To nie jest efekt emigracji, rozrostu biurokracji, czy przypadkowych zaburzeń danych – jak twierdzą pesymiści. Poprawa sytuacji na rynku pracy w Polsce jest autentyczna, widoczna w wielu wskaźnikach i spowodowana głównie rosnącym popytem na pracę wśród przedsiębiorstw prywatnych. Wskaźniki nastrojów konsumentów pokazują, że ludzie to odczuwają. Co nie oznacza naturalnie, że wszystko jest w normie – polski rynek potrzebuje jeszcze wielu zmian i wielu lat zanim będzie można powiedzieć, że jest nieźle.
Konsumenci zadowoleni z życia

Na początku 2014 r. mało kto brał pod uwagę, że bezrobocie rejestrowane w Polsce na koniec roku może zbliżyć się do 12 proc. Tymczasem ono spadło do 11,5 proc. W ostatnich 18 miesiącach średni spadek stopy bezrobocia (po odjęciu czynników sezonowych) wyniósł 0,15 pkt proc. miesięcznie. Stopa bezrobocia mierzona metodą badań ankietowych wynosi już tylko 8 proc. Do rekordowych 6,9 proc. brakuje nam zatem tylko kilku miesięcy. Rynek pracy bardzo powoli zaczyna zmieniać się z rynku pracodawcy w rynek pracownika. Jeszcze nie jesteśmy w tym momencie, ale gdzieś w okolicach 7-8 proc. znajduje się poziom bezrobocia, poniżej którego pracownicy zyskują na tyle silną pozycję przetargową, że są w stanie wynegocjować solidny wzrost wynagrodzeń.

Dane ankietowe z całej gospodarki pokazują, że zatrudnienie rośnie w tempie 2 proc., dane z sektora przedsiębiorstw (który GUS definiuje jako firmy niefinansowe zatrudniające powyżej 9 osób) pokazują wzrost o 1,2 proc. Wbrew stereotypowym opiniom, to nie biurokracja odpowiada za popyt na pracę. Dane ankietowe pokazują, że w sektorze publicznym zatrudnienie jest stabilne, a za całość wzrostu odpowiada sektor prywatny. Rosnący popyt na pracę potwierdzają też indeksy koniunktury. Subindeks zatrudnienia w indeksie PMI znalazł się w lutym na drugim najwyższym poziomie w historii. Wskaźnik prognoz zatrudnienia publikowany co kwartał przez NBP wzrósł na początku 2015 r. do najwyższego poziomu od 2008 r. Naprawdę trudno stawiać tezę – co niektórzy czynią – że popraw na rynku pracy to jakaś efemeryda, chwilowe wahnięcie danych, zjawisko statystyczne nie mające odzwierciedlenia w rzeczywistości.

Konsumenci też czują co się dzieje. Indeks nastrojów konsumentów GUS jest na poziomie zbieżnym ze szczytem ekspansji gospodarczej. W badaniach CBOS na pytanie: „czy Twojej rodzinie żyje się dobrze?” w grudniu 2014 r. po raz pierwszy w najnowszej historii Polski więcej niż 50 proc. osób odpowiedziało tak. Co ciekawe, ten wskaźnik (odsetek odpowiedzi „tak” na wspomniane pytanie) miał w ostatnim ćwierćwieczu trzy fale wzrostu: pierwsza w latach 1993-1997, kiedy gospodarka bardzo silnie odbijała się z post-transformacyjnego dołka; druga w latach 2005-2008, kiedy gospodarka odczuwała pozytywne efekty przystąpienia do UE; i trzecia od roku 2013 do dziś. Ewidentnie w gospodarce dzieje się coś, co sprawia, że nastroje ludności są lepsze.

Praca dla wykwalifikowanych

Skąd wzięła się poprawa sytuacji na rynku pracy? Z poprawy prognoz gospodarczych i nastrojów wśród przedsiębiorstw. Firmy zatrudniają wtedy, kiedy są przekonane, że perspektywy ich rozwoju znacząco się poprawiają. Dlatego dynamika zatrudnienia i zmiany bezrobocia są tak mocno skorelowane z inwestycjami – nakłady na środki trwałe to również funkcja oczekiwań dotyczących trwałości koniunktury. A inwestycje rosły w ostatnim roku w tempie 9-10 proc. Na razie są to głównie inwestycje w renowację istniejącego majątku wytwórczego, poważniejszych projektów rozwojowych wciąż brakuje. I od tego, czy takie odważne projekty rozwojowe się pojawią będą zależały przyszłe trendy rynku pracy.

Ewidentnie dużą rolę na polskim rynku pracy odgrywają inwestycje zagraniczne w centra back-office’owe. To w dziale „administracja i obsługa firm” dynamika zatrudnienia jest najwyższa. Kraków, Wrocław czy Gdańsk to są miasta będące prawdziwymi zagłębiami takich centrów. Tam zagraniczne koncerny lokują m.in. swoją obsługę księgową itd.

Inne obszary, gdzie dynamika zatrudnienia jest najwyższa to działalność profesjonalna – czyli m.in. prawnicy czy architekci, informacja i komunikacja, handel czy gastronomia. Generalnie, na rynku pracy widać rosnącą rolę usług.

Cieszyć może fakt, że zatrudnienie rośnie najszybciej na stanowiskach wymagających ponadpodstawowych umiejętności – wśród tak zwanych profesjonalistów, czy kadry technicznej. Chodzi o stanowiska wymagające szerokiej wiedzy i umiejętności analitycznych – tak przynajmniej określa je Eurostat. Są to zajęcia, do których wykonywania zwykle potrzebne jest wyższe wykształcenie. Można na tej podstawie wnioskować, że gospodarka generuje miejsca pracy o wyższej wartości dodanej, a nie tylko przy taśmach, półkach sklepowych czy w magazynach.

Pewien niepokój może wzbudzać natomiast fakt, że całość wzrostu zatrudnienia jest realizowana kontraktami na czas określony. W ostatnim kwartale 2014 r. liczba osób pracujących na tego typu umowach wzrosła aż o 8,7 proc., podczas gdy liczba osób pracujących na umowach na czas nieokreślony spadła o 0,1 proc. W dużej mierze można to zapewne tłumaczyć początkową fazą ożywienia na rynku pracy. W Polsce dość długo można zatrudniać na czas określony, więc pracodawcy przyjmujący nowych pracowników maksymalnie wykorzystują tę możliwość. W miarę upływu czasu coraz więcej osób powinno dostawać kontrakty na czas nieokreślony. Choć zjawiska dominacji kontraktów na czas określony nie można tłumaczyć jedynie wczesną fazą ożywienia. Normalna praktyka powinna być taka, że nowy pracownik dostaje kilka miesięcy okresu próbnego a następnie przechodzi się na umowę bezterminową. Jeżeli ponad rok po odbiciu gospodarki z dołka umowy na czas nieokreślony są w stagnacji, to oznacza, że wśród firm wciąż widać bardzo dużą ostrożności.

Wciąż za niska stopa zatrudnienia

Poprawa sytuacji na rynku pracy nie oznacza naturalnie, że wszystko jest dobrze. „Lepiej” nie oznacza „dobrze” – to rozróżnienie bardzo często umyka laikom. Opis wyraźnej poprawy na rynku pracy nie musi oznaczać, że ocena funkcjonowania tego rynku jest pozytywna.

Wciąż dużym wyzwaniem dla polskiej gospodarki jest bardzo niska stopa zatrudnienia – czyli udział pracujących w grupie osób zdolnych do pracy. Pod tym względem Polska jest poniżej średniej unijnej, mimo doskonałej na tle innych krajów koniunktury. U nas pracuje ok. 62 proc. osób w wieku produkcyjnym, podczas gdy średnia dla UE to 65 proc. W krajach skandynawskich, będących wzorem pod tym względem, pracuje ok. 75 proc. osób w wieku produkcyjnym.

Problem ten szczególnie widoczny jest w trzech grupach (nie koniecznie rozłącznych) – wśród młodych, wśród starszych oraz wśród kobiet. Stopa zatrudnienia wśród osób w wieku 15-24 oraz 50-64 jest w Polsce o ok. 10 pkt proc. niższa niż średnia dla UE i ok. 20 pkt proc. niższa niż w Skandynawii. Wśród młodych jedną z przyczyn jest relatywnie wysoki odsetek studentów. Tu pojawia się pytanie, czy rzeczywiście potrzebujemy rzeszy ludzi kończących pięcioletnie studia magisterskie? A to nie jedyny problem. Bo odsetek ludzi młodych, którzy nie studiują i nie pracują mamy również wyższy niż w wielu krajach zachodnich. Wśród osób starszych przyczyną niskiej stopy zatrudnienia jest system emerytalny. Polska miała przez długie lata niski efektywny wiek emerytalny, co wpływało na niską aktywność zawodową i tym samym stopę zatrudnienia. To się jednak zmienia. Od 2007 r. stopa zatrudnienia wśród osób w wieku 50-64 lata wzrosła z 35 do 44 proc. i będzie prawdopodobnie dalej rosła ze względu na podniesienie wieku emerytalnego i likwidację wcześniejszych emerytur.

Trudniej o diagnozę, jaka jest przyczyna niższej stopy zatrudnienia wśród kobiet. Czy są to czynniki kulturowe? Czy może jakaś dysfunkcjonalność rynku pracy? Czy mamy do czynienia z dyskryminacją ze względu na płeć? A może dużą rolę odgrywa model matki zajmującej się domem? Tezę o matce-Polce trudno potwierdzić, bo towarzyszyłaby jej podwyższona dzietność – a tymczasem w Polsce dzietność należy do najniższych w UE. A korelacja między stopą zatrudnienia wśród kobiet a dzietnością jest w UE wyraźnie pozytywna. To może sugerować, że łatwiej na dzieci decydują się osoby tam, gdzie łatwiej kobietom dostać pracę.

Przyczyn niskiej stopy zatrudnienia wśród kobiet szukałbym m.in. w braku instytucji ułatwiających elastyczne formy pracy. W Polsce na część etatu pracuje zaledwie co dziesiąta zatrudniona kobieta, w Unii Europejskiej – co trzecia. W Polsce kobieta stoi przed następującym wyborem – albo odda się pracy w całości, albo nie będzie miała nic. W krajach rozwiniętych znacznie łatwiej o połączenie pracy z obowiązkami rodzinnymi.

Dopóki nie stworzymy w Polsce instytucji, zarówno publicznych jak i prywatnych, ułatwiających ludziom młodym, starszym oraz kobietom znalezienie pracy, dopóty nie będziemy mogli powiedzieć, że polski rynek pracy funkcjonuje dobrze. Nawet jeżeli bezrobocie będzie dalej spadało, a zatrudnienie rosło.

Źródło: Obserwator Finansowy