W ostatnim czasie na tapecie znalazł się nawet aspekt psychologiczny. Pan Prezydent na przykład w jednym z wywiadów stwierdził, że „w ludzkich odczuciach, szczególnie tych młodszych Polaków, którzy tylko w systemie OFE funkcjonowali, jest poczucie, że są poniekąd właścicielami tych pieniędzy, podczas gdy z punktu widzenia prawa tak nie jest. Ale takie wrażenie zostało zbudowane i ono też stanowi pewną wartość, więc ja dlatego konsekwentnie opowiadam się za prawem wyboru, a nie tylko prawem do decydowania”.

Ja z kolei mam wrażenie, że ta wypowiedź, być może w sposób niezamierzony, obiektywnie jednak dąży do przeniesienia ciężaru dyskusji poza sferę merytoryczną. Oczywiście bardzo ważne dla polityków jest to, co myślą sami zainteresowani, a raczej, jakie są ich odczucia – ma to wymierne przełożenie na słupki w sondażach i w rezultacie także na wynik wyborów – ale decyzja w tej tak doniosłej sprawie nie może brać pod uwagę aspektów psychologicznych. Nie to bowiem kryterium powinno decydować o ocenie funkcjonującego obecnie systemu i koniecznych jego zmianach.

Jeśli się twierdzi, że z punktu widzenia prawa nie jest tak, by osoby objęte OFE były „właścicielami tych pieniędzy”, to prawnikowi musi nasunąć się pytanie o istotę stosunku prawnego pomiędzy ubezpieczonym, ubezpieczycielem i państwem jako gwarantem całego systemu ubezpieczeń emerytalnych. I nie wyobrażam sobie, by ważne decyzje co do przyszłości komponentu kapitałowego mogły zapaść bez wyłożenia w sposób przejrzysty całościowej wizji tego systemu – wizji opartej także na analizie prawnej poprzedzającej zdefiniowanie poszczególnych elementów tego systemu.

Osobiście cieszę się, że dziś już nikt nie mówi, iż składka emerytalna, podlegająca przymusowemu ściągnięciu, jest swoistym quasi-podatkiem, a jeszcze dwa lata temu posługiwano się tym pojęciem nagminnie. Wprowadzenie go do dyskursu miało za cel usprawiedliwienie dużego stopnia woluntaryzmu w dysponowaniu należnością ze składki. Jeśli podatek jest świadczeniem o nieokreślonym konkretnie celu, byle był wydany zgodnie z dyspozycją ustawy budżetowej, to quasi- -podatek jest czymś podobnym: możemy nim prawie dowolnie dysponować. W PR L dochody ze składek często przewyższały wydatki na emerytury – rządzący sięgali tam bez ograniczeń i ta tęsknota, jak widać, pozostała, mimo że od początku lat 90. mamy do czynienia z sytuacją odwrotną: masowe ułatwienia w przechodzeniu na emeryturę, by ukryć rosnące w tamtym czasie bezrobocie, musiały zaburzyć relacje pomiędzy liczbą pracujących i utrzymujących się z emerytur i oczywiście istotnie tę relację zaburzyły. Skutki tamtego rozdźwięku przeżywamy do dziś, a pogłębia go niekorzystna sytuacja demograficzna, niemożliwa zresztą do odwrócenia z widocznym rezultatem w ciągu co najmniej dwudziestu lat. Gdyby nawet obecnie w polskich rodzinach zaczęło się rodzić po czworo dzieci, to zapracować one będą mogły na bieżące emerytury swoich dziadków w najlepszym razie dopiero za dwadzieścia lat.

Składka nie może być traktowana jako dochód fiskusa, ponieważ wprost z ustawy wynika, jaki może być jedyny jej cel: emerytura. Państwo, a raczej rząd, staje się w tym przypadku w zasadzie jedynie księgowym systemu emerytalnego i powinno się czynić wszystko, by pomiędzy kwotą indywidualnie uzbieranych składek a wysokością emerytur w konkretnych wypadkach nie było dramatycznego rozdźwięku. Zawsze będzie on obecny w systemie państwowym, bo zawsze będą tacy, którym suma składek zebranych przez nich samych nie wystarczy nawet na najniższe zabezpieczenie – trzeba więc ogolić tych bardziej sumiennych, systematycznie pracujących i przez to gromadzących większe kwoty. To rozumiemy i się na to w większości godzimy, bo w przeciwnym wypadku trzeba by było wyższych kwot z budżetu na pomoc społeczną.

W 1999 r. zdecydowano, że część składki będzie kierowana nie na wypłatę bieżących emerytur, lecz do specjalnych, nadzorowanych przez rząd funduszy kapitałowych, które będą miały za zadanie, inwestując uzyskane ze składki kapitały, zwiększyć kwotę do podziału. Od tego momentu mamy do czynienia z nową jakością w systemie emerytalnym, polegającą na wprowadzeniu do systemu prawa w Polsce na dobrą sprawę po raz pierwszy funduszy powierniczych. Są one podmiotami prywatnymi, które przejęły na siebie ryzyko zarządzania wyodrębnioną częścią składki, kierowaną do tych funduszy za pośrednictwem ZUS, ale nie z ZUS (FUS).

Kiedy Pan Prezydent mówi, że składka w OFE nie jest własnością płacącego składkę przyszłego emeryta, to można się z nim zgodzić, bo w sensie cywilistycznym nie jest, ale z chwilą przekazania jej do OFE przekształciła się w stosunek zobowiązaniowy pomiędzy PTE (OFE) a płacącym składkę – czyli w zobowiązanie, które ma charakter całkowicie prywatnoprawny, a jest wyrażone w jednostkach uczestnictwa w tym funduszu, stanowiąc prawo majątkowe chronione przez naszą konstytucję równie silnie jak własność.

A kto potrafi wykazać, że środki zgromadzone w OFE nie stanowią mienia (majątku) samych OFE? Chciałbym przeczytać przed jakąkolwiek nowelizacją obecnego systemu, że byłoby to możliwe. Musimy to przeczytać, jeśli na poważnie traktujemy ideę państwa prawa w ogóle.