Interchange to prowizja, jaką właściciele sklepów odprowadzają do banków z tytułu przyjętych płatności kartami. Jeszcze w 2012 roku wynosiła ona średnio 1,6 proc. kwoty płatności. Dziś to 0,2–0,3 proc. Nic więc dziwnego, że banki zarabiają na niej mniej.

O ile? Odpowiedź na to pytanie znaleźć można w ich raportach finansowych. W I kw. tego roku najwięcej na spadku interchange stracił największy bank na rynku, czyli PKO BP. Przychody tej instytucji z wydawnictwa kart były w okresie od stycznia do marca w porównaniu z tym samym okresem roku ubiegłego niższe o 76 mln zł. – Z czego większość to efekt obniżki interchange – powiedziano nam w biurze prasowym banku.

Na 32 mln zł swoje straty z tytułu spadku prowizji szacuje mBank. Niewiele mniej, bo ok. 30 mln zł wyniosły one w ING Banku Śląskim i w Pekao. W BZ WBK i Millennium było to po ok. 20 mln zł. Z kolei w Alior Banku – ok. 9 mln zł, a w Citi Handlowym ponad 2 mln zł. Łącznie banki te, mające prawie 80 proc. polskiego rynku rachunków osobistych oraz kart płatniczych, muszą pogodzić się ze zmniejszeniem swoich wpływów z obsługi transakcji nimi o ok. 220 mln zł.

Strat nie rekompensuje więc w pełni notowany ostatnio znaczny wzrost wartości transakcji bezgotówkowych, wykonywanych przez klientów kartami. O ile jeszcze w 2010 roku Polacy wydali nimi w sklepach niecałe 84 mld zł, to już w roku ubiegłym było to prawie 145 mld zł. W tym czasie jednak w wyniku kolejnych obniżek interchange dochody banków z tego tytułu spadły z 1,8 mld zł w 2012 roku do ok. 1,2 mld zł w roku ubiegłym.

Co to oznacza dla banków? Przede wszystkim konieczność znalezienia nowego pomysłu na wydawanie kart. Jednym z nich jest migracja coraz większej liczby klientów z kart debetowych na kredytowe. Te drugie umożliwiają bowiem zarabianie nie tylko na interchange, ale i na odsetkach od zadłużenia. – Chociaż większość banków nie przyzna tego i będzie tłumaczyć, że karta kredytowa może być źródłem darmowego finansowania, tak naprawdę duża część użytkowników kart kredytowych prędzej czy później nie spłaca całości zadłużenia w okresie bezodsetkowym i zaczyna ponosić związane z tym koszty – mówi Paweł Majtkowski, główny analityk Centrum Finansów Aviva.

Dzięki temu banki, zastępując sprzedaż kart debetowych kredytowymi, mogą podreperować swoje zyski. W ostatnim czasie widać wyraźnie, że instytucje zmierzają w tę stronę. Wystarczy wspomnieć, że już kilka banków zaoferowało tej wiosny nowe karty kredytowe, które są przez nie mocno promowane. Mowa np. o karcie „Flexia” sprzedawanej przez Pekao, karcie „Na start” od BZ WBK czy „Simplicity” od Citi Handlowego. – Wprowadzając takie projekty jak Simplicity, zmodyfikowaliśmy naszą ofertę kart kredytowych, tak by była jak najbardziej odporna na wszelkie szoki rynkowe – powiedział Marcin Domagała, dyrektor departamentu zarządzania produktem karta kredytowa w Handlowym.

Jeszcze innym sposobem na niskie przychody z transakcji bezgotówkowych kartami jest obniżka kosztów ich wydawania i obsługi. W tym celu pojawił się pomysł reaktywacji karty bankomatowej. To plastik, który nie pozwala na płacenie w sklepach, a jedynie podejmowanie gotówki z bankomatów własnych wydawcy karty. W ten sposób oszczędza on na prowizjach przekazywanych na rzecz organizacji płatniczych, gdyż na kartach takich nie musi być logo MasterCarda lub Visy. Na powrót do karty bankomatowej zdecydował się BZ WBK. 

>>> Czytaj też: Karty płatnicze będą tańsze? Kraje UE poparły nowe zasady