Orbán buduje drugi Singapur. Czy Węgry staną się europejskim tygrysem?

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
5 września 2014, 13:05
Z krajów, na których dokonania powołuje się węgierski premier, budując swoją wizję wspólnoty narodowej i gospodarczej, tylko Singapur ma porównywalną wielkość i skalę problemów. Orbánowskiemu planowi brakuje jednak najważniejszej podstawy – solidnego oparcia w tradycyjnym wzorze myślenia, jakie mieli autorzy sukcesu azjatyckiego tygrysa.

Prowadzący nieortodoksyjną politykę, jak sam ją nazywa, węgierski premier Viktor Orbán nie daje o sobie zapomnieć. Unijne sankcje wymierzone w Rosję nazywa strzałem w stopę. Nie jest entuzjastą zwiększonej aktywności NATO w naszym regionie, a z rosyjskim prezydentem Władimirem Putinem robi wielkie interesy, czego dowodem są opiewający na 10 mld euro kontrakt na rozbudowę starej, poradzieckiej elektrowni atomowej w Paks i wsparcie dla forsowanego przez Rosjan projektu Gazociągu Południowego (South Stream) pod Morzem Czarnym, mocno kontestowanego przez UE i większość jej państw członkowskich.

>>> Czytaj też: Viktor Orban - kontrowersyjny przywódca, który przywrócił Węgrom narodową dumę

Punkty odniesienia

Najszerszym echem – zresztą słusznie – odbiła się jednak jego wypowiedź z końca lipca, gdy podczas dorocznego spotkania z młodzieżą należącą do węgierskiej mniejszości w rumuńskim uzdrowisku Baie Tusnad (Tusnádfürdö) publicznie pożegnał liberalną demokrację i państwo dobrobytu, opowiadając się za systemem „nieliberalnym”. Po raz kolejny uznał, że borykający się od 2008 r. z potężnym kryzysem Zachód (rozumiany głównie jako USA i UE) jest w historycznym odwrocie. Zdaniem Orbána wzorców i punktów odniesienia należy szukać w Chinach, Indiach, Rosji, Turcji czy Singapurze.

Nieco później, w połowie sierpnia, Orbán nawiązał do głośnych na Węgrzech słów pierwszego demokratycznego premiera Józsefa Antalla, który naigrywał się z bardziej radykalnej opozycji (m.in. z Orbána), mówiąc, że marzy im się rewolucja. Miała ona być całkowicie sprzeczna z programem i ideałami niezwykle ostrożnego konserwatywnego liberała, jakim był Antall. Teraz Orbán mówi wprost: „tak, ośmieliliśmy się przeprowadzić na Węgrzech rewolucję”. Nie jest to już rewolucja przy urnach wyborczych, o jakiej mówiono po jego pierwszym walnym zwycięstwie wyborczym wiosną 2010 r., lecz rewolucja prawdziwa: polityczna, ekonomiczna i socjalna.

Z rożnych wypowiedzi węgierskiego premiera, z których tylko część dociera do zagranicznych odbiorców, wynika jasno, co odrzuca i czego chce. Neguje zaproponowany po 1990 r. przez ówczesnego hegemona – USA konsensus waszyngtoński, a wraz z nim nadmierną liberalizację, prywatyzację czy dominację rynku. Opowiada się za centralizacją, nacjonalizacją i etatyzacją – i konsekwentnie wprowadza je w życie. Nie kryje też, że nadrzędną dla niego wartością jest skuteczność rządów. To z niej ma wynikać to, że pięć państw, na których osiągnięcia się powołuje, legitymuje się w ostatnich latach największym wzrostem i godnymi pozazdroszczenia gospodarczymi sukcesami.

>>> Czytaj więcej...

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: obserwatorfinansowy.pl
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj