Beata Szydło,  PAP/Andrzej Grygiel

Beata Szydło, PAP/Andrzej Grygiel

źródło: PAP / Andrzej Grygiel

Po co PiS idzie po władzę?

Żeby wprowadzić zmianę. Za dużo jest już spraw do naprawienia. Polacy chcą polityki, w której jest miejsce na prawdę, na uczciwość, w której jest miejsce na wysoką jakość instytucji i usług publicznych. Dziś mamy ogromny deficyt wszystkich tych wartości. Przygotowaliśmy dobry program, który chcemy zaproponować Polakom. A poza tym, jeśli jest się poważną partią, to celem zawsze jest zwycięstwo.

Czy ta zmiana powinna dotyczyć konkretnych obszarów?

W każdym obszarze funkcjonowania polskiego państwa można znaleźć wiele spraw, które wymagają zmiany. Jednak my nie mówimy, że wszystko jest złe, że Polska jest w ruinie. Ale dziś Polska jest z pewnością bardzo źle rządzona. 8 lat rządów PO-PSL mogło być zdecydowanie lepiej przepracowane i można było osiągnąć lepsze efekty. To, że Polacy dziś wyjeżdżają z Polski, bo nie mogą znaleźć tu pracy, albo jest tak nisko opłacana, że nie mają szansy, by godnie żyć, założyć rodzinę – to źle świadczy o dzisiejszym obozie władzy.

Ale czy jakakolwiek partia jest w stanie to zatrzymać? Czy emigracja nie wynika po prostu z różnic w poziomie rozwoju i wynikającej z tego wysokości pensji?

Oczywiście, że przez 25 lat nie sposób dogonić zamożności na przykład Wielkiej Brytanii, która pracowała na swój dorobek ostatnich 400 lat. Problem polega na tym, że w trakcie ostatnich lat to, co miało być emigracją zarobkową Polaków, zamieniło się w emigrację docelową. A można odnieść wrażenie, że rząd w tej sprawie nie robi prawie nic, bo dzięki emigracji Polaków poprawiają się statystyki bezrobocia. My mówimy, że nie tylko chodzi o to, żeby w kraju powstawały nowe miejsca pracy. Ale żeby powstawały coraz bardziej produktywne miejsca pracy i żeby dzięki temu ludzie mogli lepiej zarabiać. Chcemy przeprowadzić pakt dla wzrostu wynagrodzeń w porozumieniu z pracodawcami, z pewnymi gwarancjami rządowymi...

Czy pani będzie premierem po wyborach?

To Polacy zdecydują, kto będzie tworzył rząd po jesiennych wyborach. Jeśli wygramy, to będę premierem.

A jeśli będzie rząd koalicyjny?

Jeśli PiS będzie zapraszało do koalicji i tworzyło rząd – to tak. Naszym celem numer jeden jest jednak pełne zwycięstwo i tworzenie rządu samodzielnie. Poza tym mówienie dzisiaj, kto jesienią wejdzie do parlamentu, jest przedwczesne. Sondaże wskazują, że układ sił w nowym parlamencie może być zupełnie inny niż obecnie.

A co jeśli PiS nie wygra wyborów?

Pokorę przed wyborcami trzeba mieć zawsze. Dlatego dziś mówienie o koalicjantach czy wskazywanie osób, które będą pełniły różne ważne funkcje, jest przedwczesne. Przed nami kampania wyborcza.

Polityczni oponenci stawiają pani zarzut o wysoki koszt zestawu propozycji w przedstawionym właśnie programie. Wygląda na to, że skutki części z nich – np. podwyższenia kwoty wolnej – nie zostały dokładnie przeanalizowane i w rzeczywistości będą droższe, niż przedstawia to PiS.

Oczywiście, zawsze może być tak, że każda kwota może być kwestionowana. Ekonomia to nie jest nauka ścisła, w przeciwieństwie do matematyki czy fizyki. Ja opieram się na wyliczeniach naszych ekspertów i biorę odpowiedzialność za tę analizę. Ale przyjmuję również inne zdania, inne argumenty – możemy dyskutować. To naprawdę zmiana jakościowa, na którą chyba wszyscy czekaliśmy – rozmawiać o propozycjach zmian, a nie zmianie władzy bez propozycji. Dziś – w obliczu wyzwań stojących przed Polską i problemów dotykających większość naszych rodaków – najgorszym rozwiązaniem byłoby rozstrzyganie październikowych wyborów do parlamentu poprzez licytację, kto skuteczniej i mocniej obrazi swojego politycznego konkurenta.

Czy wszystkie zmiany mają nastąpić jednocześnie?

Mamy trzy priorytety: obniżenie wieku emerytalnego, podwyższenie kwoty wolnej od podatku oraz program dodatków na dzieci. Mówił już o nich Andrzej Duda w kampanii prezydenckiej. Jeśli PiS będzie tworzyło rząd, to automatycznie stanie się programem rządowym. I te priorytety chcemy zrealizować od razu, gdy zaczniemy tworzyć rząd. Wychodzę z założenia, że największym kosztem dla Polski będzie kontynuacja dzisiejszej bezradności i zachowanie dzisiejszego status quo.

Ale czy będziecie w stanie to zrobić? Bo główne źródło finansowania, z którego chcecie czerpać, to zwiększenie ściągalności podatków. Zakładając nawet, że uda się uzyskać planowane kwoty, to raczej nie od razu, bo zmiany w systemie, które miałyby w tym pomóc, wymagają czasu. Efekt będzie taki, że od razu powstaną duże wydatki, a pieniądze na ich sfinansowanie będą pozyskiwane przez kilka lat.

Będziemy przygotowani, również legislacyjnie, żeby zaraz po objęciu władzy wprowadzić pewne rozwiązania ustawowe. Ale to też jest kwestia pewnego podejścia. Podoba mi się opinia prof. Elżbiety Mączyńskiej, która powiedziała ostatnio, że zwrot „na to nas nie stać” powinien zniknąć z polskiego słownika. Ja od siebie jeszcze dodam, że zniknąć powinno też „nie da się”. Zdajemy sobie sprawę, że zmiany trzeba będzie przeprowadzić, ale co do uszczelniania systemu podatkowego, to przecież podobno Ministerstwo Finansów pracuje nad rozwiązaniami, które mają je zwiększyć. Tyle że nie ma odwagi, żeby wprowadzić je w życie.

Czy ma jednak sens podbijanie tego bębenka obietnic? Jeszcze w ubiegłym roku postulowaliście podniesienie kwoty wolnej w PIT do 6,5 tys. złotych, a cały proces miał być rozłożony na kilka lat. Teraz zwiększacie ją do 8 tys. zł, a zmiana ma się dokonać od razu.

Taką propozycję złożył prezydent elekt Andrzej Duda i on przygotowuje odpowiedni projekt ustawy. Gdy go złoży, my będziemy go popierali. To po pierwsze. A po drugie mamy też partnerów koalicyjnych. Więc program PiS został też uzupełniony przez naszych koalicjantów.

Możliwe są dalsze modyfikacje tego programu, gdy będziecie tworzyli rząd?

Program będzie dyskutowany, dopuszczam jakieś dobre uzupełnienia, ale mamy swoje trzy priorytety, które konsekwentnie będziemy chcieli wprowadzić, czyli obniżenie wieku emerytalnego, kwotę wolną i program dla dzieci.

>>> Czytaj też: 39 mld zł - tyle ma kosztować realizacja kluczowych postulatów PiS

Czy podwyżka kwoty wolnej, która daje taką samą korzyść tym najmniej i najwięcej zarabiającym, jest dobrym rozwiązaniem? Czy nie lepiej szukać takich rozwiązań jak zwiększenie kosztów uzyskania przychodu, o których mówią związki czy przebąkuje rząd, a które wspierają dochody z pracy?

Ja ten argument przyjmuję, rozmawiałam o nim z Piotrem Dudą. Zgadzam się, że największa pomoc powinna być skierowana do tych, którzy mają najniższe dochody. Ale w tej chwili proponujemy coś, co jest możliwe do wprowadzenia już. Jak w przyszłości pojawi się lepsza propozycja, można o tym rozmawiać. Nie jestem na przykład przeciwniczką rozwiązania stosowanego w Niemczech, Irlandii, we Francji czy Wielkiej Brytanii, to jest możliwości wprowadzenia w Polsce godzinowej stawki minimalnej. Warto na pewno o tym rozmawiać z zainteresowanymi stronami. Przyjęliśmy założenie, żeby w portfelach Polaków zostało więcej pieniędzy – to podniesie poziom życia, ale również zapewni rozwój gospodarki.

Czy wprowadzenie dodatku 500 złotych na każde dziecko w biedniejszych rodzinach oraz na drugie i kolejne w pozostałych nie stworzy z części obdarowanych klasy nowoczesnych proletariuszy, których faktycznie już nie jedynym majątkiem, ale wręcz źródłem utrzymania będą dzieci. To kompletne odwrócenie dotychczasowego modelu, że trzeba się o siebie zatroszczyć?

Kiedy rozważaliśmy ten program, to był najbardziej dyskutowany argument. Przeważyło stanowisko, że musimy zaryzykować, by zrealizować swoje dwa cele. Pierwszy to pomoc rodzinom. Drugi to cel demograficzny. Musi być wprowadzona polityka prorodzinna rozbudowana także o nasz program Teraz rodzina, a może nawet utworzenie wzorem Niemiec ministerstwa rodziny.

Ale rozumiem, że te zmiany w polityce prorodzinnej, które prowadził obecny rząd, będą utrzymane?

Dobre rozwiązania na pewno. Ale z niektórych nie wszyscy mogą skorzystać. Ostatnio mieszkanka wsi, matka szóstki dzieci, powiedziała mi, że z karty dużej rodziny skorzystała tylko raz, kiedy jechała autobusem. To nie są kompleksowe działania.

Chcemy zapytać przy okazji o filozofię wydatkową rządu. Do tej pory priorytetem było ograniczanie deficytu, wy proponujecie znaczące zwiększenie wydatków. Czy to oznacza także zwiększenie deficytu?

Nie, to zwykłe straszenie Polaków. Myślę, że nikt tak nie zadłużył Polski jak PO.

Bo rządziła najdłużej.

Bo oparła rozwój Polski na długu i kredycie. My mówimy: te wydatki to nie koszt, to inwestycje. Aktywna polityka wspierająca budżety rodzin to właśnie inwestycja. Polacy, do których trafią pieniądze, nie schowają ich do skarpety, ale one trafią na rynek, co będzie wspierało wzrost.

Ale jeśli chodzi o deficyt, Polska, jak inne kraje UE, nadal ma zmniejszać go do poziomu 1 proc. PKB rocznie. Czy jeśli zostanie pani premierem, ten cel będzie utrzymany?

Jesteśmy członkiem UE i szanujemy wszystkie rozwiązania wypracowywane w konsensusie, ale nie może być tak, że przyjmujemy rozwiązania narzucane nam, bez dbania o interesy Polski. Na pewno bez szaleństw, ale polska gospodarka i nasi obywatele muszą czuć się bezpieczni.

>>> Czytaj dalej na następnej stronie