Wydawałoby się, że nie da się pomyśleć uniwersytetu bez filozofii i prawa. Ale kiedyś nie dało się go pomyśleć bez medycyny i co? Wszędzie mamy dziś medycynę na polskich uniwersytetach? Zdaje się, tylko w Krakowie po latach wróciła na swoje miejsce i nie słyszałem, by gdziekolwiek indziej powrót medycyny planowano.

Grzechem niejako pierworodnym okazała się swoista fragmentaryzacja uniwersytetu. Rozumiem doskonale, dlaczego po wojnie utworzono tak wiele odrębnych wyższych szkół ekonomicznych. Chodziło o wąskie kształcenie czy raczej wyedukowanie nowych kadr o wąskich specjalizacjach, aby przypadkiem nie pojawiły się osoby ogarniające całość gospodarki. To było zastrzeżone dla specjalnej grupy dysponującej wiedzą tajemną.

Ekonomia dla prawników z kolei ograniczała się do kilku ogólnikowych tez z ekonomii politycznej. A do czego prawnikom jakaś głębsza znajomość zjawisk ekonomicznych? Rezultaty takiego myślenia sprzed lat zbieramy właśnie teraz, kiedy okazuje się, że w prokuraturach i sądach brak po prostu ludzi, którzy rozumieliby kwestie gospodarcze. Najlepiej więc na początek delikwenta wsadzić i spokojnie czekać na rozwój sytuacji, aby po kilku, a nawet kilkunastu latach sprawę umorzyć, bo nikt już nie wie, jak inaczej można byłoby ją zakończyć.

Jestem w stanie zrozumieć, czemu fragmentaryzacja wiedzy służyła kiedyś, ale nie jestem w stanie pojąć, dlaczego potworzone zostały te wszystkie tzw. uniwersytety przymiotnikowe: ekonomiczne, przyrodnicze, medyczne, muzyczne, rolnicze, techniczne? To kompletne nieporozumienie, wręcz sprzeczność wewnętrzna. Czy naprawdę chodzi o to, by było więcej rektorów, prorektorów, dziekanów? Taką odpowiedź otrzymałem zresztą przed laty od pewnego rektora jednej z lubelskich uczelni. Rektor bierze dodatek rektorski – wyjaśnił mi szczerze ów luminarz nauki...

Krótko mówiąc: uniwersytet to miejsce pracy profesora, ważne są jego miejsce pracy i pensja, a to, co się produkuje w naszym „przedsiębiorstwie”, nie jest już ważne. Są pieniądze do podziału z centrali? To je sami podzielmy, a o zbyt tego, co produkujemy, niech się martwią inni. Jakość musi zejść na plan dalszy, ba – w ogóle nie jest istotna. Nie jest więc ważne, z jakim bagażem wiedzy wyjdzie z uniwersytetu prawnik, dokształci się go ostatecznie później na aplikacji, a tam nikt nie będzie sobie zaprzątał uwagi refleksją nad istotą państwa.

Ale czy da się zrozumieć istotę państwa bez dociekań natury filozoficznej? Moim zdaniem w ogóle to nie jest możliwe bez wykorzystania całego bogactwa myśli ontologicznej i etycznej. Jeśli więc student prawa nie zostanie intelektualnie otworzony na podstawowe kwestie filozoficzne, jeśli nie zbliży się na pewnym etapie edukacji do najważniejszych nurtów refleksji filozoficznej, nie przeczyta ze zrozumieniem w trakcie studiów przynajmniej kilku najważniejszych tekstów z historii filozofii – nigdy już do tej literatury nie sięgnie. Wykopany pomiędzy nim a światem refleksji filozoficznej rów z czasem będzie się tylko pogłębiał. Pozostanie zawodowym wyrobnikiem posługującym się nawet sprawnie wyuczonymi formułkami, ale bez możliwości samodzielnego analizowania najważniejszych problemów prawnych.

Czyżby na Uniwersytecie Białostockim tak właśnie wyobrażano sobie swego absolwenta?

>>> Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego zapowiada mnóstwo programów i które pozwolą firmom i ośrodkom badawczym wspólne ubieganie się o pomoc finansową w badaniach. Pieniędzy na naukę ma być więcej, część z nich przejdzie przez biznes