Paweł Kukiz

Paweł Kukiz

źródło: Newspix / Sebastian Borowski

Na początku września przeprowadzone zostanie referendum, o które wnioskował Bronisław Komorowski. Decyzja miała być gestem pod adresem Pawła Kukiza. Na pierwsze pytanie, dotyczące wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW) w wyborach do Sejmu – „tak” powiedzą jednak nie tylko jego wyborcy, lecz także zapewne większość zwolenników PO oraz elektorat Ryszarda Petru. Nie ma pewności, czy zostanie spełniony warunek 50-proc. frekwencji.

Dla Kukiza ewentualny sukces referendalny to pierwszy punkt zmian. Na JOW-ach ma być oparta ordynacja większościowa. Ten plan jest jednak mało realny. By ją wprowadzić, potrzebna jest większość konstytucyjna. Bez głosów np. PiS zmiany będą niemożliwe.

Partia Jarosława Kaczyńskiego ordynacji większościowej mówi „nie”. I będzie do tego namawiała w referendum.

– Będę głosował i namawiał do głosowania przeciwko tym zmianom. To puste, choć bardzo nośne tabloidalno-populistyczne hasło, za którym kryje się przełamanie Polski na południowo-wschodnią i północno-zachodnią – mówi Joachim Brudziński z PiS.

Ponieważ trudno będzie zignorować opinię wyrażoną w referendum, prawdopodobne jest wprowadzenie ordynacji mieszanej. Łączy ona JOW-y i stawiany przez konstytucję wymóg proporcjonalności wyborów.

Taka ordynacja może mieć kilka różnych wariantów. Socjolog dr Jarosław Flis zaproponował rozwiązanie oparte na modelu niemieckim. Tam ordynacja mieszana została wprowadzona po II wojnie światowej. Przewiduje, że wyborca ma dwa głosy. Jeden oddaje na lokalnego kandydata w okręgu jednomandatowym. Drugi na kandydata na premiera, za którym stoi lista 29 kandydatów na ministrów do przyszłego rządu.

W skali kraju wyznaczanych jest np. 300 jednomandatowych okręgów wyborczych, w których zwycięzca automatycznie zostaje posłem. Następnie głosy z JOW-ów i oddane na kandydata na premiera są sumowane. Na tej podstawie układana jest lista partii w proporcji do wyników wyborów. Rozdział reszty mandatów, tj. 30 dla kandydatów do rządu i 130 pozostałych, dokonywany jest tak, by ostateczne wyniki wyborów były proporcjonalne.

Przykładowo startują 4 partie: A, B, C i D. W skali kraju uzyskują odpowiednio 40, 30, 20 i 10 proc. głosów. Co powinno przełożyć się odpowiednio na 184, 138, 92 i 46 mandatów. Ale w okręgach jednomandatowych partia A zwyciężyła w 54 proc. okręgów i dostała 162 mandaty, partia B wygrała w 40 proc. i dostaje 120, a partia C w 6 proc. i dostaje 18 mandatów.

Z kolei partia D nie dostała mandatu w żadnym z okręgów. I teraz, po fazie wyborów w okręgach jednomandatowych, pulę pozostałych 160 mandatów dzieli się tak, że partia A dostanie z niej 22 mandaty, partia B – 28 mandatów, partia C – 74 mandaty, a partia D będzie miała 46 posłów.

Jarosław Flis proponuje, by te dodatkowe mandaty poza listą rządową przydzielać dla kandydatów danej partii, którzy zdobyli drugie miejsca w poszczególnych okręgach i dostali najwięcej głosów.

Ordynacja w działaniu jest bardzo prosta. Zaletą jej jest to, że wybory rozstrzygają się w okręgach jednomandatowych. Wyborcy głosują na konkretnego kandydata danego ugrupowania, a nie cały zestaw, jak obecnie. Z kolei partie dobierając kandydatów w poszczególnych okręgach, muszą stawiać na takich, którzy dają szansę na zwycięstwo. Na ogół znanych lokalnej społeczności. Pozycja takich parlamentarzystów wobec szefa partii jest dużo mocniejsza niż obecnie. To argument dla zwolenników JOW-ów.

>>> Czytaj też: Referendum w sprawie JOW-ów zrujnuje PO? Jedynym zwycięzcą będzie Kukiz

Z kolei argumentem dla zwolenników proporcjonalności jest to, że głosy oddawane na mniejsze ugrupowania nie są „tracone”, jak np. w obecnych wyborach do Senatu (przeprowadzanych w oparciu o ordynację większościową).

Wprowadzenie dwóch głosów na kandydata w okręgu i listę rządową daje możliwość wystawienia żółtej kartki rządowi, a docenienia lokalnego parlamentarzysty lub odwrotnie. Z kolei lista rządowa daje szefowi partii możliwość wysłania do parlamentu swoich faworytów czy ekspertów, którzy mogliby mieć problemy w okręgach.

Możliwy jest również prostszy wariant bez listy rządowej. Ten pomysł to próba pogodzenia nie tylko zwolenników JOW-ów i ordynacji proporcjonalnej, lecz także sprzecznych interesów w partiach. – By wyszła zmiana ordynacji, trzeba pogodzić interesy dużych i małych ugrupowań. Muszą być zachowane interesy centrali partii, liderów regionalnych i posłów z tylnych rzędów. To niezła łamigłówka – komentuje Flis.

Jeśli Polacy w referendum powiedzą JOW-om „tak”, to ordynacyjną łamigłówką zajmie się kolejny Sejm. – Sami byliśmy pomysłodawcami ordynacji mieszanej w naszym projekcie konstytucji. Zobaczymy, jaki będzie wynik referendum. Trzeba brać pod uwagę oczekiwania społeczne. Ewentualna zmiana ordynacji powinna być poprzedzona dyskusją polityków i ekspertów: politologów, socjologów, prawników – uważa Joachim Brudziński z PiS. Za ordynacją mieszaną jest PO. – To na pewno byłby krok do przodu – mówi Waldy Dzikowski z Platformy.

Wybór ordynacji może mieć konsekwencje nie tylko polityczne, lecz także gospodarcze. Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole i członek Rady Gospodarczej przy Premierze, uważa, że radykalna zmiana modelu wyborów z proporcjonalnego na większościowy mogłaby spowodować destabilizację sceny politycznej, a przez to zwiększyć niepewność prowadzonej polityki gospodarczej. Według niego mniej ryzykowna jest ordynacja mieszana. Ekonomista zwraca uwagę, że w takim wariancie rola partii politycznych i ich list wyborczych pozostanie znacząca. Wzrośnie rola lokalnych działaczy. Jednak to do liderów partyjnych będzie należało ostatnie słowo przy kształtowaniu list.