktora Orbana. Oceniam ją krytycznie, chociaż wiem, że rząd nie ponosi całej winy, bo trudności pojawiły się, zanim Fidesz przejął władzę.

Orban próbował zainicjować działania prowzrostowe już w 2010 r.

Problem polityki gospodarczej rządu polega na tym, że poszczególne elementy są często prawidłowe, natomiast w połączeniu i na tle kontekstu międzynarodowego okazują się nieskuteczne. Orban już na początku kadencji zaczął wprowadzać politykę pobudzania wzrostu za pomocą wydatków rządowych zgodnie z wytycznymi klasycznej ekonomii. Jednak w tym samym czasie wybuchł kryzys grecki i dla krajów Unii Europejskiej najważniejsze stało się utrzymanie deficytów budżetowych na niskim poziomie. Polityka prowzrostowa, która zakładała podwyższenie deficytu aż do 7 proc. PKB, okazała się w tamtym czasie niewykonalna.

Mimo to rząd zamiast skoncentrować się na neutralizowaniu skutków załamania globalnego i rozwiązywaniu strukturalnych problemów węgierskiej gospodarki uznał, że nie zmieni swojej strategii i zaczął ją wprowadzał w życie tylnymi drzwiami. Stąd likwidacja prywatnego sektora emerytalnego oraz nałożenie podatków antykryzysowych na banki i telekomy. Owszem te działania okazały się skuteczne w perspektywie krótkoterminowej, bo uzyskano dodatkowe środki budżetowe, ale wcale nie przyczyniły się do pobudzenia wzrostu. Dlaczego? Bo rynki uznały, że swoimi nieortodoksyjnymi metodami rząd nadwyrężył wiarygodność kraju i ograniczyły akcje kredytowe dla węgierskich firm. Dlatego uważam, że kierunek polityki gospodarczej rządu od początku jest zły. Orban zaraz po wygraniu wyborów powinien uczciwie powiedzieć społeczeństwu: to ci szaleni socjaliści wydali wasze pieniądze i obiecuję wam, że niedługo wyjdziemy na prostą. Ale jeszcze przez jakiś czas musimy oszczędzać.

Dlaczego taka deklaracja nie padła?

Na początku kadencji minister Matolcsy mówił: „Nasi obywatele nie wytrzymaliby dalszych oszczędności. Nie mogą ciągle zaciskać pasa”. Rząd długo w to wierzył i chyba rzeczywiście nie chciał nakładać żadnych danin na społeczeństwo. Ostatecznie płacą zwykli Węgrzy.

Jak pan ocenia zerwanie rozmów z Międzynarodowym Funduszem Walutowym i UE latem 2010 r.?

Zwolennicy rządu przekonują, że porozumienie z MFW i UE nie przyczyniłoby się do pobudzenia wzrostu, bo te organizacje zainteresowane są głównie ograniczaniem wydatków. To fałszywa argumentacja. Proszę pamiętać, że w ekonomii chodzi nie tylko o to, aby w tabelach zgadzały się wszystkie wyliczenia. Coraz więcej zależy od czynnika psychologicznego. Od wiarygodności.

Ale rząd zaczął w końcu ciąć?

Węgry dokonują obecnie głębokich i bolesnych cięć budżetowych, jakich oczekiwałby od nich MFW, jednak nie przekłada się to na wzrost zaufania na arenie międzynarodowej i rynkach finansowych. Do tego potrzebna jest umowa z MFW, który nie tylko zapewnia nowe kredyty, ale także wystawia certyfikat wiarygodności i mówi inwestorom: tutaj warto prowadzić biznes. Węgierska gospodarka znana jest z tzw. podwójnej struktury. Z jednej strony mamy duże firmy o kapitale międzynarodowym, które produkują ok. 80 proc. naszego eksportu. Ich bieżąca polityka zależy jednak od kondycji globalnej, a nie działań władz centralnych. Dlatego, chociaż rząd Orbana nałożył na nie wysokie podatki kryzysowe, żadna z nich nie opuściła kraju. Z drugiej strony naszą gospodarkę buduje mała i średnia rodzima przedsiębiorczość. Rząd zliberalizował rynek pracy, co zresztą uważam za jego największe osiągnięcie. Zmiany podatkowe udały mu się połowicznie. Ale obawiam się, że to wszystko i tak za mało. Problem firm polega na tym, że ze względu na złą reputację kraju mają utrudniony dostęp do preferencyjnych pożyczek na nową działalność.

Czy rząd jest w ogóle zainteresowany zakończeniem rozmów z MFW?

Obawiam się, że dziś nikt tego nie wie. Mogę się domyślać, że rząd będzie przedłużał negocjacje tak długo, jak to tylko możliwe.Wiosną 2014 r. odbędą się u nas wybory parlamentarne. Wydaje mi się, że Fidesz będzie dążył do budowania swojej kampanii na przesłaniu: nie daliśmy się MFW i UE, obroniliśmy suwerenność gospodarczą i polityczną kraju. A po wyborach, które – szczególnie po ostatnich zmianach w prawie wyborczym – najpewniej i tak wygra partia Orbana, będzie można rozpocząć nowy rozdział w negocjacjach i być może wtedy uda się je szybko zakończyć. Znam Orbána oraz wielu członków obecnego gabinetu i wiem, że byliby do tego zdolni, bo ich prywatne poglądy wcale nie są tak antyeuropejskie, jakby się mogło wydawać.

Orban w Budapeszcie mówi o kolonizowaniu kraju przez UE. Ale później jedzie do Brukseli, gdzie podpisuje pakt fiskalny, przyjmuje bez zastrzeżeń uwagi Komisji Europejskiej do ustawy medialnej i wymienia uściski z Barroso i Merkel.

Orban to bardzo utalentowany polityk. Poznaliśmy się w latach 80., później byłem ministrem w jego pierwszym rządzie. On dobrze wie o moich zastrzeżeniach dotyczących działań jego obecnego gabinetu. Nie jest ekonomistą, ale myślę, że rozumie mechanizmy rządzące gospodarką znacznie lepiej niż wielu jego poprzedników. Tym bardziej dziwię się, że w jego polityce gospodarczej jest tak dużo polityki i tak mało ekonomii.

Może Orban ma rację, kiedy mówi, że Bruksela gra z Węgrami nie fair? Zamrożenie środków z polityki spójności pokazało, że UE używa podwójnych standardów wobec różnych krajów.

Oczywiście, że Orban ma rację. Ale to kwestia zaufania. Jeśli potrafisz zbudować z kimś dobre relacje, to zwykle jego decyzje są dla ciebie korzystniejsze. Jeśli permanentnie kogoś krytykujesz i nie umiesz się z nim dogadać – nie dziw się, że nic nie możesz osiągnąć.

Jaki będzie finał gospodarczych eksperymentów Orbana? Z jednej strony słyszymy, że kryzys już się skończył. Z drugiej zaś niektórzy przekonują, że Węgry są jak linie lotnicze Malév i za chwilę zbankrutują.

Węgrom grozi coś znacznie poważniejszego niż bankructwo, które przynajmniej pozwoliłoby odrzucić cały negatywny bagaż minionych lat i zacząć wszystko od nowa. Największym niebezpieczeństwem jest trwanie w obecnym kształcie.

Attila Chikan, były minister gospodarki w pierwszym rządzie Viktora Orbana. Ekonomista i działacz polityczny. Rektor Uniwersytetu Macieja Korwina w Budapeszcie (2000–2003), gdzie pracuje do dziś. Założyciel i dyrektor Instytutu Studiów Zaawansowanych im. László Rajka, który w latach 80. był ośrodkiem opozycji antykomunistycznej, a po 1989 r. stał się kuźnią elit węgierskiego życia publicznego.