Komentator gazety pisze, że Rosja, bombardując cele w Syrii, chce sprawić wrażenie, jakoby nadstawiała karku za Zachód. Władimir Putin nie chce jednak ratować Zachodu, tylko swoje sprzymierzeńca Baszara Al Assada. Jak czytamy, pierwsze naloty w Syrii nie były wymierzone w Państwo Islamskie, tylko w syryjską opozycje. Autor tekstu dodaje, że rosyjska interwencja oznacza bankructwo Zachodu, który wyznaczał Assadowi czerwone linie, ale nie wyciągał konsekwencji, gdy zostały przekroczone.

Państwa zachodnie były niezdecydowane, nawet tchórzliwe. Teraz Putin to wykorzystuje, a jego działania zapewne jeszcze zwiększą falę uchodźców z Syrii - czytamy w „Die Welt”.

Kogo naprawdę bombarduje Rosja?

Szef rosyjskiej dyplomacji odrzuca oskarżenia, że Moskwa przeprowadza w Syrii ataki na cele inne niż Państwa Islamskiego. Siergiej Ławrow poinformował po spotkaniu z szefem amerykańskiego departamentu stanu Johnem Kerrym, że takie zarzuty są bezpodstawne. Dodał, że nie ma żadnej wiedzy o ofiarach śmiertelnych wśród cywilów, o czym doniesienia pojawiły się w kontekście rosyjskich nalotów.

Informacje o atakach rosyjskich myśliwców na cele wrogów prezydenta Syrii, ale nie radykalnego Państwa Islamskiego, pojawiły się wczoraj. Kreml je potwierdził. Według strony rosyjskiej, w rezultacie 20 nalotów samoloty zniszczyły składy broni i paliwa, a także pojazdy bojowe Państwa Islamskiego. Atakowano także punkty dowodzenia terrorystów i węzły łączności.

Jednak koalicja zachodnia, a także syryjskie siły bezpieczeństwa twierdzą, że Rosjanie nie atakowali pozycji Państwa Islamskiego, a okolice, gdzie są rozlokowane oddziały syryjskiej opozycji, w prowincjach Hama, Homs i Latakia. Według syryjskich opozycjonistów, podczas nalotów zginęło ponad 30 cywilów, w tym dzieci.

>>> Polecamy: Jak będzie wyglądała Unia Europejska za 10 lat? Historia przynosi 3 odpowiedzi