Kilkunasto- czy nawet kilkudziesięcioprocentowe zyski w krótkim czasie, które do czerwoności rozpalają głowy inwestorów, nie są zarezerwowane wyłącznie dla rynku akcji, czy rynków wykorzystujących wysoką dźwignię. Zdarzają się one także na znacznie bardziej spokojnym rynku obligacji Catalyst. W jego niespełna czteroletniej historii zdarzyły się już nawet przypadki podwojenia kapitału w zaledwie kilka miesięcy.

Rok temu można było kupić obligacje producenta napojów Oshee za połowę wartości nominalnej (50 proc., bo cena obligacji wyrażana jest w proc.), ponieważ na podstawie wyników finansowych spółki inwestorzy obstawiali, że nie będzie ona w stanie spłacić obligacji w terminie. Ostatecznie firma zapewniła sobie finansowanie i dwa miesiące później spłaciła papiery dłużne, co dało obligatariuszom nawet 100 proc. zysku brutto. Podobna sytuacja powtarza się niemal rok później z firmą pożyczkową Marka. Ponieważ jej kondycja finansowa pozostawiała wiele do życzenia, inwestorzy uznali, że nie będzie ona w stanie spłacić obligacji, których termin wykupu przypada w lutym 2014 r. W lipcu spółka znalazła inwestorów chętnych do objęcia nowej serii papierów dłużnych, co pozwala na spłatę poprzedniej serii. Tym samym wątpliwości inwestorów ustąpiły, a cena notowanych na Catalyst obligacji w cztery miesiące wzrosła z 50 do 99 proc. wartości nominalnej. Na samym wzroście ceny, nie licząc odsetek, można więc było zarobić nawet 98 proc. brutto (w przypadku zakupu obligacji poniżej wartości nominalnej występuje 19-proc. podatek od dyskonta).

Powyższe przykłady, to oczywiście sytuacje występujące niezwykle rzadko. Natomiast znacznie częściej na ruchach cenowych obligacji w relatywnie krótkim czasie można zarobić od kilku do kilkunastu procent. I tak, na przykład, po tym jak producent tektury i opakowań Sco-Pak porozumiał się z inwestorami w sprawie objęcia nowej emisji (z której środki przeznaczone zostały na spłatę czterech innych serii obligacji), wygasające w sierpniu obligacje przez miesiąc podrożały z 89 do 99 proc., co dało przeszło 11 proc. zysku brutto. Od początku czerwca blisko 17 proc. brutto (taki zysk można było zainkasować już na początku lipca) dały zarobić natomiast wygasające w grudniu tego roku obligacje funduszu BBI Zeneris. Co najmniej kilkanaście (nawet 70 proc. brutto) zarobić można było w drugim i trzecim kwartale na ruchach cenowych obligacji Marvipolu, który trudni się sprzedażą luksusowych aut oraz budową mieszkań.

Intencją autora nie jest nakłanianie do spekulacji, lecz pokazanie, że i na warszawskim rynku długu korporacyjnego nie brakuje okazji do wysokich, acz obarczonych dużym ryzykiem zysków. O tym, że tego typu transakcje nie zawsze muszą kończyć się szczęśliwie, przekonali się ostatnio choćby inwestorzy, którzy kupili papiery deweloperskiej spółki Gant. Wprawdzie na samych ruchach cenowych można było zarobić i 30 proc., ale inwestorzy, którzy nie sprzedali papierów przed terminem wykupu, zostali bez należności głównej, ponieważ spółka nie spłaciła obligacji. Nie jest przy tym przesądzone, że środki te już nie trafią do obligatariuszy, bowiem deweloper prowadzi rozmowy z instytucjami finansowymi w sprawie objęcia nowej emisji, z której środki zostałyby przeznaczone na spłatę niewykupionych dotychczas serii.

Oczywiście, to nie jedyny tego typu przypadek, ponieważ wraz z rozwojem rynku przybywa także emitentów, którzy nie regulują swoich zobowiązań wobec obligatariuszy. Dla przykładu, obligacji w sierpniu nie spłaciła spółka Rodan Systems. W kwietniu można było kupić jej papiery za 78 proc. Przy zakupie po tej cenie oraz terminowymi wykupie stopa zwrotu wyniosłaby przeszło 28 proc. brutto, ale na razie wynosi minus 78 proc. i nie ma pewności, że uda się odzyskać zainwestowane środki. W dużej niepewności pozostają również właściciele obligacji spółki MEW będącej deweloperem i operatorem elektrowni wodnych. Od końca czerwca jej obligacje podrożały o ponad połowę (z 58 do 87,5 proc.), lecz dwa tygodnie później firma poinformowała o złożeniu wniosku o ogłoszenie upadłości likwidacyjnej. Aktualnie obrót jej obligacjami jest zawieszony.

Relatywnie wysokie zyski pozaodsetkowe na Catalyst nie muszą pochodzić wyłącznie ze spekulacyjnych transakcji. Podobnie jak na rynku akcji, zarobić dają także debiuty. Często bowiem wprowadzane do obrotu papiery w pierwszych dniach handlu wyceniane są powyżej wartości nominalnej. Przykładowo inwestorzy, którzy w maju obejmowali obligacje serii L2 windykacyjnej spółki e-Kancelaria, trzy miesiące później mogli sprzedać je w obrocie wtórnym nawet po 105-109 proc. A ponieważ emitent płaci 12 proc. w skali roku, to zysk z samych odsetek wyniósł ok. 3 proc. brutto, do tego zysk ze wzrostu ceny wyniósł od 5 do 9 proc., co daje łącznie nawet 12 proc. (ponad 45 proc. rentowności do wykupu przy sprzedaży 12 sierpnia). Dla równowagi warto dodać, że inna seria obligacji tej spółki zadebiutowała w sierpniu lekko poniżej nominału (99,8 proc.), co przy stałym kuponie na poziomie 10 proc. dało sprzedającemu 9,2 proc. rentowności brutto do wykupu.

Zwykle o udanym debiucie można mówić, jeśli w pierwszych dniach handlu nowe obligacje wyceniane są na rynku wtórnym z premią powyżej 0,5 proc. I tak na przykład obejmowane w czerwcu papiery windykacyjnej spółki Kruk w pierwszej transakcji (26 lipca) wyceniono na 101,5 proc., co przy oprocentowaniu na poziomie 7,24 proc. (WIBOR 3M plus 4,5 p.p.) dało sprzedającemu ok. 24 proc. rentowności brutto.

Inwestorom stroniącym od ryzyka (niechęć do transakcji spekulacyjnych) lub z niewystarczająco grubym portfelem (brak możliwości udziału w ofertach na rynku pierwotnym) wciąż pozostaje klasyczna, a zarazem wciąż najbardziej popularna strategia „kup i trzymaj”. Aby była ona jednak w pełni skuteczna, do „kup i trzymaj” należy dodać także „stale kontroluj wypłacalność emitenta”. Bowiem można trafić na spółki, które nie regulują obligacyjnych zobowiązań w terminie.

>>> Polecamy: Szweda: Przymierzanie rolek na Catalyst